Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Duet na niepogodę

Esensja.pl
Esensja.pl
Szwedzki pianista Sten Sandell oraz norweski perkusista Paal Nilssen-Love znają się doskonale od końca lat 90. ubiegłego wieku. Obaj dorobili się w swoich krajach statusu muzyków kultowych. Oczywiście w środowisku wielbicieli free jazzu. Bo głównie dla nich adresowane były kolejne produkcje formacji Sten Sandell Trio oraz najnowsze – tym razem nagrane w duecie – dzieło, koncertowy album „Jacana”.

Paal Nilssen-Love, Sten Sandell
‹Jacana›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułJacana
Wykonawca / KompozytorPaal Nilssen-Love, Sten Sandell
Data wydania30 maja 2014
NośnikCD
Czas trwania44:30
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Curvature23:10
2) Kauri17:00
3) Jacana04:20
Paal Nilssen-Love to, jak wielu zresztą muzyków ze świata jazzu improwizowanego, tytan pracy. Każdego roku koncertuje na całym świecie, w tym również w naszym kraju, z wieloma formacjami. Nie unika też studiów nagraniowych. W efekcie jego dyskografia regularnie powiększa się o nowe produkcje. Mieliśmy już okazję pisać o tym czterdziestoletnim norweskim perkusiście, przyglądając się jego współpracy z Frodem Gjerstadem („Russian Standard”), triem DKV („Schl8hof”) oraz Kenem Vandermarkiem („Lightning Over Water”). Dzisiaj przyszła kolej na album nagrany w duecie ze szwedzkim pianistą Stenem Sandellem. Sandell – grający także na organach i instrumentach perkusyjnych, czasami użyczający również swego głosu – urodził się w 1958 roku. Na scenie muzycznej aktywny jest od połowy lat 70. XX wieku. W 1999 roku zaczął jeździć do Oslo, gdzie nawiązał – jak się później okazało – bardzo owocną współpracę z miejscowymi jazzmanami. Jednym z jej efektów było powołanie do życia Sten Sandell Trio.
W zespole, poza liderem, znaleźli się jeszcze szwedzki kontrabasista Johan Berthling oraz znany nam już bębniarz Paal Nilssen-Love. W ciągu mniej więcej dziesięcioletniej działalności grupa dała setki koncertów i pozostawiła po sobie pięć nagranych „na żywo” albumów: „Standing Wave” (2001), „Flat Iron” (2004), „Oval” (2007), „Strokes” (2007) – do spółki z saksofonistą Johnem Butcherem – oraz „Face of Tokyo” (2009). W tym czasie każdy z muzyków udzielał się także w innych formacjach. Najbardziej aktywny i skłonny do eksperymentów był Nilssen-Love, chętnie tworzący duety z różnymi instrumentalistami. Grał między innymi z organistą Nilsem Henrikiem Asheimem („Late Play”, 2007), trębaczem Magnusem Broo („Game”, 2008), gitarzystami Andersem Haną („AM/FM”, 2010), Terrie Hesselsem („Hurgu!”, 2011), Arto Lindsayem („Scarcity”, 2014), saksofonistą Joem McPhee („Red Sky”, 2013) oraz pianistą Masahiko Satohem („Spring Snow”, 2014). I oczywiście, o czym wspominaliśmy wcześniej, z Kenem Vandermarkiem. Fakt pojawienia się na jednej scenie z Sandellem, tym razem bez Berthlinga, nie powinien więc dziwić; wszak panowie znają się doskonale, mogliby grać ze sobą z zamkniętymi oczyma.
