Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Kanadyjczycy zapatrzeni w Bliski Wschód

Esensja.pl
Esensja.pl
Kanadyjski doommetalowy duet Zaum po wydaniu przed dwoma laty dzielonej z formacją Shooting Guns płyty „Himalaya to Mesopotamia” z rozpędu zabrał się za nagranie swego drugiego pełnowymiarowego albumu. Efekt pracy Kyle’a McDonalda i Chrisa Lewisa (oraz zaproszonych przez nich do studia gości) poznaliśmy w październiku 2016 roku pod postacią krążka zatytułowanego „Eidolon”. Rzecz to godna uwagi, aczkolwiek głównie dla koneserów gatunku.

Zaum
‹Eidolon›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEidolon
Wykonawca / KompozytorZaum
Data wydania24 października 2016
NośnikCD
Czas trwania42:00
Gatunekmetal
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieKyle McDonald, Chris Lewis, Matt LeBlanc, Ricky Frenette, Marc Thieriault, Olive Bestvater, John Hogg, Mattias Nööjd, Julie Aubé
Utwory
CD1
1) Influence of the Magi21:00
2) The Enlightenment21:00
Choć duet Zaum rozpoczął swą działalność zaledwie (niespełna) cztery lata temu, tworzący go artyści są już doświadczonymi wyjadaczami. Obaj na rynku muzycznym działają bowiem od kilkunastu lat. W tym czasie w położonym nad Atlantykiem rodzinnym Moncton (w prowincji Nowy Brunszwik) przewinęli się przez kilka formacji, których nazwy jednak najprawdopodobniej nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom heavy metalu (i okolic) niewiele powiedzą. Chociażby Cop Shades, Pervert, Red Rum, The Woods, Shevil, John Jerome & The Congregation (w przypadku wokalisty, basisty i klawiszowca Kyle’a McDonalda) oraz Hope, Manlord, Mighty Trust Crusher, Mood Cadillac, Iron Giant czy Konjurer (w kontekście grającego na perkusja Chrisa Lewisa). Ale czasami tak bywa – trzeba odbyć długi staż, by w końcu wybić się na suwerenność. Kyle’owi i Chrisowi to szczęście przydarzyło się właśnie, gdy wystartowali ze swoim najnowszym projektem.
Debiutancki album Zaum – „Oracles” – ukazał się w czerwcu 2014 roku i sprawił, że o zespole zaczęło się mówić w środowisku. Przede wszystkim dlatego, że zaproponował on połączenie doom metalu z muzyką inspirowaną folklorem bliskowschodnim, co przecież wcale nie jest tak częstym mariażem. Rok później McDonald i Lewis wydali longplay (jedynie w wersji winylowej i kasetowej) „Himalaya to Mesopotamia”, który dzielili po połowie z inną kanadyjską formacją – stonermetalowym Shooting Guns. Znalazł się na nim tylko jeden utwór Zaum („The Serpentshrine”), ale za to trwający aż dziewiętnaście minut. W tym samym kierunku, jeśli chodzi o długość utworów, grupa postanowiła podążyć na swojej kolejnej płycie, którą nagrywała – oczywiście z przerwami – przez osiem miesięcy (od października 2016 do czerwca 2016 roku). Prace w położonym niedaleko Moncton studiu Pumpk’n Patch przedłużały się z powodu dużej liczby zaproszonych gości (aż siedmioro!), do których wolnych terminów trzeba było się dostosowywać.
Gotowy materiał zmiksowano i zremasterowano w tym samym studiu, po czym wysłano go do… szwedzkiego Norrköping, gdzie ma swoją siedzibę wytwórnia I Hate Records, z którą Kanadyjczycy związani są z kontraktem od początku kariery. Na albumie – wydanym jednocześnie na kompakcie, winylu i kasecie – znalazły się dwie rozbudowane kompozycje (autorstwa McDonalda), w których oprócz Kyle’a i Chrisa możemy usłyszeć jeszcze między innymi: skrzypaczkę Olive Bestvater (z folkowego duetu Little Criminals), wiolonczelistę Matta LeBlanca, flecistów Ricky’ego Frenette’a i Marka Thieriaulta, wokalistę Mattiasa Nööjda (ze szwedzkiego sludgemetalowego zespołu Galvano) oraz chórzystkę Julie Aubé (na co dzień udzielającą się w countryfolkowej grupie Les Hay Babies). Zaskoczeniem może być tylko fakt, że na płycie formacji, która w stu procentach zatopiona jest w oparach doom metalu nie słychać… gitary elektrycznej. Tak, tak, to nie błąd – funkcję gitary wypełnia tu przede wszystkim syntezator. W efekcie jej brak wcale nie rzuca się w uszy.
Pierwszym (z dwóch) utworem na „Eidolon” jest trwający – co do sekundy – dwadzieścia jeden minut „Influence of the Magi” – kompozycja tyleż monotonna, co zróżnicowana. I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Otwiera ją ponad czterominutowy podniosły i niepokojący wstęp, w którym na plan pierwszy wybijają się mroczne brzmienia syntezatorów; do tego dochodzi jeszcze kontrastujący z nimi flet oraz brzmiący jak potępiony głos McDonalda. Ten fragment równie dobrze mógłby znaleźć się na albumie jakiegoś zespołu darkambientowego; na tory doommetalowe Zaum przeskakuje dopiero, gdy do zabawy włącza się Chris Lewis. To jego perkusja wyznacza nowy trend – monumentalnie ciężki i nastrojowy, ale także – i za to Kanadyjczyków należy pochwalić – melodyjny. Złagodzeniu – jak i wzbogaceniu brzmienia – służą głównie instrumenty dodatkowe, traktowane jako smaczki, ale mający duży wpływ na charakterystyczną zwiewność kompozycji, jak flety czy skrzypce. Niebagatelną rolę odgrywa tu również niemalże niebiański głos Julie Aubé, tak bardzo różniący się od agresywnego wokalu Mattiasa Nööjda.
Im bliżej końca utworu, tym bardziej Zaum łagodnieje; ostatnie dwie minuty to praktycznie stopniowe wyciszanie muzyki. I pewnie dzięki takiemu zabiegowi grupie udaje się dobić do równych dwudziestu jeden minut. Co ciekawe, ten sam patent Kanadyjczycy stosują w „The Enlightenment”: najpierw długi rozbieg (z wyeksponowaną wiolonczelą i syntezatorowym ćwierkaniem ptaszków), a na finał długie wyciszenie. A co znajduje się w środku? Kolejna porcja klimatycznego, niestroniącego od melodii doom metalu – z naśladującymi brzmienie gitar syntezatorami McDonalda i stonowaną partią sanxianu (czyli chińskiej lutni), na którym gra Ricky Frenette). Podobnie jak w przypadku „Influence of the Magi”, także tutaj kilkuminutowe fragmenty dynamiczniejsze przetykane są kilkuminutowymi sekwencjami spokojniejszymi – i tak niemal na okrągło. Na dłuższą metę to jednak nieco nużące. Może więc lepiej byłoby, gdyby muzycy z Nowego Brunszwiku wrócili do korzeni i na następnej płycie umieścili więcej krótszych i tym samym bardziej zróżnicowanych utworów (na „Oracle” znalazły się cztery kawałki)? Chyba wszystkim wyszłoby to na dobre.
koniec
12 stycznia 2017
Skład:
Kyle McDonald – śpiew, gitara basowa, syntezatory, muzyka i słowa
Chris Lewis – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Matt LeBlanc – wiolonczela (1-2)
Ricky Frenette – flet basowy (1), flet koncertowy (1-2), sanxian (2)
Marc Thieriault – flet bambusowy (1)
Olive Bestvater – skrzypce (1-2)
John Hogg – piła śpiewająca (1)
Mattias Nööjd – śpiew (1)
Julie Aubé – śpiew (1)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Więcej takich płyt, panie Schmidt!
Sebastian Chosiński

