Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Spacer esplanadą wyobraźni

Esensja.pl
Esensja.pl
Fińska grupa muzyczna Nightwish koncepcyjnym albumem „Imaginaerum”, utrzymanym w baśniowo-marzycielskich tonacjach metalu symfonicznego, powraca po dość długiej przerwie i zaskakuje innowacyjnością rozwiązań. Jednocześnie udowadnia, że nie jest zakładnikiem wyznaczonych przez samych siebie standardów, a tym bardziej niewolnikiem dezyderatów gatunkowych.

Nightwish
‹Imaginaerum›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułImaginaerum
Wykonawca / KompozytorNightwish
Data wydania5 grudnia 2011
Wydawca Nuclear Blast
NośnikCD
Gatunekmetal
EAN727361278922
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Taikatalvi
2) Storytime
3) Ghost River
4) Slow, Love, Slow
5) I Want My Tears Back
6) Scaretale
7) Arabesque
8) Turn Loose the Mermaids
9) Rest Calm
10) The Crow, the Owl and the Dove
11) Last Ride of the Day
12) Song of Myself
13) Imaginaerum
Recenzja nadesłana na konkurs „Esensji”.
Po lekkiej zadyszce, która objawiła się przeciętnym „Dark Passion Play” (chyba najsłabszym w dyskografii), po przesunięciach kadrowych, po wyrugowaniu wystylizowanej na diwę operową Tarji Turunen i zatrudnieniu szwedzkiej frontmenki Anetty Olzon, można było nabyć podejrzeń, czy wytyczona przez zespół droga, aby na pewno wiedzie ku właściwemu celowi. Dlatego nadchodząca premiera „Imaginaerum” miała pełnić funkcję papierka lakmusowego i ostatecznie potwierdzić słuszność przeprowadzonych zmian.
Pod względem treści „Imaginaerum” koncentruje się wokół kontrastów między starością oraz młodością. Oto minstrela, maga opowieści, barda nad bardami, malarza marzeń, dopada starcza rutyna stagnacji. Jedynym remedium na drążącą duszę staje się eskapistyczna peregrynacja i ponowne odnalezienie w sobie utraconego źródła dawnej dziecięcej pasji. Przewodnikiem podczas oczyszczającej wędrówki będzie chłopiec, w którego sercu mistrz dostrzega swe wcielenie sprzed lat. Całość warstwy lirycznej utkano poetycką przędzą, a ostateczny wydźwięk przybiera postać gorzkiej refleksji nad zanikiem ducha oraz wiary wobec pustego pragmatyzmu i postępującej technicyzacji świata.
Maestro Holopainen przyzwyczaił, że komponowane przez niego melodie koherencyjne ilustrują teksty, co w przypadku albumu koncepcyjnego nabiera szczególnego znaczenia.
Płytę otwiera kameralne „Taikatalvi”. Zaraz potem słyszymy rytmiczne dźwięki instrumentów klawiszowych oraz perkusji, następnie dochodzą ostre gitarowe riffy zapowiadające singlowy „Storytime”. Już w tym miejscu widać metamorfozę, jaką przeszła Anette Olzon. O ile piosenki z ostatniego krążka sprawiały wrażenie, jakby napisanych specjalnie pod sopran Tarji Turunen, a wokalistce ze Szwecji przyszło mimo woli ubrać operowy uniform, tak teraz wszystko współgra; Anette śpiewa swobodnie, naturalnie, bez jakichkolwiek kompleksów na punkcie utalentowanej poprzedniczki. Co więcej, efekt baśniowości „Imaginaerum” zawdzięcza w dużej mierze jej walorom wokalnym.
„Ghost River” utrzymano w agresywnych tonacjach. Dynamika oraz poszerzenie repertuaru akustycznych chwytów o dziecięce chórki, sugestywnie podkreśla bijącą z utworu plastyczność wyobrażenia rwącej rzeki. Z kolei „Slow, Love, Slow”, poprzez stylizację na bluesa, to świadome nawiązanie do korzeni muzyki metalowej. Jednak już „I Want My Tears Back” nie zaskakuje żadną nowością, to odgrzewany kotlet przyprawiony folkiem i podany w sosie á la „Last Of The Wilds”, z delikatną grą intertekstualną, odwołującą się do „Dance Of Death” Iron Maiden.
„Scaretale”, inicjowane potępieńczymi pogłosami, wprowadza słuchacza na arenę cyrkową. Groteskowe maszkarony, duchy, ghule, pająki, przy akompaniamencie chóru oraz orkiestry symfonicznej, defilują makabrycznym pochodem. Hietala, ze swym mocnym wokalem, odgrywa rolę impresaria, natomiast Anette śpiewa skrzekliwym głosem wrednej wiedźmy.
Potem krótkie intermedium skomponowane w orientalny deseń, a następnie trzy melancholijnie urzekające utwory, z czego pierwszy inspirowany klimatami westernowymi. Po czym następuje ogłuszające tąpnięcie w postaci „Last Ride Of The Day”. Płytę zamyka ponad trzynastominutowa kompozycja „The Song Of Myself”, wprowadzająca rozbudowaną i urozmaiconą melorecytację. Do finałowego, a zarazem tytułowego „Imaginaerum” posiadam ambiwalentny stosunek, bowiem nie jest to nic innego, jak instrumentalna składanka poszczególnych utworów zamieszczonych na krążku. Jednak o lenistwo, albo brak konceptu nie śmiem Holopainena podejrzewać.
Mimo wszystko ów eklektyzm form, stylów i zapożyczeń sprawdza się świetnie, całości płyty nadając klimatyczne baśniowe brzmienie. Ostentacyjna obecność chórów i orkiestr, co rusz atakuje zmysł słuchu kaskadami dźwięków. Szczególna wartość „Imaginaerum” leży w komplementarności. Trudno byłoby wybrać spośród zamieszczonych na krążku utworów zdecydowanego faworyta na przebój, bowiem po jednej stronie sadowią się epickie i porywające dynamiką kawałki, po drugiej zaś czarujące nastrojowością utwory. O sile nowego albumu Nigtwisha decyduje wysoki poziom wykonania każdego elementu, dopracowanie każdego detalu. Również na plus trzeba zapisać wokal Anetty Olzon, do której głosu Holopainen znalazł klucz i potrafił wydobyć drzemiące w nim pokłady energii.
Ostateczny werdykt, jest jak najbardziej pozytywny. „Imaginaerum” nie tylko zachwyca, ale również uzależnia, sprawia, że albumu chce się słuchać po raz kolejny i od początku, a przy tym dostarcza nigdy niegasnącej przyjemności.
koniec
12 stycznia 2012
dodajdo

