Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Esensja słucha: Październik 2011

Esensja.pl
Esensja.pl
[1] 2 3 »
Po dłuższej przerwie wracamy z cyklem minirecenzji pod wspólną nazwą Esensja Słucha. I jak zwykle znajdziecie tu oceny płyt wykonawców ogólnie znanych (Red Hot Chili Peppers, Myslovitz, Lenny Kravitz), a także tych mniej popularnych, co nie znaczy, że nie wartych uwagi (Wu Lyf, Rwake, Akwarium). Miłej lektury.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Akwarium – Archangielsk
Sebastian Chosiński [80%]
Według oficjalnej dyskografii jest to dwudziesty dziewiąty album studyjny zespołu Akwarium. Do tego trzeba doliczyć masę płyt koncertowych, nie mniej z materiałami archiwalnymi (z pierwszych – prehistorycznych – lat działalności) i co najmniej kilkanaście krążków nagranych przez Borisa Griebienszczikowa solo bądź z innymi wykonawcami. Całkiem sporo, nawet jak na prawie czterdzieści lat działalności (rocznicę będą obchodzić w 2012 roku). Najważniejsze jednak, że po albumie „Archangielsk” nie słychać, że zespół się starzeje. Osiem pełnoprawnych kawałków (plus jedna miniatura), z czego pięć absolutnie powalających na kolana i mających szansę stać się kolejnymi evergreenami tej kultowej w Rosji kapeli – to chyba wystarczająco, by uznać płytę za udaną? Już otwierający krążek „Nazad w Archangielsk” zabija! Post-punkowy rytm, mroczny klimat i zachrypnięty głos wokalisty. Czegóż chcieć więcej? „Krasnaja rieka” to świetny rockowo-folkowy kawałek, a „Ogon′ Wawiłona”, choć brzmi w warstwie rytmicznej jak klasyczne reggae, skrzy się pełną gamą przeróżnych instrumentów i zachwyca bogatą aranżacją. Końcówka prowadzi do wyciszenia. Zarówno „Niebo cwieta dożdia” oraz „Na chod nogi” to klimatyczne, poetyckie ballady (polskim słuchaczom mogące przywodzić na myśl rockową odmianę Starego Dobrego Małżeństwa). Ta druga przechodzi w końcówce w radosny irlandzki folk. I choć nie jestem szczególnym wielbicielem tej tradycji muzycznej, jakoś mi to nie przeszkadza.
Album znajdziecie tutaj.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Fink – Perfect Darkness
Michał Perzyna [80%]
Fin Greenall utrzymuje ciągle bardzo wysoką formę. Jego ostatni studyjny krążek, zatytułowany trafnie „Perfect Darkness”, to zbiór pięknych, pełnych subtelnych emocji kompozycji z pogranicza popu i folku. Już tradycyjnie utworom Finka (wspartego zespołem) ton nadaje przede wszystkim gitara klasyczna, ale pojawia się czasami także jej elektryczna wersja albo delikatne smyczki czy żywsza perkusja. Do tego, zdecydowanie najważniejszy pozostaje wokal samego artysty – dość niski, mocny i prawdziwie męski, ale świetnie pasujący do lirycznych, skąpanych w mroku piosenek. Piosenek, pomimo dość ascetycznego charakteru całości, w większości przyjemnie kołyszących i melodyjnych – potrafiących naprawdę solidnie zainteresować, przykuć uwagę na blisko pięćdziesiąt minut, a nawet zmusić do głębszej refleksji. Najjaśniejsze punkty tracklisty „Perfect Darkness” to dla mnie rytmiczne, pięknie zagrane „Yesterday Was Hard On All Of Us”, bluesowe „Wheels”, przyjemnie urozmaicony smyczkami numer tytułowy oraz przejmujące „Save It For Somebody Else”. Ciekawie wypada też ostrzejsze, znacznie bardzie rockowe „Fear Is Like Fire”, które nawet z taką mocą dobrze wkomponowuje się w album. Co istotne, trudno wskazać jakiś wyraźnie słabszy, odstający od pozostałych utwór. Bo „Perfect Darkness” to po prostu twór kompletny i doskonale skomponowany – zdecydowanie warty polecenia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Guano Apes – Bel Air
Piotr „Pi” Gołębiewski [50%]
Przyznam, że ucieszyłem się na wieść o reaktywacji Guano Apes. Solowe dokonania Sanry Nasić w ogóle do mnie nie trafiły, ale to, co wyczyniała z zespołem (nie tylko na genialnym „Proud Like God”), to zupełnie inna bajka. Niestety „Bel Air”, pierwsza płyta nagrana po dłuższej przerwie, zawiodła mnie jeszcze bardziej niż solowe nagrania Sandry. Grupa niepotrzebnie zachłysnęła się obecnymi trendami, sięgając po syntezatorowe ozdobniki i niemal dyskotekowe rytmy, tracąc przy tym swoją tożsamość. Już na ostatnim albumie, „Walking on the Line” z 2003 roku, Guano Apes złagodzili brzmienie, ale to, co się dzieje na właśnie wydanym, to całkowite nieporozumienie. Owszem, mamy tu parę zgrabnych numerów, jak przebojowe „Oh, What a Night”, „Sunday Lover” czy „Fire in Your Eyes”, ale po pierwsze, to za mało, by zamaskować miałkość pozostałych, a po drugie, to i tak nie ta jakość, co kiedyś. Przede wszystkim rozczarowuje śpiew Sandry, która za najlepszych czasów potrafiła tak cudownie zdzierać gardło, że ciarki przechodziły po plecach. Na „Bel Air” stara się jednak śpiewać bardziej tradycyjnie, często sięgając po wysokie tony, co nie robi już takiego wrażenia. Nowych kawałków można spokojnie posłuchać, ale niestety ciśnienia nie podnoszą (no, chyba że tym, którzy mieli nadzieję, że dostaną kolejną porcję przebojów na miarę „Open Your Eyes”, „Dödel Up” czy chociażby „You Can’t Stop Me”).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Ladytron – Gravity the Seducer
Bartosz Makświej [40%]
