Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Esensja słucha: Wiosna 2011

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 3 »
Choć od ostatniego odcinka niniejszego cyklu minęło już kilka miesięcy, nie próżnujemy. Wciąż nasłuchujemy co w trawie piszczy, gdzie wiatr hula i komu w krzyżu strzyka, a o dźwiękach, które wydadzą nam się interesujące – piszemy. Zapraszamy zatem do zapoznania się z zestawem minirecenzji muzyki, która wpadła nam w uszy.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [50%]
Trzecia w karierze, lecz druga długogrająca płyta Codes In The Clouds to najlepsza jak dotąd porcja indie-post-rocka w ich wykonaniu. Od wciągającego „Where Dirt Meets Water”, przez zaskakujący jazzowo-latynoską trąbką „The Reason In Madness, In Love”, po delikatny koniec w postaci „Your Panopticon” Brytyjczycy snują swoją opowieść, mieszając jawę ze snem. Momentami epickie kompozycje niezauważalnie przechodzą jedna w drugą, czyniąc z „As The Spirit Wanes” kompletną suitę. Lepsze fragmenty chłopcy przeplatają niestety słabszymi, chwilami trochę nużącymi, ale słychać zdecydowanie, że ich twórczość okrzepła, kompozycje nabrały lekkości i wskazują na progres. Być może kolejny album wzniesie się zdecydowanie ponad przeciętność i marazm, w jaki zdaje się popada ten gatunek. Mimo że „As The Spirit Wanes” każe ciągle myśleć o Codes In The Clouds jako o naśladowcach, niepewnych swoich własnych pomysłów, to nie zniechęca do zespołu, daje nadzieję na coś więcej i dostarcza kilku przyjemnych chwil niezobowiązującego słuchania.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [80%]
Na swojej kolejnej płycie Earth niczym nie zaskakują, ale powiedzieć, że nie zawodzą, będzie za mało. To dobrze wyważone, dopracowane w szczegółach dzieło zahaczające o doom, drone i post-rock. Elementy, które przeszkadzały na kilku poprzednich albumach grupy, czyli zbytnie rozciąganie każdego motywu, zostały wyeliminowane, a konstrukcje kawałków są lepiej przemyślane, przez co wyraźniej i swobodniej wchodzą w symbiozę ze specyficzną atmosferą. Jest to zdecydowanie mocna pozycja w dyskografii, bliska poziomem „Hex; or Printing in the Infernal Method” oraz kapitalnego, wydanego przed ponad dwudziestoma laty, debiutu – „Earth 2”. Gatunkowo krystalizująca styl zapoczątkowany przez Amerykanów na wspomnianym „Hex” i rozwijany na trzech ostatnich krążkach. Lejące się w nieskończoność powolne motywy i tematy poparte ludowymi, rytualnymi klimatami, ubarwiane grą wiolonczeli pochłaniają tym razem bez reszty. Piękne jest to, jak spiętrzając melodie nakładaniem kolejnych warstw dźwięków muzycy nie przytłaczają słuchacza, pozostawiają mu wiele swobody i miejsca na oddech, nawet roztaczają przed nim ogromne, rozległe i nieskażone krajobrazy. Urzeka nastrojowość utworów, w których poszczególne instrumenty kontrastując ze sobą się uzupełniają, rezonują wzajemnie mimo dysonansów, minimalnych różnic w długościach nut, wybrzmiewają razem mijając swoje interwały. Nasuwa się pewne zaskakujące stwierdzenie: Earth udało się nie przy pomocy ciszy przedstawić ciszę. Ciężko tę płytę opisać, nie używając oksymoronów, jednak patrząc na tytuł chyba to nie dziwi. Czekać wypada teraz na zapowiedzianą już część drugą, gdyż z tą pierwszą, wprawiającą w zadumę, potęgującą nostalgię, melancholię a w końcu wyciszającą i kojącą, warto się zapoznać.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Michał Perzyna [80%]
Dwa odmienne style i dwie różne osobowości udało się połączyć na naprawdę niezłej płycie. Ale po kolei. Dużym wydarzeniem była już zeszłoroczna premiera albumu „I’m New Here”, którym Gil Scott-Heron powrócił po blisko szesnastu latach milczenia; a artysta to nieprzeciętny, z olbrzymimi zasługami zarówno dla sceny bluesowej, soulowej czy jazzowej, jak i hiphopowej. Wystarczy wspomnieć, że początki jego zaangażowanej politycznie twórczość sięgają lat 70. ubiegłego wieku, a charakterystyczne melorecytacje uważa się dzisiaj za zwiastuny współczesnego rapu. Z drugiej strony mamy Jamiego Smitha – producenta, specjalistę od remiksów i członka indiepopowego zespołu The XX. Krótko mówiąc – reprezentanta młodego pokolenia, rozmiłowanego w niskich tonach i elektroniczno-instrumentalnych wariacjach. I to właśnie Jamie XX wziął na warsztat znakomitą płytę Scotta-Herona i opracował dla niej całkiem nową, bardzo świeżą warstwę muzyczną, która najwięcej wspólnego ma chyba z dubstepem, ale i sporo z dokonaniami The XX. Bo o ile w przypadku oryginału można mówić o bluesowym, ale mrocznym, czasami mocno triphopowym klimacie, o tyle na „We’re New Here” króluje niebanalna, różnorodna i minimalistyczna elektronika, stanowiąca jednak doskonałe, ale i współczesne uzupełnienie recytacji amerykańskiego poety i muzyka. Potwierdzeniem umiejętnego zgrania oraz dopasowania obu artystów są choćby kawałki: „Home”, „Ur Soul And Mine”, mroczne i pulsujące „NY Is Killing Me” czy w końcu mistrzowskie „I’ll Take Care Of You”. Dzięki kunsztowi Jamiego żaden ze stworzonych przez niego podkładów na pewno nie nudzi, a nawet co chwilę na nowo wciąga i podbija zainteresowanie słuchacza. Co najważniejsze, jednocześnie nie przyćmiewa wcale przesłań, treści i pierwotnego „ducha” tekstów Gila. Czy jest to dobry materiał? To chyba jasne. Czy lepszy od „I’m New Here”? Na pewno inny, bardziej nowoczesny, klubowy i może łatwiejszy do przyswojenia dla dzisiejszego odbiorcy. I dowodzący, że krążek z remiksami można stawiać w jednym rzędzie z oryginałem. Dodajmy, świetnym oryginałem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Michał Perzyna [60%]
Mieszane uczucia towarzyszą mojej przygodzie z najnowszym krążkiem doświadczonej formacji Hooverphonic. Belgijscy muzycy, uznawani swego czasu nawet za łączników pomiędzy twórczością Portishead i Massive Attack, wypuszczają na rynek album na wskroś popowy, choć przy tym mocno akustyczny. Mimo że w ich twórczości właściwie już od czasu „Blue Wonder Power Milk” z 1998 roku dało się zauważyć stopniowe poszerzanie instrumentarium i marsz w stronę bardziej przystępnych i rozrywkowych brzmień, to i tak na usta ciśnie się pytanie: gdzie ten niepowtarzalny trip hop z dawnych lat, gdzie towarzysząca mu tajemnica? Przepadły chyba na dobre… i w tym momencie można by rozpocząć znęcanie się nad nowym projektem grupy, gdyby nie fakt, że melodyjny pop w ich wykonaniu to całkiem zjadliwa, a momentami nawet wciągająca propozycja. Najważniejszą z ostatnich zmian w Hooverphonic jest pojawienie się kolejnej nowej wokalistki – świetnie rozpoznawalną Geike Arnaert zastąpiła młodziutka Noemie Wolfs. Z jej udziałem powstało w sumie dwanaście umiarkowanych i ciepłych utworów, które trafiły na omawiane „The Night Before”. Co najistotniejsze, wśród nich jest kilka naprawdę ciekawych i dobrze zaśpiewanych. Na początku uwagę zwraca zwłaszcza drugie na playliście, a pełniące rolę singla „The Night Before” (doskonale przyjęte w kraju muzyków) – dynamicznie zaśpiewane, nagrane w asyście smyczków, a do tego przyjemnie kołyszące. Nieźle sprawdzają się także: „Identical Twin”, „How Can You Sleep Tonight” albo choćby „Sunday Afternoon”. Nie można nie wspomnieć też o lekko filmowym klimacie, z którego Hooverphonic słynęło w przeszłości – i tutaj na kilku numerach daje się odnaleźć charakterystyczne dla ścieżek dźwiękowych posunięcia nie tylko muzyków, ale i samej wokalistki. Pomimo wszelkich początkowych zastrzeżeń „The Night Before” zasługuje na co najmniej chwilę uwagi, ale przede wszystkim publiczności gustującej w downtempo i przyjemnym popie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [30%]
„Interpol” to kolejny stopień na ścieżce, jaką obrał sobie ten nowojorski kwartet. Szkoda tylko, że kapela, zamiast piąć się w górę, schodzi coraz niżej. Nie pomógł powrót pod skrzydła producenta i wydawcy, z którymi muzykom udało się tak świetnie rozpocząć karierę. Tak nudne rzeczy jak choćby „Success”, „The Undoing” i „Barricade” zupełnie przysłaniają ciekawsze „Summer Well” czy „Safe Without”, a całość zlewa się w jedną ciężkostrawną papkę. Równanie w dół.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

