Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 21 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Esensja słucha: Wiosna 2011

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 3 »
Choć od ostatniego odcinka niniejszego cyklu minęło już kilka miesięcy, nie próżnujemy. Wciąż nasłuchujemy co w trawie piszczy, gdzie wiatr hula i komu w krzyżu strzyka, a o dźwiękach, które wydadzą nam się interesujące – piszemy. Zapraszamy zatem do zapoznania się z zestawem minirecenzji muzyki, która wpadła nam w uszy.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [50%]
Trzecia w karierze, lecz druga długogrająca płyta Codes In The Clouds to najlepsza jak dotąd porcja indie-post-rocka w ich wykonaniu. Od wciągającego „Where Dirt Meets Water”, przez zaskakujący jazzowo-latynoską trąbką „The Reason In Madness, In Love”, po delikatny koniec w postaci „Your Panopticon” Brytyjczycy snują swoją opowieść, mieszając jawę ze snem. Momentami epickie kompozycje niezauważalnie przechodzą jedna w drugą, czyniąc z „As The Spirit Wanes” kompletną suitę. Lepsze fragmenty chłopcy przeplatają niestety słabszymi, chwilami trochę nużącymi, ale słychać zdecydowanie, że ich twórczość okrzepła, kompozycje nabrały lekkości i wskazują na progres. Być może kolejny album wzniesie się zdecydowanie ponad przeciętność i marazm, w jaki zdaje się popada ten gatunek. Mimo że „As The Spirit Wanes” każe ciągle myśleć o Codes In The Clouds jako o naśladowcach, niepewnych swoich własnych pomysłów, to nie zniechęca do zespołu, daje nadzieję na coś więcej i dostarcza kilku przyjemnych chwil niezobowiązującego słuchania.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [80%]
Na swojej kolejnej płycie Earth niczym nie zaskakują, ale powiedzieć, że nie zawodzą, będzie za mało. To dobrze wyważone, dopracowane w szczegółach dzieło zahaczające o doom, drone i post-rock. Elementy, które przeszkadzały na kilku poprzednich albumach grupy, czyli zbytnie rozciąganie każdego motywu, zostały wyeliminowane, a konstrukcje kawałków są lepiej przemyślane, przez co wyraźniej i swobodniej wchodzą w symbiozę ze specyficzną atmosferą. Jest to zdecydowanie mocna pozycja w dyskografii, bliska poziomem „Hex; or Printing in the Infernal Method” oraz kapitalnego, wydanego przed ponad dwudziestoma laty, debiutu – „Earth 2”. Gatunkowo krystalizująca styl zapoczątkowany przez Amerykanów na wspomnianym „Hex” i rozwijany na trzech ostatnich krążkach. Lejące się w nieskończoność powolne motywy i tematy poparte ludowymi, rytualnymi klimatami, ubarwiane grą wiolonczeli pochłaniają tym razem bez reszty. Piękne jest to, jak spiętrzając melodie nakładaniem kolejnych warstw dźwięków muzycy nie przytłaczają słuchacza, pozostawiają mu wiele swobody i miejsca na oddech, nawet roztaczają przed nim ogromne, rozległe i nieskażone krajobrazy. Urzeka nastrojowość utworów, w których poszczególne instrumenty kontrastując ze sobą się uzupełniają, rezonują wzajemnie mimo dysonansów, minimalnych różnic w długościach nut, wybrzmiewają razem mijając swoje interwały. Nasuwa się pewne zaskakujące stwierdzenie: Earth udało się nie przy pomocy ciszy przedstawić ciszę. Ciężko tę płytę opisać, nie używając oksymoronów, jednak patrząc na tytuł chyba to nie dziwi. Czekać wypada teraz na zapowiedzianą już część drugą, gdyż z tą pierwszą, wprawiającą w zadumę, potęgującą nostalgię, melancholię a w końcu wyciszającą i kojącą, warto się zapoznać.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Michał Perzyna [80%]
