Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 29 czerwca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Pulsujące purpurą Słońce

Esensja.pl
Esensja.pl
9 marca minie 40. rocznica nagrania albumu „Purple Sun” – prawdziwej Biblii polskiego free jazzu, jednego z najdoskonalszych dzieł w bogatej dyskografii Tomasz Stańki. Sesja odbyła się w Wyższej Szkole Muzycznej w Monachium, a – oprócz lidera – wzięli w niej udział tak wyśmienici muzycy jak skrzypek Zbigniew Seifert, saksofonista Janusz Muniak i perkusista Janusz Stefański.

Tomasz Stańko Quintet
‹Purple Sun›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPurple Sun
Wykonawca / KompozytorTomasz Stańko Quintet
Data wydania1973
NośnikCD
Czas trwania39:02
Gatunekjazz
EAN5907513047230
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Boratka & Flute’s Ballada14:05
2) My Night, My Day5:26
3) Flair13:22
4) Purple Sun6:09
Instrumentem pierwszego wyboru wcale nie była dla Tomasza Stańki trąbka. Ten urodzony w 1942 roku w Rzeszowie muzyk początkowo uczył się także gry na skrzypcach i fortepianie. Trąbkę jako instrument wiodący wybrał dopiero, gdy został studentem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (dzisiejszej Akademii Muzycznej) w Krakowie. Karierę zaczął bardzo wcześnie, będąc jeszcze uczniem szkoły średniej – grał wtedy w kwartecie między innymi z Wacławem Kisielewskim, który chwilę później (w 1963 roku) utworzył z Markiem Tomaszewskim legendarny duet fortepianowy Marek i Wacek. Młody Stańko chętnie był zapraszany na jam sessions w klubie „Pod Jaszczurami”, dzięki czemu poznał wielu muzyków i trafił do składu zespołu Jazz Darings, w którym znaleźli się również pianista Adam Matyszkowicz (vel Makowicz), kontrabasista Jacek Ostaszewski (w przyszłości Anawa i Osjan) oraz zapomniany już dzisiaj perkusista Wiktor Perelemutter. W 1963 roku spotkał zaledwie 21-letniego trębacza niezwykły zaszczyt – otrzymał propozycję wspólnego grania od samego Krzysztofa Komedy; efektem ich współpracy okazał się, kto wie czy nie najwybitniejszy album w historii polskiej muzyki jazzowej – „Astigmatic” (1965). Koncerty w całej Europie otworzyły Stańce drogę na salony i jednocześnie dały wiarę we własne siły.
Gdy w 1967 roku Komeda zdecydował się na wyjazd za Ocean, Stańko stworzył pierwszy własny zespół – kwartet, w którym obok lidera znaleźli się jeszcze: saksofonista tenorowy i sopranowy Janusz Muniak („pożyczony” z zespołu Andrzeja Trzaskowskiego), basista Jan Gonciarczyk, zastąpiony chwilę później przez Bronisława Suchanka oraz perkusista Janusz Stefański. Kiedy kilka miesięcy później do składu dołączył genialny skrzypek i saksofonista altowy Zbigniew Seifert, kapela przekształciła się w pierwszą odsłonę Tomasz Stańko Quintet. Grupa zadebiutowała albumem Polskich Nagrań „Music for K” (1970), następne dwa krążki nagrała w Republice Federalnej Niemiec – „Jazzmessage from Poland” w 1972, a „Purple Sun” – w 1973 roku. Na ostatnim z wymienionych nie grał już jednak Suchanek, na miejsce którego lider przyjął swego, urodzonego w szwajcarskim St. Gallen, rówieśnika – Hansa Hartmanna. Longplay „Purple Sun”, będący, jak się okazało, opus magnum Kwintetu, został nagrany w ciągu jednego dnia (9 marca 1973 roku) w sali Wyższej Szkoły Muzycznej (Musikhochschule) w Monachium. Można więc uznać, że zrealizowano go – pod czujnym uchem i wzrokiem Ulricha Krausa – praktycznie „na żywca”, bez powtórek, nakładek, bez tej nierzadko wyczerpującej pracy w studiu, która wielu zespołom odbiera energię i magię.
To nie jest długa płyta – trwa niespełna 40 minut – ale w zawartej na niej muzyce dzieje się tyle, że pomysłami dałoby się obdarzyć dziesiątki innych produkcji jazzowych (i nie tylko). Zespół pozwala sobie na to, o czym wielu innych artystów – nie tylko z Polski zresztą – bało się wtedy nawet pomyśleć. Amalgamat niebywałej wręcz energii i zamiłowanie do improwizacji, które przychodziły muzykom z niezwykłą łatwością, daje efekt niewiarygodny. Najbardziej zadziwiające jest zaś to, że „Purple Sun” po dziś dzień brzmi nadzwyczaj świeżo; równie dobrze album ten mógłby zostać nagrany w 2013 roku – i uznano by go za tak samo odkrywczy i awangardowy. Ogromna w tym zasługa wyśmienitych jazzmanów, który nie tylko nie bali się poszukiwania nowych środków wyrazu, ale nader chętnie zaglądali w muzyczne „światy równoległe”, posiłkując się klimatami z okolic rocka psychodelicznego i progresywnego. Ba! nie brakuje na „Purple Sun” tej rebelianckiej buńczuczności, która wręcz wylewała się rwącymi strumieniami z wczesnych produkcji takich krautrockowych eksperymentatorów jak Amon Düül, Amon Düül II, Faust, Embryo, Xhol Caravan czy Guru Guru. To też świadczy o dużej odwadze lidera, ponieważ w tamtej epoce nad Wisłą dbano raczej o to, aby nie dochodziło do mezaliansu jazzu z muzyką mniej szlachetnie urodzoną (płyty pokroju „Drifting Feather” Paradoksu były wyjątkiem, nie regułą).
