Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 27 maja 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Misterium czarnoskórego szamana

Esensja.pl
Esensja.pl
Biografia nowojorskiego saksofonisty i pianisty Charlesa Gayle’a to znakomity materiał na film opowiadający się o spełnieniu „amerykańskiego snu”. I choć nie zrobił on kariery od pucybuta do milionera, to jednak przebyta przez niego droga od bezdomnego muzyka do klasyka współczesnego free jazzu musi robić wrażenie. A jak gra? Można się o tym przekonać, słuchając wydanego w Polsce albumu „Christ Everlasting”.

Charles Gayle Trio
‹Christ Everlasting›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułChrist Everlasting
Wykonawca / KompozytorCharles Gayle Trio
Data wydania16 kwietnia 2015
Wydawca For Tune
NośnikCD
Czas trwania68:09
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Joy in the Lord09:44
2) Ghosts06:27
3) His Grace04:58
4) Oleo07:59
5) Well You Needn’t07:37
6) The Fathers Will05:44
7) Giant Steps08:01
8) Eternal Life12:32
9) Blessed Jesus05:07
Ostatniego dnia lutego tego roku amerykański saksofonista i pianista Charles Gayle obchodził swoje siedemdziesiąte szóste urodziny. Mimo ósmego krzyżyka na karku, wciąż pozostaje bardzo aktywny na scenie muzycznej, co może zaskakiwać nie tylko z uwagi na sam wiek, ale i wcześniejszą biografię artysty. A życiorys ma rzeczywiście nieprzeciętny. Swoim doświadczeniem i życiowymi zakrętami mógłby obdzielić co najmniej kilku wykonawców, a jeszcze całkiem sporo by dla niego samego zostało. Urodził się w Buffalo w stanie Nowy Jork, tuż przy granicy z Kanadą. W latach 60. XX wieku podjął nawet studia muzyczne na miejscowym uniwersytecie. Wszystko zmieniło się, kiedy na początku następnej dekady przeprowadził się do Nowego Jorku. Nie mogąc znaleźć stałego zajęcia, wylądował na ulicy. Był bezdomnym przez dwadzieścia lat. Utrzymywał się z grania na saksofonie – na ulicach miasta, w metrze. Wszystko odmieniło się – należy założyć, że na lepsze – w 1988 roku, kiedy zaproponowano mu… nagranie płyty. Sesja trwała tydzień, a debiutancki album Gayle’a – zatytułowany adekwatnie do sytuacji „Always Born” – opublikowała szwedzka wytwórnia Silkheart Records.
W tym samym roku, jak i w latach następnych sztokholmska firma wydała jeszcze kilka płyt Amerykanina („Homeless”, 1988; „Spirits Before”, 1988; „Translations”, 1993; „Raining Fire”, 1993). Z czasem po jego nagrania sięgali również inni wydawcy, w tym także ci renomowani, jak amerykańskie Knitting Factory czy portugalskie Clean Feed. Swoją muzykę Gayle rejestrował w różnych konstelacjach, ale chyba najpełniej realizował się w składzie trzyosobowym. I chociaż muzycy stojący u boku – a raczej za plecami – Charlesa zmieniali się dość często, jego Trio pozostało sztandarowym projektem nowojorczyka (co prawda nie z urodzenia, jak wiemy, lecz za to z wyboru). Wiosną ubiegłego roku Amerykanin dotarł także na koncerty do Europy (w tym i do naszego kraju); na scenie towarzyszyli mu z tej okazji ceniony polski kontrabasista Ksawery Wójciński (znany zarówno z formacji Hera Wacława Zimpla, jak i dokonań solowych) oraz niemiecki perkusista Klaus Kugel, który ma na koncie współpracę między innymi ze Steve’em Swellem, Theo Jörgensmannem, akordeonistą Robertem Kusiołkiem, międzynarodowym projektem folkowo-jazzowym Nebocry oraz kwartetem wspomnianego już Zimpla.
3 kwietnia 2014 roku zespół pojawił się na malutkiej scenie poznańskiego klubu „Dragon”. Występ ten został zarejestrowany i niemal dokładnie rok później ukazał się na – sygnowanej przez wytwórnię For Tune – płycie zatytułowanej „Christ Everlasting”. Trafiło na nią dziewięć kompozycji, w czterech przypadkach będących przeróbkami kompozycji innych klasycznych artystów freejazzowych i hardbopowych. Ale nawet wtedy trio stawiało przede wszystkim na improwizacje zespołowe, traktując melodie wymyślone przez kolegów po fachu jedynie jako punkt wyjścia do poszukiwań artystycznych. Koncert otworzył utwór „Joy in the Lord”, z miejsca przywodzący na myśl dokonania Johna Coltrane’a – artysty, który swoją muzyką w dużej mierze zdefiniował pojęcie free jazzu. Gayle pozostaje wierny jego poetyce od lat, co akurat trudno uznać za przytyk; jest dokładnie na odwrót – dzięki tym inspiracjom muzyka Charlesa nabiera bowiem nieco romantycznego charakteru. I to nawet we fragmentach, w których – na tle bardzo energetycznej sekcji rytmicznej – pozwala sobie na szalone improwizacje. W „Ghosts” (pochodzącym z repertuaru amerykańskiego saksofonisty Alberta Aylera) Gayle zaczerpnął przede wszystkim charakterystyczną, łatwo zapadającą w pamięć linię melodyczną, z której następnie wyprowadził kaskadę prawdziwie magicznych, niemal szamańskich freejazzowych dźwięków, by w finale powrócić do punktu wyjścia.
W „His Grace” robi się bardzo nastrojowo, co jest zasługą subtelnej partii saksofonu i hipnotycznej sekcji rytmicznej, dzięki której łatwo zapaść w trans. Klimat ten podtrzymywany jest, przynajmniej do pewnego momentu, również w „Oleo”, który to kawałek skomponował przed sześćdziesięciu laty rodak Gayle’a, saksofonista Sonny Rollins (utwór ten do swego repertuaru włączyła także prowadzona przez Krzysztofa Sadowskiego Grupa Organowa ). To klasyczny przykład porywającego post-bopu, wzbogacony o partię solową kontrabasu i intrygujący dialog saksofonu tenorowego z perkusją. Z kolei następujący po nim „Well You Needn’t” stworzony został przez legendarnego pianistę Theloniousa Monka i liczy sobie – jeśli wierzyć biografom kompozytora – lat… siedemdziesiąt! Sięgając po ten utwór, Gayle odłożył swojego dęciaka i zasiadł do fortepianu (który był zresztą jego pierwszym instrumentem). Najciekawsze jest jednak to, w jaki sposób odczytał numer z zupełnie przecież innej epoki – w każdym razie zabrzmiał on jak najczystszej wody free jazz. Na dźwiękach fortepianu oparty jest również „The Fathers Will”. W nim także postbopowa pulsacja miesza się z awangardową kakofonią, a lata 60. ubiegłego wieku ze współczesnością.
„Giant Steps” – to ostatni na albumie cover. Tym razem Gayle sięgnął po utwór Johna Coltrane’a, jednego ze swoich największych mistrzów. Ponownie też bierze do ręki saksofon, by na tle rozedrganej sekcji rytmicznej budować swoją wielopiętrową solówkę. Doszedłszy do apogeum, potrafi jednak usunąć się w cień i zrobić miejsce Wójcińskiemu. W dwóch ostatnich kompozycjach – „Eternal Life” i „Blessed Jesus” – znów słyszymy fortepian, choć w pierwszym z wymienionych numerów lider początkowo gra na saksofonie. Dzięki niemu wprowadza słuchaczy w świat nieco bardziej przyjazny i stonowany; kiedy zaś bierze do ręki saksofon, z miejsca daje upust swoim improwizatorskim zapędom. W wieńczącym krążek „Blessed Jesus” Gayle zachowuje się jednak tak, jakby chciał powyższej teorii zaprzeczyć –ustawiony na scenie instrument klawiszowy traktuje bowiem wyjątkowo obcesowo. Wszystko po to, aby zakończyć swoje misterium nader mocnym akcentem. Co mu się zresztą doskonale udaje. I pomyśleć, że taki talent mógłby zostać bezpowrotnie stracony. Swoją drogą ciekawe, ile takich „perełek” po dziś dzień grywa na nowojorskich ulicach i stacjach metra?
koniec
19 listopada 2015
Skład:
Charles Gayle – saksofon tenorowy, fortepian
Ksawery Wójciński – kontrabas
Klaus Kugel – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Widok z góry najwyższej
Sebastian Chosiński