Dwa odmienne style i dwie różne osobowości udało się połączyć na naprawdę niezłej płycie. Ale po kolei. Dużym wydarzeniem była już zeszłoroczna premiera albumu „I’m New Here”, którym Gil Scott-Heron powrócił po blisko szesnastu latach milczenia; a artysta to nieprzeciętny, z olbrzymimi zasługami zarówno dla sceny bluesowej, soulowej czy jazzowej, jak i hiphopowej. Wystarczy wspomnieć, że początki jego zaangażowanej politycznie twórczość sięgają lat 70. ubiegłego wieku, a charakterystyczne melorecytacje uważa się dzisiaj za zwiastuny współczesnego rapu. Z drugiej strony mamy Jamiego Smitha – producenta, specjalistę od remiksów i członka indiepopowego zespołu The XX. Krótko mówiąc – reprezentanta młodego pokolenia, rozmiłowanego w niskich tonach i elektroniczno-instrumentalnych wariacjach. I to właśnie Jamie XX wziął na warsztat znakomitą płytę Scotta-Herona i opracował dla niej całkiem nową, bardzo świeżą warstwę muzyczną, która najwięcej wspólnego ma chyba z dubstepem, ale i sporo z dokonaniami The XX. Bo o ile w przypadku oryginału można mówić o bluesowym, ale mrocznym, czasami mocno triphopowym klimacie, o tyle na „We’re New Here” króluje niebanalna, różnorodna i minimalistyczna elektronika, stanowiąca jednak doskonałe, ale i współczesne uzupełnienie recytacji amerykańskiego poety i muzyka. Potwierdzeniem umiejętnego zgrania oraz dopasowania obu artystów są choćby kawałki: „Home”, „Ur Soul And Mine”, mroczne i pulsujące „NY Is Killing Me” czy w końcu mistrzowskie „I’ll Take Care Of You”. Dzięki kunsztowi Jamiego żaden ze stworzonych przez niego podkładów na pewno nie nudzi, a nawet co chwilę na nowo wciąga i podbija zainteresowanie słuchacza. Co najważniejsze, jednocześnie nie przyćmiewa wcale przesłań, treści i pierwotnego „ducha” tekstów Gila. Czy jest to dobry materiał? To chyba jasne. Czy lepszy od „I’m New Here”? Na pewno inny, bardziej nowoczesny, klubowy i może łatwiejszy do przyswojenia dla dzisiejszego odbiorcy. I dowodzący, że krążek z remiksami można stawiać w jednym rzędzie z oryginałem. Dodajmy, świetnym oryginałem.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Michał Perzyna [60%]
Mieszane uczucia towarzyszą mojej przygodzie z najnowszym krążkiem doświadczonej formacji Hooverphonic. Belgijscy muzycy, uznawani swego czasu nawet za łączników pomiędzy twórczością Portishead i Massive Attack, wypuszczają na rynek album na wskroś popowy, choć przy tym mocno akustyczny. Mimo że w ich twórczości właściwie już od czasu „Blue Wonder Power Milk” z 1998 roku dało się zauważyć stopniowe poszerzanie instrumentarium i marsz w stronę bardziej przystępnych i rozrywkowych brzmień, to i tak na usta ciśnie się pytanie: gdzie ten niepowtarzalny trip hop z dawnych lat, gdzie towarzysząca mu tajemnica? Przepadły chyba na dobre… i w tym momencie można by rozpocząć znęcanie się nad nowym projektem grupy, gdyby nie fakt, że melodyjny pop w ich wykonaniu to całkiem zjadliwa, a momentami nawet wciągająca propozycja. Najważniejszą z ostatnich zmian w Hooverphonic jest pojawienie się kolejnej nowej wokalistki – świetnie rozpoznawalną Geike Arnaert zastąpiła młodziutka Noemie Wolfs. Z jej udziałem powstało w sumie dwanaście umiarkowanych i ciepłych utworów, które trafiły na omawiane „The Night Before”. Co najistotniejsze, wśród nich jest kilka naprawdę ciekawych i dobrze zaśpiewanych. Na początku uwagę zwraca zwłaszcza drugie na playliście, a pełniące rolę singla „The Night Before” (doskonale przyjęte w kraju muzyków) – dynamicznie zaśpiewane, nagrane w asyście smyczków, a do tego przyjemnie kołyszące. Nieźle sprawdzają się także: „Identical Twin”, „How Can You Sleep Tonight” albo choćby „Sunday Afternoon”. Nie można nie wspomnieć też o lekko filmowym klimacie, z którego Hooverphonic słynęło w przeszłości – i tutaj na kilku numerach daje się odnaleźć charakterystyczne dla ścieżek dźwiękowych posunięcia nie tylko muzyków, ale i samej wokalistki. Pomimo wszelkich początkowych zastrzeżeń „The Night Before” zasługuje na co najmniej chwilę uwagi, ale przede wszystkim publiczności gustującej w downtempo i przyjemnym popie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Jakub Stępień [30%]
„Interpol” to kolejny stopień na ścieżce, jaką obrał sobie ten nowojorski kwartet. Szkoda tylko, że kapela, zamiast piąć się w górę, schodzi coraz niżej. Nie pomógł powrót pod skrzydła producenta i wydawcy, z którymi muzykom udało się tak świetnie rozpocząć karierę. Tak nudne rzeczy jak choćby „Success”, „The Undoing” i „Barricade” zupełnie przysłaniają ciekawsze „Summer Well” czy „Safe Without”, a całość zlewa się w jedną ciężkostrawną papkę. Równanie w dół.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

