Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Non omnis moriar: Rozdarty między dwoma brzegami Atlantyku

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Czesław Niemen solo.

Czesław Niemen
‹Mourner’s Rhapsody›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMourner’s Rhapsody
Wykonawca / KompozytorCzesław Niemen
Data wydania1974
Wydawca CBS Records
NośnikWinyl
Czas trwania38:50
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieCzesław Niemen, Michał Urbaniak, Sheldon Powell, Steve Khan, John Abercrombie, Don Grolnick, Carl Rabinowitz, Rick Laird, Dave Johnson, Jan Hammer, Erin Dickins, Gail Cantor, Tasha Thomas, Chór męski pod dyrekcją Howarda Robertsa
Utwory
Winyl1
1) Lilacs and Champagne04:04
2) I’ve Got No One Who Need Me04:17
3) I Search for Love04:53
4) Baby M05:17
5) Inside I’m Dying05:34
6) Mourner’s Rhapsody14:47
W sierpniu 1973 roku po nagraniu czterech albumów – dwóch przeznaczonych na rynek krajowy („Niemen Vol. 1”, „Niemen Vol. 2”) oraz dwóch anglojęzycznych, zrealizowanych z myślą o słuchaczach z Europy Zachodniej („Strange is This World”, „Ode to Venus”) – przeszła do historii Grupa Niemen. Józef Skrzek, Anthimos Apostolis i Jerzy Piotrowski podążyli własną drogą, reaktywując SBB; Czesław Wydrzycki przystąpił natomiast do kompletowania nowej formacji, którą nazwał Niemen Aerolit i która na dobre wystartowała wiosną 1974 roku. Zanim jednak do tego doszło, wokalista wyjechał na kilka tygodni do Stanów Zjednoczonych, aby nagrać materiał na kolejną płytę zakontraktowaną z wytwórnią CBS Records. Płyta ta miała mu utorować drogę na rynek amerykański, być początkiem wielkiego snu ekstrawaganckiego, aczkolwiek skromnego artysty z Kresów dawnej Rzeczypospolitej. Stało się, niestety, inaczej.
Szefostwo wytwórni potraktowało sprawę nadzwyczaj poważnie. Gdy w styczniu 1974 roku Niemen zjawił się w Nowym Jorku, czekała na niego ekipa złożona ze znakomitych muzyków sesyjnych. Lepszych naprawdę trudno byłoby sobie wymarzyć. Listę otwierał rodak Wydrzyckiego, mieszkający za Oceanem na stałe już od paru miesięcy skrzypek Michał Urbaniak. Poza tym sięgnięto po czeskiego perkusistę (sic!) Jana Hammera i irlandzkiego basistę Ricka Lairda, którzy jeszcze do niedawna udzielali się w legendarnym Mahavishnu Orchestra. Po znanego z jazzrockowego Dreams pianistę Dona Grolnicka i fenomenalnego – zmarłego przed paroma dniami (we wtorek 22 sierpnia) – gitarzystę Johna Abercrombiego, który oprócz prowadzenia własnych grup, wsławił się wieloletnią współpracą z Jackiem DeJohnette’em. Nawet w chórkach zaśpiewały artystki ze sporym dorobkiem: Erin Dickins z Manhattan Transfer, Gail Cantor z The Harlettes i Tasha Thomas, która śpiewała z Louisem Armstrongiem. A to jeszcze nie wszyscy. Sam Niemen nie tylko zaśpiewał, ale także zagrał na fortepianach elektrycznym (w dwóch utworach) i akustycznym (w jednym), syntezatorach Mooga (w trzech), mellotronie, jak również – w numerze tytułowym – organach Hammonda, kotłach i dzwonach.
Do dyspozycji dostał praktycznie wszystko, czego zapragnął. W zamian oczekiwano nowocześnie zaaranżowanych, zaśpiewanych w języku angielskim, soulowo-rockowych przebojów w stylu „Dziwny jest ten świat”, „Wiem, że nie wrócisz”, „Domek bez adresu”, „Obok nas”, „Nie wiem czy to warto” lub „Czas jak rzeka”. Problem w tym, że eksperymentalno-progresywny Niemen nie chciał już śpiewać takich piosenek, wciąż myślał o muzyce ambitniejszej. W jednym z dokumentalnych filmów o Wydrzyckim Michał Urbaniak wspominał o tym, jak namawiał Czesława, aby trochę powściągnął swoje artystyczne aspiracje, by na pierwszą płytę, jaka miała ukazać się na rynku amerykańskim, wybrał kompozycje lżejsze, zahaczające o soul, funk i pop. By – mówiąc najprościej – „kupił” sobie nimi Amerykanów, a dopiero później „wysmażył” album, na którym pokazałby pełnię swoich możliwości kompozytorskich i wokalnych. Zdaniem słynnego skrzypka, dla przeciętnego słuchacza zza Atlantyku, nawet takiego, który nie stronił od fusion czy rocka progresywnego, „Bema pamięci żałobny rapsod” był absolutnie nie do strawienia. Lecz…
…Niemen się uparł. Przeforsował swoje pomysły i – co by nie mówić – tym samym zaprzepaścił szanse na wielką karierę w Ameryce Północnej. Można go za to podziwiać i jeszcze bardziej cenić jego artystyczną niezależność, z drugiej strony jednak – pozostaje żal, że nie wykorzystał daru losu. Bo druga taka okazja już się nie trafiła. Sesja trwała do lutego 1974 roku. Album, który otrzymał tytuł od najdłuższej i najważniejszej kompozycji na płycie, czyli „Mourner’s Rhapsody”, ukazał się jeszcze w tym samym roku na rynku zachodnioniemieckim; rok później wydano go w Wielkiej Brytanii, a w jeszcze następnym – w USA. W Polsce wciąż pozostaje mało znany; dość powiedzieć, że nad Wisłą nigdy oficjalnie się nie ukazał. Choć to, jak wiadomo, wcale nie jedyny absurd związany z dyskografią Niemena. Na longplay trafiło sześć utworów, w tym ten, który najbardziej przeraził decydentów z CBS Records, czyli nowa wersja wiekopomnego dzieła opartego na wierszu Cypriana Kamila Norwida. Wielkie problemy były zresztą już z jego przetłumaczeniem na angielski. Bo jak sensownie oddać w języku Szekspira chociażby otwierający go wers: „Czemu, cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz”?