25 IV 2017

Niemieckie trio psychodeliczno-spacerockowe Electric Moon dało o sobie znać po raz kolejny. I nic w tym dziwnego, bo to grupa, która przez lata wystrzeliwała nowe płyty z szybkością karabinu maszynowego. Na szczęście ostatnio trochę zwolniła tempo, co jak najbardziej pozytywnie odbiło się na jakości produkcji. Wydany w połowie kwietnia album „Stardust Rituals” nie jest może arcydziełem, ale na pewno nikogo nie pozostawi z poczuciem rozczarowania.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
Sebastian Chosiński

20 IV 2017

Moda na rockową muzykę vintage nie przemija. Choć największą popularnością, wnioskując po liczbie zespołów, wciąż cieszy się w Skandynawii, także w wielu innych krajach może liczyć na pozytywny odbiór. Doświadczyła tego między innymi fińska formacja Vinum Sabbatum, której wydany przed paroma miesiącami trzeci album studyjny – „Apprehensions” – spotkał się z nadzwyczaj pozytywnym przyjęciem.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
Sebastian Chosiński

18 IV 2017

Dwadzieścia lat działalności, czternaście płyt długogrających, do tego kilka singli i tak zwanych „czwórek”. Tysiące koncertów pod każdą szerokością i długością geograficzną. A mimo to nad Wisłą trio Zu pozostaje niemal całkowicie nieznane. I raczej nie zmieni się to w najbliższych latach, mimo że szwedzka formacja plasuje się w światowej czołówce awangardowego jazz-rocka, a jej najnowszy album „Jhator” to mroczne arcydzieło.

więcej »

Polecamy

Więcej takich płyt, panie Schmidt!

Tu miejsce na labirynt…:

Więcej takich płyt, panie Schmidt!
— Sebastian Chosiński

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
— Sebastian Chosiński

Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
— Sebastian Chosiński

Rzeczy takie, jakimi są w istocie…
— Sebastian Chosiński

To, co w głowie, i poza nią
— Sebastian Chosiński

Od dixielandu, przez modern, do free jazzu
— Sebastian Chosiński

Elegia o… [chłopcu rumuńskim]
— Sebastian Chosiński

Nie stało się nic złego
— Sebastian Chosiński

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
— Sebastian Chosiński

Scena to dziwna…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.