Na zawartość „Purple Sun” złożyły się cztery kompozycje ułożone w sposób – z dzisiejszego punktu widzenia – zaskakująco symetryczny: długa (kilkunastominutowa) – krótka (kilkuminutowa) – długa – krótka. Trzeba jednak pamiętać, że w epoce płyt winylowych, kiedy na jednej stronie longplaya nie dało się „upchnąć” więcej niż dwadzieścia kilka minut nagrania, inaczej być po prostu nie mogło. Krążek otwiera „Boratka & Flute’s Ballada”, w której od pierwszych sekund na czoło wybija się trąbka Stańki, w tle zaś słychać mocno rozmyty, psychodeliczny akompaniament sekcji rytmicznej; dopiero po kilku minutach lidera wspomagają na saksofonie Muniak i na skrzypcach Seifert, ale czynią to w sposób nienachalny, idealnie dbając o odpowiednie wypełnienie drugiego planu. Z biegiem czasu coraz bardziej wrzyna się w uszy obsesyjny freejazzowy rytm, który oplata pozostałe instrumenty jak bluszcz. W kolejnych solówkach trąbki i saksofonu daje więc o sobie znać drapieżność i zadziorność instrumentów dętych, jakby Stańko i Muniak chcieli na siłę wyrwać się z oplatających ich pnączy. Wszystko to prowadzi jednak ostatecznie do wyciszenia i ukojenia, które zapewnia subtelna partia fletu (ponownie Janusz Muniak).
Staje się ona również płynnym łącznikiem z kolejną kompozycją – „My Night, My Day”, jedynym utworem, pod którym podpisał się Zbigniew Seifert. I jest to jego numer nie tylko na papierze, ma on w nim najwięcej do powiedzenia również jako solista. Znakomite, bardzo melodyjne i dzięki temu wpadające w ucho solo na skrzypcach sprawia, że kawałek ten brzmi zaskakująco przebojowo; brak tu też charakterystycznych dla pozostałych kompozycji improwizacji. Z kolei „Flair” to powrót na tory freejazzowe; to kolejne poszukiwania i przełamywanie barier – bo przecież nie można powiedzieć, że „zabawy dźwiękiem”, chociaż i takie skojarzenie się pojawia. Wszystko w ryzach ponownie trzymają Stefański i Hartmann, którzy co jakiś czas zmieniając metrum, dają pozostałym muzykom możliwość do wciąż nowych otwarć – i tak raz jesteśmy atakowani drapieżnymi riffami trąbki, to znów w uszy wdzierają się dźwięki saksofonu, w tle z kolei pobrzmiewają elektryczne skrzypce Seiferta, spełniające dokładnie taką samą rolę, jaką w kapeli rockowej pełni gitara. Przez ponad 13 minut nie ma praktycznie nawet chwili wytchnienia; całość zaś prowadzi do finałowej eksplozji, w której zgodnie biorą udział wszyscy instrumentaliści.
Na początek utworu tytułowego otrzymujemy krótkie solo perkusisty, później podłącza się – z genialnym, melodyjnie pulsującym motywem – basista, by ostatecznie usłużnie usunąć się nieco w cień i oddać palmę pierwszeństwa dęciakom, głównie saksofonowi. Cały zespół gra tu na ogromnym luzie, ale też daje z siebie wszystko; można by obrazowo stwierdzić, że każdy z muzyków dociska pedał gazu do końca – nie po to jednak, by osiągnąć zawrotną prędkość, ale by udowodnić, jak ogromną razem mają moc. Do tego stopnia, że gdy w końcowych fragmentach nakładają się na siebie ścieżki saksofonów i trąbki, kwintet brzmi jak cała orkiestra. Żegna nas natomiast ten sam wątek grany przez Hartmanna, który jeszcze długo po zakończeniu utworu wybrzmiewa w uszach. „Purple Sun” było bezsprzecznie największym osiągnięciem tego składu. Niestety, także ostatnim. Już rok później Stańko miał w swoim otoczeniu zupełnie innych muzyków – saksofonistę i klarnecistę Tomasza Szukalskiego, amerykańskiego basistę Petera Warrena i fińskiego bębniarza Edvarda Vesalę – z którymi nagrał kolejną wyśmienitą freejazzową płytę „Twet” (1974). Potem powrócił do współpracy z Adamem Makowiczem i Czesławem Bartkowskim („Tomasz Stańko & Adam Makowicz Unit”, 1975; „Unit”, 1976), których znał doskonale jeszcze z lat 60. (Bartkowskiego chociażby z okresu terminowania u Krzysztofa Komedy). Ale to już zupełnie inna historia.
koniec
9 marca 2013
Skład:
  • Tomasz Stańko – trąbka
  • Zbigniew Seifert – skrzypce, saksofon altowy
  • Janusz Muniak – saksofon sopranowy, saksofon tenorowy, flet, instrumenty perkusyjne
  • Hans Hartmann – gitara basowa, kontrabas
  • Janusz Stefański – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