Stronę A płyty otwiera kapitalne pod względem aranżacyjnym „Lilacs and Champagne”. Tak świetnie i bogato Niemen nie brzmiał nigdy wcześniej. Syntezatorowa introdukcja schodzi na plan dalszy, gdy pojawia się stonowany, „czarny” głos Wydrzyckiego. Warto jednak w tym momencie wsłuchać się w to, co dzieje się na drugim planie, gdzie rozbrzmiewają – jednoznacznie kojarzące się z fusion – dźwięki skrzypiec elektrycznych Urbaniaka i fortepianu elektrycznego, na którym w tym utworze zagrał sam kompozytor. Z czasem numer nabiera trochę mocy; w stronę jazz-rocka konsekwentnie ciągnie go sekcja rytmiczna rodem z Mahavishnu Orchestra oraz swobodnie hasający perkusjonalista Dave Johnson; ku umiarowi z kolei przywodzą partia fletu i żeński chórek, idealnie wspomagający wokalistę w refrenie. „I’ve Got No One Who Need Me” to w zasadzie urokliwa soulowa ballada, której nie powstydziliby się artyści pokroju Stevie Wondera czy – w późniejszych latach – Prince’a. Ale i tu nie brakuje momentów ostrzejszych, za które ponownie odpowiada fortepian elektryczny i imitujący sekcję smyczkową mellotron. Na koniec muzycy zataczają koło i wracają do punktu wyjścia, co oznacza, że ponownie robi się eterycznie.
W „I Search for Love” Niemen wkracza na poletko czysto jazzrockowe, choć włącza do utworu również elementy funkowe i orientalizujące. Po raz pierwszy też wykorzystuje gitarę elektryczną (Steve Khan), która kilka razy sprzęga się unisono z fortepianem elektrycznym (Don Grolnick). Z dużą energią gra też sekcja rytmiczna, a czadu dodają chórzystki, z dużą mocą wyrzucające z siebie w refrenie tytułową frazę. Swoje „pięć minut” dostaje od Niemena „po znajomości” Urbaniak, który serwuje charakterystyczną dla siebie solówkę na skrzypcach. „Baby M” zaczyna się od akompaniamentu gitary akustycznej (Carl Rabinowitz), na której tle Wydrzycki śpiewa bardzo stonowanie. Kiedy jednak dochodzą kolejne instrumenty, jego głos staje się mocniejszy, bardziej „czarny”, ale jednak i tak dużo delikatniejszy od tego, co niejednokrotnie prezentował w czasach, gdy grał z muzykami SBB. Kolejny utwór, „Inside I’m Dying”, zaczyna się niemal psychodelicznie i transowo – od magnetycznego rytmu nadanego przez Jana Hammera, wokół którego owijają się dźwięki skrzypiec i mellotronu. Od strony wokalnej to chyba, pomijając „Rapsod”, najbardziej Niemenowski numer na płycie, w którym uwagę przykuwa także wyborna gitara Johna Abercrombiego.
Stronę B wypełnia tylko jedna kompozycja, ale z gatunku tych najmocniejszych – to oczywiście ukryta pod tytułem „Mourner’s Rhapsody” anglojęzyczna wersja „Bema pamięci żałobny rapsod”. Jest nieco krótsza od tej, która trafiła na „Enigmatic” (1969). Aranżacyjnie za to mniej surowa, nie tak bardzo zdominowana przez organy Hammonda, które wprawdzie też się pojawiają, ale mniej więcej w jednej trzeciej utworu schodzą na dalszy plan. Elegijny wstęp, podkreślony dodatkowo przez męski chór (który wraca także w drugiej części) – robi wrażenie nie mniejsze, niż pięć lat wcześniej na płycie Polskich Nagrań. A w końcówce dochodzi jeszcze przejmująca partia gitarowa Abercrombiego. Nawet jeśli Amerykanin nie do końca rozumiał, o co chodziło w wierszu Norwida, bijący z niego niepokój oddał wprost perfekcyjnie, odciskając tym samym wielkie piętno na całym utworze. Ale też trudno dziwić się temu, był przecież Artystą – tak, właśnie, przez wielkie „A”. Jak więc widać, wszystkie komponenty znalazły się na swoim miejscu, lecz mimo to… nie wypaliło. Płyta nie podbiła rynku, a Niemen nie zrobił kariery w Stanach Zjednoczonych, choć szanse na to miał – podobnie jak i możliwości – spore.
Po powrocie do kraju w lutym 1974 roku zaangażował się w rozkręcenie nowego projektu artystycznego, który pozostawił po sobie tylko jeden, ale za to rewelacyjny album – „Niemen Aerolit” (1975). Później myślał o stworzeniu kolejnej formacji, lecz te plany pokrzyżowała niespodziewana śmierć młodego perkusisty Piotra Dziemskiego, który miał być – obok Niemena – fundamentem następnej jego grupy. Nic z tego nie wyszło. To sprawiło, że od tej pory Wydrzycki stopniowo zaczął odchodzić od grania zespołowego, by kilka lat później zamknąć się całkowicie w domowym studiu, w otoczeniu przeróżnych instrumentów klawiszowych. Płyta „Mourner’s Rhapsody” stała się – w pewnym sensie – symbolem niewykorzystanej przez muzyka szansy, który miał wszelkie predyspozycje ku temu, by zmusić muzyczny świat do klęknięcia u jego stóp. Szefowie CBS dali mu nawet odpowiednie narzędzia. Wiedział, jak je wykorzystać, ale chyba zabrakło mu determinacji i w efekcie nagrał album, który prezentował artystę rozdartego pomiędzy dwoma światami – popowo-soulowych przebojów i ambitnych eksperymentów. Do żadnego tym longplayem nie przeniknął, przez oba został odrzucony. Mimo to po ponad czterdziestu latach od powstania płyta wciąż robi może się podobać. Trzeba tylko mocno się w nią wsłuchać.
koniec
26 sierpnia 2017
Skład:
Czesław Niemen – śpiew, fortepian elektryczny (1,2), syntezator Mooga (1,3,4), mellotron (2,5), fortepian (4), syntezator basowy (4), organy Hammonda (6), kotły (6), dzwonki (6)
Michał Urbaniak – skrzypce elektryczne (1,3,5)
Sheldon Powell – flet (2)
Steve Khan – gitara elektryczna (3)
John Abercrombie – gitara elektryczna (5,6)
Don Grolnick – fortepian elektryczny (3,5,6)
Carl Rabinowitz – gitara akustyczna (4)
Rick Laird – gitara basowa (1-3,6), kontrabas (5)
Dave Johnson – instrumenty perkusyjne (1,3,5,6)
Jan Hammer – perkusja
Erin Dickins – chórek (1,3,4)
Gail Cantor – chórek (1,3,4)
Tasha Thomas – chórek (1,3,4)
Chór męski pod dyrekcją Howarda Robertsa (6)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Słuchaj i patrz: Rodzina podpowiada
Beatrycze Nowicka