25 V 2017

Po wydaniu czterech płyt studyjnych nadeszła pora na drugi pełnowymiarowy album koncertowy w dorobku szwedzkich „psychodelików” z formacji Hills. Kwintet z Göteborga postanowił sięgnąć po obszerne fragmenty występu zagranego podczas ubiegłorocznego festiwalu w holenderskim Tilburgu. Efektem – album „Alive at Roadburn”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Ku chwale Katalonii
Sebastian Chosiński

23 V 2017

Nazwa zespołu wskazywałaby raczej na inklinacje punkowe, względnie heavymetalowe, a tu się okazuje, że mamy do czynienia z grupą z pogranicza rocka progresywnego i psychodelii. Cóż, chcą się tak nazywać – ich sprawa. Muszą jednak liczyć się z tym, że wielu fanów, do których adresują swoją twórczość, widząc na oczy szyld The Reapers, zechce ominąć ich szerokim łukiem. Ze stratą dla zespołu i dla siebie samych. Bo album „Marionettes” to dzieło zdecydowanie godne uwagi.

więcej »

Koniec jest blisko. Coraz bliżej…
Sebastian Chosiński

18 V 2017

Łączenie muzyki średniowiecznej z heavy metalem – czy to w formie black- czy doommetalowej – nie jest już żadną nowością. Praktykowane bywa – głównie w Niemczech i Skandynawii – od ponad dwóch dekad. Co jakiś czas trafia się jednak wykonawca, który potrafi tchnąć w ten gatunek nowe życie. Jak Szwedzi z zespołu Apocalypse Orchestra, który przed tygodniem opublikował swój debiutancki album – „The End is Nigh”.

więcej »

Polecamy

Widok z góry najwyższej

Tu miejsce na labirynt…:

Widok z góry najwyższej
— Sebastian Chosiński

Ku chwale Katalonii
— Sebastian Chosiński

„Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
— Sebastian Chosiński

Patrząc w przyszłość z głową w przeszłości
— Sebastian Chosiński

Niepokój niejedną ma barwę
— Sebastian Chosiński

Zmartwychwstanie po czterdziestu latach
— Sebastian Chosiński

Prawdziwe oblicze pana Haydena. Petera Haydena!
— Sebastian Chosiński

W poszukiwaniu życia w Kosmosie
— Sebastian Chosiński

Więcej takich płyt, panie Schmidt!
— Sebastian Chosiński

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.