Komentarze

13 I 2012   10:28:15

"Imaginaerum" to świetny album, natomiast nie zgadzam się z negatywną oceną "Dark Passion Play", już tam czuło się powiew świeżości w stosunku do wcześniejszych płyt. Rezygnacja z wokalu Tarji wg mnie sprawiła, że piosenki stały się bardziej zróżnicowane, ballady przestały być przesłodzone, no i "The Islander" śpiewany przez Hietalę bez growlingu był miłą niespodzianką :) Jest natomiast faktem, że utwory z "Imaginaerum" dużo lepiej wykorzystują możliwości wokalne Anette :)

13 I 2012   13:39:37

Niegasnącej przyjemności natomiast nie dostarcza mi lektura tej recenzji. Wystarczy zerknąć na "dezyderaty gatunkowe", "melodie koherencyjne", "gra intertekstualna" i (perełka) "eskapistyczna peregrynacja".
:)

13 I 2012   13:40:18

I dużo więcej...

13 I 2012   15:20:22

Coś takiego gdzieś już widziałem. O tutaj: http://studiuje.eu/65/134-RIVERSIDE___RAPID_EYE_MOVEMENT.html
A dokładnie:
"Druga to zdecydowanie eskapistyczna, oniryczna, żeby nie powiedzieć mantryczna peregrynacja w głębiny jaźni"

13 I 2012   17:25:23

"Dark Passion Play" wydaje mi sie zdecydownie najlepszy (nie znam jeszcze nowego dysku). Jak komus nie pasuje wokal Anette, propnuje siegnac po "Deluxe Edition" z instrumentalna wersja utworow. Powala.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Inne recenzje

Wyobraźniewo
— Marcin T.P. Łuczyński

Tegoż twórcy

Pot i Kreff: Sztokholm, Kraków i kilka innych miejsc
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.