09 III 2013   22:01:27

Drogi autorze. A może zamiast profanować Stańkę "kapelą" weźmie autor słownik synonimów i znajdzie tam odpowiedniki słowa "zespół"? Czy to przekracza autora możliwości intelektualne?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
Sebastian Chosiński

27 VI 2017

Jakiś czas temu robiliśmy w „Esensji” przegląd skandynawskich nowości (free)jazzowych opublikowanych przez lizbońską wytwórnię Clean Feed. Minęło kilka miesięcy i okazało się, że do tematu trzeba powrócić. W ostatnich tygodniach ukazało się bowiem kilka kolejnych płyt, które zasługują na szczególną uwagę. Na pierwszy ogień idzie debiutancki album norweskiego kwartetu Rune Your Day. Nie znacie? Tak Wam się tylko wydaje.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Noise rock vs. free jazz
Sebastian Chosiński

22 VI 2017

Jazz to współczesny muzyczny odpowiednik lingua franca. Zwłaszcza free jazz pełni rolę uniwersalnego języka, którym bez trudu mogą porozumieć się artyści wywodzący się z różnych kręgów kulturowych i regionów geograficznych. Praktycznym tego przykładem jest między innymi funkcjonowanie projektu Lean Left, który tworzą Amerykanin, Norweg, Holender i Anglik. Na płycie „I Forgot to Breathe” wszyscy mówią jednak jednym głosem.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zbyt leniwi, by poddać się panice
Sebastian Chosiński

20 VI 2017

To już nasze trzecie w ostatnich miesiącach podejście do twórczości norweskiego gitarzysty (i klawiszowca) Stephana Meidella. A jest to wynikiem jego niezwykłej pracowitości. Oprócz albumu solowego i trzeciej płyty formacji Cakewalk w tym roku ukazała się także nowa produkcja współtworzonego przez Skandynawa międzynarodowego projektu jazzowo-rockowego Velkro – „Too Lazy to Panic”.

więcej »

Polecamy

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…

Tu miejsce na labirynt…:

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Mokradła we mgle
— Sebastian Chosiński

Widok z góry najwyższej
— Sebastian Chosiński

Ku chwale Katalonii
— Sebastian Chosiński

„Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
— Sebastian Chosiński

Patrząc w przyszłość z głową w przeszłości
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Mokradła we mgle
— Sebastian Chosiński

Widok z góry najwyższej
— Sebastian Chosiński

Ku chwale Katalonii
— Sebastian Chosiński

„Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
— Sebastian Chosiński

Patrząc w przyszłość z głową w przeszłości
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

„Boskość” niejedno ma oblicze
— Sebastian Chosiński

East Side Story: (Nie) chcieć, (nie) żyć, (nie) kochać
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Nadzorca z trzeciego planu
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Wspiąć się na najwyższy szczyt
— Sebastian Chosiński

Zbrodniarz i panna
— Sebastian Chosiński

Okazja czyni tchórza
— Sebastian Chosiński

Historia w obrazkach: Ręka w rękę z „czerwonymi”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Syn i córka leśnika
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Przejście przez ogień
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Romantyk jazzowej gitary
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.