Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 stycznia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Kanadyjczycy zapatrzeni w Bliski Wschód

Esensja.pl
Esensja.pl
Kanadyjski doommetalowy duet Zaum po wydaniu przed dwoma laty dzielonej z formacją Shooting Guns płyty „Himalaya to Mesopotamia” z rozpędu zabrał się za nagranie swego drugiego pełnowymiarowego albumu. Efekt pracy Kyle’a McDonalda i Chrisa Lewisa (oraz zaproszonych przez nich do studia gości) poznaliśmy w październiku 2016 roku pod postacią krążka zatytułowanego „Eidolon”. Rzecz to godna uwagi, aczkolwiek głównie dla koneserów gatunku.

Zaum
‹Eidolon›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEidolon
Wykonawca / KompozytorZaum
Data wydania24 października 2016
NośnikCD
Czas trwania42:00
Gatunekmetal
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Influence of the Magi21:00
2) The Enlightenment21:00
Choć duet Zaum rozpoczął swą działalność zaledwie (niespełna) cztery lata temu, tworzący go artyści są już doświadczonymi wyjadaczami. Obaj na rynku muzycznym działają bowiem od kilkunastu lat. W tym czasie w położonym nad Atlantykiem rodzinnym Moncton (w prowincji Nowy Brunszwik) przewinęli się przez kilka formacji, których nazwy jednak najprawdopodobniej nawet najbardziej zagorzałym wielbicielom heavy metalu (i okolic) niewiele powiedzą. Chociażby Cop Shades, Pervert, Red Rum, The Woods, Shevil, John Jerome & The Congregation (w przypadku wokalisty, basisty i klawiszowca Kyle’a McDonalda) oraz Hope, Manlord, Mighty Trust Crusher, Mood Cadillac, Iron Giant czy Konjurer (w kontekście grającego na perkusja Chrisa Lewisa). Ale czasami tak bywa – trzeba odbyć długi staż, by w końcu wybić się na suwerenność. Kyle’owi i Chrisowi to szczęście przydarzyło się właśnie, gdy wystartowali ze swoim najnowszym projektem.
Debiutancki album Zaum – „Oracles” – ukazał się w czerwcu 2014 roku i sprawił, że o zespole zaczęło się mówić w środowisku. Przede wszystkim dlatego, że zaproponował on połączenie doom metalu z muzyką inspirowaną folklorem bliskowschodnim, co przecież wcale nie jest tak częstym mariażem. Rok później McDonald i Lewis wydali longplay (jedynie w wersji winylowej i kasetowej) „Himalaya to Mesopotamia”, który dzielili po połowie z inną kanadyjską formacją – stonermetalowym Shooting Guns. Znalazł się na nim tylko jeden utwór Zaum („The Serpentshrine”), ale za to trwający aż dziewiętnaście minut. W tym samym kierunku, jeśli chodzi o długość utworów, grupa postanowiła podążyć na swojej kolejnej płycie, którą nagrywała – oczywiście z przerwami – przez osiem miesięcy (od października 2016 do czerwca 2016 roku). Prace w położonym niedaleko Moncton studiu Pumpk’n Patch przedłużały się z powodu dużej liczby zaproszonych gości (aż siedmioro!), do których wolnych terminów trzeba było się dostosowywać.
Gotowy materiał zmiksowano i zremasterowano w tym samym studiu, po czym wysłano go do… szwedzkiego Norrköping, gdzie ma swoją siedzibę wytwórnia I Hate Records, z którą Kanadyjczycy związani są z kontraktem od początku kariery. Na albumie – wydanym jednocześnie na kompakcie, winylu i kasecie – znalazły się dwie rozbudowane kompozycje (autorstwa McDonalda), w których oprócz Kyle’a i Chrisa możemy usłyszeć jeszcze między innymi: skrzypaczkę Olive Bestvater (z folkowego duetu Little Criminals), wiolonczelistę Matta LeBlanca, flecistów Ricky’ego Frenette’a i Marka Thieriaulta, wokalistę Mattiasa Nööjda (ze szwedzkiego sludgemetalowego zespołu Galvano) oraz chórzystkę Julie Aubé (na co dzień udzielającą się w countryfolkowej grupie Les Hay Babies). Zaskoczeniem może być tylko fakt, że na płycie formacji, która w stu procentach zatopiona jest w oparach doom metalu nie słychać… gitary elektrycznej. Tak, tak, to nie błąd – funkcję gitary wypełnia tu przede wszystkim syntezator. W efekcie jej brak wcale nie rzuca się w uszy.
Pierwszym (z dwóch) utworem na „Eidolon” jest trwający – co do sekundy – dwadzieścia jeden minut „Influence of the Magi” – kompozycja tyleż monotonna, co zróżnicowana. I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Otwiera ją ponad czterominutowy podniosły i niepokojący wstęp, w którym na plan pierwszy wybijają się mroczne brzmienia syntezatorów; do tego dochodzi jeszcze kontrastujący z nimi flet oraz brzmiący jak potępiony głos McDonalda. Ten fragment równie dobrze mógłby znaleźć się na albumie jakiegoś zespołu darkambientowego; na tory doommetalowe Zaum przeskakuje dopiero, gdy do zabawy włącza się Chris Lewis. To jego perkusja wyznacza nowy trend – monumentalnie ciężki i nastrojowy, ale także – i za to Kanadyjczyków należy pochwalić – melodyjny. Złagodzeniu – jak i wzbogaceniu brzmienia – służą głównie instrumenty dodatkowe, traktowane jako smaczki, ale mający duży wpływ na charakterystyczną zwiewność kompozycji, jak flety czy skrzypce. Niebagatelną rolę odgrywa tu również niemalże niebiański głos Julie Aubé, tak bardzo różniący się od agresywnego wokalu Mattiasa Nööjda.
Im bliżej końca utworu, tym bardziej Zaum łagodnieje; ostatnie dwie minuty to praktycznie stopniowe wyciszanie muzyki. I pewnie dzięki takiemu zabiegowi grupie udaje się dobić do równych dwudziestu jeden minut. Co ciekawe, ten sam patent Kanadyjczycy stosują w „The Enlightenment”: najpierw długi rozbieg (z wyeksponowaną wiolonczelą i syntezatorowym ćwierkaniem ptaszków), a na finał długie wyciszenie. A co znajduje się w środku? Kolejna porcja klimatycznego, niestroniącego od melodii doom metalu – z naśladującymi brzmienie gitar syntezatorami McDonalda i stonowaną partią sanxianu (czyli chińskiej lutni), na którym gra Ricky Frenette). Podobnie jak w przypadku „Influence of the Magi”, także tutaj kilkuminutowe fragmenty dynamiczniejsze przetykane są kilkuminutowymi sekwencjami spokojniejszymi – i tak niemal na okrągło. Na dłuższą metę to jednak nieco nużące. Może więc lepiej byłoby, gdyby muzycy z Nowego Brunszwiku wrócili do korzeni i na następnej płycie umieścili więcej krótszych i tym samym bardziej zróżnicowanych utworów (na „Oracle” znalazły się cztery kawałki)? Chyba wszystkim wyszłoby to na dobre.
koniec
12 stycznia 2017
Skład:
Kyle McDonald – śpiew, gitara basowa, syntezatory, muzyka i słowa
Chris Lewis – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Matt LeBlanc – wiolonczela (1-2)
Ricky Frenette – flet basowy (1), flet koncertowy (1-2), sanxian (2)
Marc Thieriault – flet bambusowy (1)
Olive Bestvater – skrzypce (1-2)
John Hogg – piła śpiewająca (1)
Mattias Nööjd – śpiew (1)
Julie Aubé – śpiew (1)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Zachowawczy eksperymentatorzy
Sebastian Chosiński

