Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Nie podchodź do klatki z muzykami, którzy grają free jazz!

Esensja.pl
Esensja.pl
Saksofonista Ken Vandermark i perkusista Paal Nilssen-Love znają się jak… Hmm, czy w odniesieniu do tak wybitnych artystów – uznawanych za wirtuozów muzyki improwizowanej – wypada używać potocznego określenia „łyse konie”? A jednak tak właśnie jest. Grają ze sobą od kilkunastu już lat, a wydana w październiku płyta „The Lions Have Eaten One of the Guards” jest ich dziewiątym wspólnym dokonaniem.

Ken Vandermark, Paal Nilssen-Love
‹The Lions Have Eaten One of the Guards›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułThe Lions Have Eaten One of the Guards
Wykonawca / KompozytorKen Vandermark, Paal Nilssen-Love
Data wydania2 października 2015
NośnikCD
Czas trwania52:35
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieKen Vandermark, Paal Nilssen-Love
Utwory
CD1
1) Slant27:58
2) Odd Numbers20:48
3) Color on Colour03:47
To duet zaskakujący. Tworzą go bowiem Norweg i Amerykanin, co geograficznie sytuuje ich w dwóch skrajnie odmiennych regionach świata. Ale przecież wywodzą się też z zupełnie innych kultur. W teorii nie mają więc ze sobą wiele wspólnego. Lecz tylko w teorii, ponieważ w praktyce dogadują się doskonale już od kilkunastu lat – na niwie artystycznej. Tam przemawiają dokładnie tym samym językiem, są nierozerwalni jak bracia syjamscy. Regularnie występują w duecie i wydają nowe albumy – studyjne i koncertowe. Przed rokiem pisaliśmy o nagranym w Poznaniu w listopadzie 2011 roku materiale, który trafił na wydawnictwo zatytułowane „Lightning Over Water”; dzisiaj weźmiemy na warsztat kolejną płytę duetu, o wywołującym ciarki na plecach tytule „The Lions Have Eaten One of the Guards”. Ona także zawiera utwory zarejestrowane na żywo, tym razem podczas koncertu w antwerpskiej sali Zuiderpershuis w ramach cyklicznego projektu „Sound in Motion”, którego organizatorami są Christel Kumpen i Koen Vandenhoudt. Odbył się on 20 października 2013 roku, a na upublicznienie musiał czekać niemal dokładnie dwa lata. Płyta ukazała się natomiast nakładem należącej do Kena Vandermarka firmy Audiographic Records.
Jak to w jazzie improwizowanym bywa, album zawiera muzykę, która na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. I nie chodzi tu nawet o wielbicieli innych gatunków muzycznych. Ba! nawet fani jazzu mogą mieć problem z „ugryzieniem” zawartości „The Lions Have Eaten One of the Guards”. Nie dlatego, że to twórczość zła, nużąca, poniżej standardów – raczej dlatego, że wymaga sporego samozaparcia i zamiłowania do przekraczania wszelkich granic, w zamian nie oferując nic lekkiego, łatwego ani przyjemnego. Free jazz to całkowite zaprzeczenie komercji, a dokonania Kena Vandermarka i Paala Nilssen-Love’a są tego najjaskrawszym przykładem. Na płytę trafiły trzy kompozycje, których czas trwania przekracza pięćdziesiąt dwie minuty (choć można podejrzewać, że występ był dłuższy, a materiał nieco przykrojono, odrzucając mniej atrakcyjne dla słuchaczy fragmenty). Pierwszy utwór, „Slant”, zaczyna się bardzo energetycznie – od ataku saksofonu Kena i bezpardonowej partii perkusyjnej Paala, podczas której stopień skomplikowania rytmu może przyprawić o zawrót głowy nawet zaprawionego w bojach bębniarza. Introdukcja, pełna kontrastów i kakofonii, jest jak najbardziej świadoma – ma sprawić, by słuchacz oniemiał, a chwilę później dał się porwać i podporządkować muzykom.
Pewni już swego panowania nad publiką Vandermark i Nilssen-Love robią kolejny krok – zaczynają ze sobą ściśle współdziałać. Gęsta perkusja w tle stanowi idealny podkład pod partie solowe dęciaków. Dzięki wsparciu Paala, Amerykanin czuje się na tyle pewnie, że sięga nawet po klasyczną jazzową – uwaga! uwaga! – melodię, by następnie na jej bazie zbudować pełną rozmachu improwizację. Norweg w tym czasie nie ustaje w wysiłkach ani na chwilę, jakby czekał na właściwy moment, w którym uda mu się podejść kolegę i zająć jego miejsce na pierwszym planie. Tak się w końcu dzieje – coraz wścieklejsza partia bębnów wypycha w końcu saksofon; wtedy, uspokojony już, Nilssen-Love przechodzi na synkopowany rytm, którym ponownie zaprasza Vandermarka do współpracy. W dalszej części podobnych zagrywek także nie brakuje – muzycy wykazują się doskonałym zrozumieniem siebie nawzajem, ale także poczuciem humoru, gdy jeden stara się kąśliwymi dźwiękami podgryzać drugiego. Nie służy to jednak niezdrowej konkurencji, raczej jest zachętą do kolejnych improwizacji. Ostatnie minuty „Slant” to już prawdziwe freejazzowe szaleństwo, w którym perkusista odpowiada za odpowiednią motorykę, saksofonista z kolei bierze na siebie rolę dostarczyciela noise’owych zgrzytów.
Dwudziestojednominutowy (niespełna) „Odd Numbers” otwiera długa partia dęciaków (saksofonu i klarnetu), w której Vandermark wyprawia się na terytoria zarezerwowane zazwyczaj dla muzycznej awangardy. Zachowuje przy tym zaskakujący spokój, stawiając na odpowiednie budowanie klimatu. Nie spieszy się, a Nilssen-Love nie stara się go nawet poganiać. Dzięki temu możemy dać się ponieść nastrojowi. Z czasem jednak Amerykanin zaczyna podkręcać tempo, jego solówka staje się coraz bardziej dynamiczna, co prostą drogą prowadzi do dźwiękowej erupcji. Po burzy następuje wyciszenie, znaczone utrzymaną w stylu lat 60. XX wieku partią Kena. Nie trwa ona jednak długo, za co tym razem odpowiada jego norweski towarzysz, który postanawia podkręcić tempo. Całość wieńczy króciutkie „Color on Colour” (gdy taki utwór pojawia się w otoczeniu kompozycji trwających po ponad dwadzieścia minut, można go chyba nazwać… miniaturą), którego głównym zadaniem jest wyciszenie rozbudzonych wcześniej emocji. Nie jest zatem przypadkiem, że całą płytę Vandermark i Nilssen-Love postanowili zakończyć niemal romantycznie, wybudzając tym samym słuchaczy z hipnotycznego letargu, w jaki wprowadzali ich w ciągu poprzednich pięćdziesięciu minut.
Czy warto sięgać po płyty z jazzem improwizowanym? Uznajcie to pytanie za retoryczne. Jeśli kto lubi czuć się naprawdę „free” – „The Lions Have Eaten One of the Guards” jest dla niego. Zabierze go bowiem w niezwykłą podróż bez konieczności sięgania po jakiekolwiek używki. A jeśli jeszcze będzie Wam mało, zawsze możecie „odpalić” ubiegłoroczne „Lightning Over Water” – tam też się działo!
koniec
24 listopada 2015
Skład:
Ken Vandermark – saksofon tenorowy, saksofon barytonowy, klarnet kontrabasowy
Paal Nilssen-Love – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.