Materiał, który norweska wytwórnia Rune Grammofon opublikowała w końcu maja tego roku, na płycie zatytułowanej „Jacana”, zarejestrowany został podczas ubiegłorocznego, lipcowego występu duetu na festiwalu jazzowym w Kongsbergu. To jeden z najbardziej prestiżowych przeglądów muzycznych w Norwegii; jego historia sięga połowy lat 60. ubiegłego wieku. Nilssen-Love ma związane z nim radosne wspomnienia – przed dwunastu laty został tam bowiem nagrodzony jako muzyk tria Håkona Kornstada. Nie ma się zatem co dziwić, że chętnie wraca do tego niewielkiego, lecz zapewne bardzo bliskiego jego sercu miasteczka. Na płycie znalazły się trzy improwizowane kompozycje, trwające w sumie niespełna czterdzieści pięć minut. Publikując wersję winylową wydawnictwa, nie trzeba było więc niczego przycinać ani wyrzucać, co na pewno jest radosną wieścią dla kolekcjonerów klasycznych longplayów. Krążek otwiera, najdłuższy w całym zestawie, utwór zatytułowany „Curvature”. Jeśli tekst ten czytają czterdziestokilkulatkowie (i starsi), którzy wciąż mają w pamięci muzyczną czołówkę popularnego przed laty, zwłaszcza w czasach PRL-u, programu kulturalnego „Pegaz”, bez trudu wyobrażą sobie, co przynosi ten numer. Muszą jednak do dźwięków awangardowego fortepianu dodać jeszcze, nie mniej eksperymentalną, perkusję. I pamiętać, że szwedzko-norweski duet ciągnie swoją opowieść przez ponad dwadzieścia trzy minuty.
Pierwsze wrażenie, jakie niesie ze sobą „Curvature”, jest oczywiste – totalny chaos i atonalność, swoista dodekafonia. Ale to tylko pozór; z biegiem czasu zdajemy sobie bowiem sprawę z tego, jak doskonale rozumieją się Sandell i Nilssen-Love. Nawet grając swoje, pozostają w ścisłej koincydencji, bezpośredniej interakcji, słuchają siebie i reagują na improwizacje partnera. Szwedzki pianista pozwala sobie co rusz na wycieczki w krainę muzyki klasycznej; w jego partiach pobrzmiewają echa zarówno punktualizmu Antona Weberna, jak i awangardowych poszukiwań Johna Cage’a. W duchu amerykańskiego kompozytora jest też sposób wykorzystania bębnów i instrumentów perkusyjnych – niezwykle intensywnych i gęstych. Choć trafiają się także, mimo że rzadkie, momenty wyciszenia, to jednak przez większość czasu „Curvature” serwuje najczystszej wody free-jazz, pełen szalonych improwizacji. Nie inaczej jest w krótszym o sześć minut „Kauri”. Po kilkudziesięciu sekundach strojenia instrumentów, muzycy wskakują wreszcie na właściwe sobie tory i przez kolejne trzy minuty testują wytrzymałość słuchaczy. Docierając do granicy odporności, decydują się wreszcie na ofiarowanie chwili wytchnienia.
Ta cisza potrzebna jest Stenowi i Paalowi również po to, aby zmienić nastrój utworu. Od tej pory numer staje się znacznie mroczniejszy, a partia fortepianu Sandella sprawdziłaby się idealnie jako fragment soundtracku do horroru, względnie thrillera psychologicznego (łatwo wyobrazić ją sobie na przykład jako podkład do wybranych scen „Dziecka Rosemary”). W końcówce – po solówce perkusyjnej – robi się już nieco lżej i bardziej freejazzowo; znika ponurość, a na plan pierwszy przebija się radość z improwizacji. Całość zamyka utwór tytułowy – o dziwo, najkrótszy ze wszystkich. Wstęp robi nawet wrażenie zabawowego; Sandell gra jednym palcem prostą melodyjkę, a Nilssen-Love wykorzystuje bliżej niezidentyfikowane przeszkadzajki. Dopiero na finał otrzymujemy nieco – ale tylko „nieco” – mocniejsze uderzenie. I nie trwa ono długo. Sten ponownie postanawia się nieco zabawić, a Paal robi wszystko, aby nie popsuć mu dobrego nastroju. Cóż, gdyby tej właśnie kompozycji na albumie zabrakło, zapewne żaden z fanów obu artystów by nie rozpaczał. Podsumowując: „Jacana” to propozycja dla najwierniejszych wielbicieli Szweda i Norwega. Gdyby ktoś chciał od niej zacząć znajomość z oboma panami, należałoby mu odradzić. Mimo wszystko, na dzień dobry warto by sięgnąć po coś bardziej tradycyjnego.
koniec
16 września 2014
Skład:
Sten Sandell – fortepian
Paal Nilssen-Love – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.