24 I 2017

Nie ma co ukrywać. Muzycy szwedzkiej formacji progresywnej Gösta Berlings Saga muszą być bardzo dumni ze swojej rodaczki, Selmy Lagerlöf, skoro taką właśnie przyjęli nazwę. Ale jak nie być dumnym z kogoś, kto uhonorowany został literackim Noblem? Jeśli jednak oczekujecie, że ich najnowsza płyta – „Serosphane„ – będzie ilustracją do któregoś z dzieł pisarki, spotka Was rozczarowanie.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: To, co niedopowiedziane…
Sebastian Chosiński

19 I 2017

11 sierpnia 2016 roku był bezsprzecznie najważniejszym dniem w dotychczasowej karierze artystycznej baltimorskiego kwintetu Talking Points. Tego bowiem dnia światło dzienne ujrzały dwie debiutanckie płyty Amerykanów: jazzrockowy concept-album „Leonard” oraz „Superposition”, na którym zespół postanowił dokonać fuzji jazz i math-metalu.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Smutna opowieść o Leonardzie
Sebastian Chosiński

17 I 2017

Na płytowy debiut czekali cztery lata. A kiedy już nadszedł ten moment, jednego dnia – własnym sumptem – opublikowali dwie płyty: „Superposition” oraz „Leonard”. Ta druga to jazzrockowy concept-album, który powinien zainteresować wielbicieli ambitnego – opartego na brzmieniach gitary i fortepianu – fusion. Zapamiętajcie nazwę tej amerykańskiej formacji – Talking Points.

więcej »

Polecamy

Zachowawczy eksperymentatorzy

Tu miejsce na labirynt…:

Zachowawczy eksperymentatorzy
— Sebastian Chosiński

To, co niedopowiedziane…
— Sebastian Chosiński

Smutna opowieść o Leonardzie
— Sebastian Chosiński

Kanadyjczycy zapatrzeni w Bliski Wschód
— Sebastian Chosiński

Ken na gościnnych występach
— Sebastian Chosiński

Wojenna tragedia przekuta w jazz i metal
— Sebastian Chosiński

Piękno bez makijażu
— Sebastian Chosiński

Bohater i zbrodniarz, czyli Portret bestii
— Sebastian Chosiński

Tanecznie i nostalgicznie, czyli Portret Miliana
— Sebastian Chosiński

Krautrock XXI wieku
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Zachowawczy eksperymentatorzy
— Sebastian Chosiński

To, co niedopowiedziane…
— Sebastian Chosiński

Smutna opowieść o Leonardzie
— Sebastian Chosiński

Ken na gościnnych występach
— Sebastian Chosiński

Wojenna tragedia przekuta w jazz i metal
— Sebastian Chosiński

Piękno bez makijażu
— Sebastian Chosiński

Bohater i zbrodniarz, czyli Portret bestii
— Sebastian Chosiński

Tanecznie i nostalgicznie, czyli Portret Miliana
— Sebastian Chosiński

Krautrock XXI wieku
— Sebastian Chosiński

Most nad Sundem
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Historia w obrazkach: „Muszkieter” numer 37
— Sebastian Chosiński

East Side Story: „Nowa Moskwa” mówi po tadżycku
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: „Kruk” „Bocianowi” oka nie wykole
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Trochę za delikatnie. I trochę za chaotycznie
— Sebastian Chosiński

Powrócił! I jest jeszcze paskudniejszy
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Piękna rudowłosa
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Daleka, przepiękna i groźna
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Sardoniczny uśmiech, rubaszny żart
— Sebastian Chosiński

W cieniu przeklętej katedry
— Sebastian Chosiński

Mroczny Rycerz w wersji anime
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.