26 V 2011   15:55:13

White Lies maja wyższą ocenę, niż The Strokes? Wpisujemy miasta, które robią [facepalm]

;P

27 V 2011   08:10:38

@„Hex” czy „Printing in the Infernal Method”
Że niby to są dwie różne płyty?
Kandydat do popkuriozum.

28 V 2011   12:25:58

greg: kto twierdzi, że są to dwie różne płyty?

29 V 2011   11:43:39

greg: zwracam honor, miałeś rację, tak stało w tekście. Skąd się wzięło polskie "czy" w miejscu "or", co było przyczyną takiej pomyłki ciężko powiedzieć. Zostało poprawione po Twoim komentarzu a przed moim, stąd zamieszanie i powyższe pytanie (bo przez myśl nie przeszło, że taka 'chyba' mogła mieć miejsce). Dzięki za zwrócenie uwagi. Faktycznie kandydat murowany...

31 V 2011   11:06:27

Nie tylko "czy" wprowadzało w błąd. Również dwa cudzysłowy zamiast jednego. Teraz: everything in its right place.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Tegoż twórcy

Choćbym szedł ciemną doliną…
— Jakub Dzióbek

Anioły są na ziemi. Diabły też
— Jakub Stępień

Tegoż autora

Adaptacja komiksowa, która igra z ogniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Mroczna strona Marvela
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: I ty możesz zostać arachnoidem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nie taki wampir straszny jak o nim mówią
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Grzech nie przeczytać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 nie tak oczywistych piosenek Grzegorza Ciechowskiego
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zainteresować zainteresowanych
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Oto wizja wpadki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Głos suwerena wysłuchany
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Ogniu krocz za mną
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.