26 V 2011   15:55:13

White Lies maja wyższą ocenę, niż The Strokes? Wpisujemy miasta, które robią [facepalm]

;P

27 V 2011   08:10:38

@„Hex” czy „Printing in the Infernal Method”
Że niby to są dwie różne płyty?
Kandydat do popkuriozum.

28 V 2011   12:25:58

greg: kto twierdzi, że są to dwie różne płyty?

29 V 2011   11:43:39

greg: zwracam honor, miałeś rację, tak stało w tekście. Skąd się wzięło polskie "czy" w miejscu "or", co było przyczyną takiej pomyłki ciężko powiedzieć. Zostało poprawione po Twoim komentarzu a przed moim, stąd zamieszanie i powyższe pytanie (bo przez myśl nie przeszło, że taka 'chyba' mogła mieć miejsce). Dzięki za zwrócenie uwagi. Faktycznie kandydat murowany...

31 V 2011   11:06:27

Nie tylko "czy" wprowadzało w błąd. Również dwa cudzysłowy zamiast jednego. Teraz: everything in its right place.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…
Sebastian Chosiński

18 VII 2017

To nie jest najnowsza płyta. Od jej wydania minął ponad rok. A jednak warto się nad nią pochylić. Z dwóch powodów. Raz, że Burning Ghosts to nowy projekt amerykańskiego trębacza Daniela Rosenbooma, o którym w „Esensji” już pisaliśmy. Dwa, że właśnie światło dzienne ujrzał właśnie drugi album kwartetu („Reclamation”) i jakoś tak głupio pisać o nim, nie rozprawiwszy się wcześniej z debiutem („Burning Ghosts”).

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Powrót do Ziemi Obiecanej
Sebastian Chosiński

6 VII 2017

To już trzeci koncertowy album niezwykłego freejazzowego tria tworzonego przez saksofonistę i klarnecistę Petera Brötzmanna, puzonistę Steve’a Swella oraz perkusistę Paala Nilssen-Love’a, który opublikowała krakowska wytwórnia NotTwo Records. Wypełniły go nagrania zarejestrowane jesienią ubiegłego roku w Tel Awiwie. W porównaniu z poprzednimi wydawnictwami to najnowsze ma jednak jeden istotny mankament – jest od nich o (w przybliżeniu) pół godziny krótsze.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Z głowami w gwiazdach…
Sebastian Chosiński

4 VII 2017

Znani z eksperymentalno-jazzrockowego duetu Humcrush Ståle Storløkken i Thomas Strønen doszli pewnego dnia do wniosku, że mogliby przecież rozszerzyć skład. Dokooptowali dwóch nowych, ale doskonale sobie znanych muzyków – Kjetila Møstera oraz Hansa Magnusa Ryana – i tym sposobem stworzyli podwaliny Reflections in Cosmo, którego debiutancka płyta kongenialnie łączy rockową zadziorność z freejazzową swobodą.

więcej »

Polecamy

W piekielnym ogniu płonące dusze…

Tu miejsce na labirynt…:

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Mokradła we mgle
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Tegoż twórcy

Choćbym szedł ciemną doliną…
— Jakub Dzióbek

Anioły są na ziemi. Diabły też
— Jakub Stępień

Tegoż autora

Czarna Wdowa na ostro
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Coś się kończy, coś się zaczyna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Nieźle jak na Fantastyczną Czwórkę
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wielowymiarowa posągowa Amazonka
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Wyrwane z kontekstu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bez przebaczenia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

To się nie może tak skończyć
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Marvel: Uszczęśliwianie na siłę
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

In the End
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wyrzut sumienia pędzącego miasta
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.