20 IX 2017

Odsłona w klimatach rozmaitych czyli Pablopavo i Massive Attack – światła na Północy i złe siły w metrze.

więcej »

Non omnis moriar: Łącznik z Kraju Tulipanów
Sebastian Chosiński

16 IX 2017

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj Amerykanin Charlie Mariano w kooperacji z holenderską formacją The Chris Hinze Combination.

więcej »

Słuchaj i patrz: Powrót w czerń
Beatrycze Nowicka

13 IX 2017

Gdybym miała wskazać najczęściej pojawiający się motyw tekstów piosenek, postawiłabym na rozpad związku.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Łącznik z Kraju Tulipanów
— Sebastian Chosiński

Na styku kultur i światów
— Sebastian Chosiński

Wszystko ma swój kres
— Sebastian Chosiński

Koncertowe przygody Grupy Niemen
— Sebastian Chosiński

Patetycznie, elegijnie i… krotochwilnie
— Sebastian Chosiński

Requiem podpisane inicjałami
— Sebastian Chosiński

Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
— Sebastian Chosiński

Koniec epoki niewinności
— Sebastian Chosiński

W czterdzieści minut dokoła świata
— Sebastian Chosiński

„An der schönen blauen Donau”
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Pielgrzym w drodze do krainy Katharsis
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Kapitan Żbik: Na tropie narkotykowej szajki
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Cztery kobiety w (prawie) średnim wieku
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Gdy nie chce się nic, a sens życia ucieka…
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Korzeń też psuje się od głowy
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Miłość, która prowadzi na manowce
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Ciężkie jest życie rockmana
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Przeznaczenie, którego należy uniknąć
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Gdy do akcji wkracza SB, zabawa kończy się
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.