Każdy z kolejno wydawanych albumów tej formacji zawierał jakiś haczyk, który powodował, że zespół zapadał w pamięć. W przypadku debiutu były to „Playgirl„ i „He Took Her to a Movie” (z odległym echem „Das Model” Kraftwerk). „Light & Magic” startował tak, że pozostałych utworów mogłoby nie być: energetyczny „True Mathematics” i dość enigmatyczny, oparty na brzmieniach 8-bitowych komputerów „Seventeen”. Najlepszy, trzeci krążek „Witching Hour” był już naprawdę udany. Takie tytuły jak: „International Dateline”, „Weekend”, „High Rise” i przede wszystkim „Destroy Everything You Touch”, sprawiły, że Ladytron stał się w swoim gatunku prawdziwą gwiazdą. Lekki regres formy czuć na „Velocifero”, ale nawet tutaj można poszukać kilku „killerów": „Runaway”, „I′m Not Scared”, „The Lovers” i zahaczający o rock „Ghosts”.
Na tym tle piąty regularny album, czyli „Gravity the Seducer”, wypada zaskakująco słabo. Tytuł potwornie myli, gdyż nic słuchacza nie uwodzi. Mamy raczej do czynienia z usypiającą grawitacją Jowisza, bo ciężko jest słuchać tak jednostajnej opowieści. Brakuje charakterystycznej dla Ladytron różnorodności. Skoro najlepszym utworem jest „Ace of Hz”, który pojawił się wcześniej na składance największych hitów „Best of 00-10”, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że talent zespołu do tworzenia lekkich form został zmiażdżony przez prawo powszechnego ciążenia. Fani grupy, którzy nie czekali na żadne przełomy, a po prostu na kolejne, klimatyczne kawałki w lekko ospałej stylistyce, będą szczęśliwi, bo płyta jest nimi zapchana. Moja radość jest mocno umiarkowana. W miarę zapamiętywalny „Ritual”, śpiewany przez Mirę Aroyo „Moon Palace” i jedyna „inna” w tym zestawie, dość dziwna kompozycja „Ambulances”, to troszkę za mało. Nie będzie to album roku…
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Lenny Kravitz – Black and White America
Michał Perzyna [60%]
Czarnoskóry, wszechstronny przystojniak powrócił niedawno z krążkiem, na którym upchnął aż szesnaście utworów dających razem ponad godzinę grania. Grania wypełnionego jednak przede wszystkim przez lekkie, funkowe brzmienia, wysuwające się zdecydowanie na pierwszy plan. Na „Black and White America” mamy zatem dużo chwytliwych, ale niezbyt skomplikowanych melodii zbudowanych przy użyciu zmiennych gitar, sporej ilości dęciaków oraz odrobiny dopasowanej doń elektroniki. Taki jest choćby pierwszy, rytmiczny numer tytułowy z wyraźnym gitarowym riffem i saksofonem. Na kilku utworach dostrzec można też elementy r’n’b czy soulu („Superlove”), nie brakuje również lirycznych ballad (przesłodzone do bólu fortepianowe „Dream”), a na nieszczęście najmniej jest wyrazistego, mocnego rocka. Taki potencjał ma chyba tylko (też niepowalające) „Rock Star City Life”. Jakby eklektyzmu było mało, wśród gości zaproszonych przez Kravitza znaleźli się: Jay-Z oraz Drake – dla mnie obaj zupełnie niepasujący do dokonań nowojorskiego artysty. Niestety, ilość w przypadku tej płyty nie poszła w parze z jakością – niby zebrane dźwięki potrafią zaciekawić, ale tylko na chwilę, a cały album, pomimo różnorodności, w pewnym momencie zlewa się w monotonną, funkowo-gitarową masę. Co prawda niektórzy twierdzą, że jest to prawdziwa kopalnia przebojów, ale ja zapamiętałem raptem jeden numer. Mowa o potężnie zaśpiewanym „Come On Get It”, którego wykonanie chyba słusznie porównywane jest do głosowych możliwości Jamesa Browna (zresztą przywołanego w jednym z utworów). Dla mnie „Black and White America” to wydawnictwo na jeden, może dwa razy. Więcej przyjemności jest chyba w stanie dać jedynie zagorzałym fanom pogodnych, pełnych lekkiej rozrywki brzmień, które stylistyką sięgają lat 70. ubiegłego wieku.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Grudzień 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

… projektu R.U.T.A.
— Sebastian Chosiński

Październik 2013
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Maj 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2013
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski

Marzec 2013 (2)
— Sebastian Chosiński, Łukasz Izbiński, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Marzec 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Luty 2013
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012 (2)
— Łukasz Izbiński, Dawid Josz, Mateusz Kowalski, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Grudzień 2012
— Mateusz Kowalski, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Bartosz Polak

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Kruk krukowi, czyli Muzyczna opowieść niesamowita
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Kapitan Żbik: Na tropie narkotykowej szajki
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Cztery kobiety w (prawie) średnim wieku
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Łącznik z Kraju Tulipanów
— Sebastian Chosiński

Marvel: Mroczna strona Marvela
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

East Side Story: Gdy nie chce się nic, a sens życia ucieka…
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Korzeń też psuje się od głowy
— Sebastian Chosiński

Marvel: I ty możesz zostać arachnoidem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nie taki wampir straszny jak o nim mówią
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kapitan Żbik: Miłość, która prowadzi na manowce
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Ciężkie jest życie rockmana
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.