Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 marca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Jeśli chcecie nabawić się kraut-strofobii…

Esensja.pl
Esensja.pl
To jest na swój sposób fenomen. Szwedzka grupa, o której w Polsce mało kto słyszał, 6 lutego tego roku wydała swą dwudziestą płytę. I nie byłoby w tym pewnie nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że zespół ten powstał zaledwie pięć lat wcześniej. O kogo chodzi? O Kungens Män, którego najnowsze wydawnictwo zostało zatytułowane „Bränna tid”.

Kungens Män
‹Bränna tid›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBränna tid
Wykonawca / KompozytorKungens Män
Data wydania6 lutego 2017
Wydawca Auricle
NośnikCD
Czas trwania40:27
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) K-rauta14:34
2) Ring så spelar vi12:32
3) Third War Three13:22
W latach 70. i 80. ubiegłego wieku do wykonawców taśmowo „produkujących” nowe płyty – przy czym nie bierzemy tu pod uwagę wydawnictw koncertowych zawierających publikowany już wcześniej materiał – należeli między innymi Tangerine Dream i Hawkwind. W kolejnych dekadach ich grono sukcesywnie się poszerzało. Dzisiaj przodują w tym przede wszystkim zespoły z pogranicza psychodelii, kraut- i space rocka, jak chociażby japoński Acid Mothers Temple, niemiecki Electric Moon czy duński (a w zasadzie międzynarodowy) projekt Øresund Space Collective. Mniej znaną formacją, również cierpiącą na artystyczną biegunkę, jest – pochodzący ze Sztokholmu – Kungens Män, na czele którego od początku istnienia stoi gitarzysta Mikael Tuominen (nazwisko pozwala snuć domysły, że z pochodzenia jest on Finem lub miał Finów wśród swoich przodków).
Grupa powstała w Sztokholmie w 2012 roku; pierwszą płytę – „Transportkatalogen” – wydała w maju roku następnego. A potem poszła już lawina. Po „Hissmusik” i „Live på Truckstop Alaska” (obie z 2013) szwedzcy muzycy zdecydowali się na dość karkołomne wyzwanie – od października 2013 roku postanowili raz w miesiącu publikować nowy album (względnie EP-kę). I tak światło dzienne ujrzały kolejno: „Oktober: Kungens Män åker på gruppresa”, „November: Vaktar tungar”, „December: Mitt i kollapsens hjärta”, „Januari: Glor på skor”, „Februari: Kräver förändring”, „Mars: Fredsmäklaren”, „April: Ny våg iv”, „Maj: Tåget ingenstans”, „Juni: Storstädar vi”, „Juli: Bekänner färg”, „Augusti: Visar känslor” oraz „September: Klippt och skuret i Kungens Män”. Jak im się udało wytrzymać to zabójcze tempo, pozostanie chyba tylko ich tajemnicą. W każdym razie od tego momentu wydolność zespołu nieco spadła, co jednak nie oznacza, że zamilkł on całkowicie. W 2015 roku ukazały się jednak tylko trzy albumy Szwedów („Spelar i evighet. Amen”, „Diskbänksockultism” oraz „Förnekaren”), natomiast w ubiegłym – to prawdziwy skandal! – zaledwie jeden („Stockholm Maraton”).
Płyta numer dwadzieścia – „Bränna tid” – ujrzała światło dzienne na początku lutego, a wydało ją – mająca siedzibę w angielskim Leicester – wytwórnia Auricle. Trafiły na nią trzy kompozycje, zarejestrowane w trzech różnych terminach w dwóch miejscach (w klubie Morderskeppet w sztokholmskiej dzielnicy Aspudden oraz we Vretstorp). Z tego też powodu za każdym razem nieco inny jest skład grupy. Jego podstawę stanowi trzech muzyków: wspomniany już gitarzysta Mikael Tuominen (mający za sobą występy w takich grupach, jak Fingerspitzengefühl, Switch Opens, Nice Idiot i Eye Make the Horizon), drugi gitarzysta Hans Hjelm oraz basista Magnus Öhrn. W utworze pierwszym (najmłodszym, bo nagranym 4 czerwca ubiegłego roku) pojawia się jeszcze trzeci gitarzysta – Tomas Bergstrand – oraz grający na syntezatorach Peter Erikson; w numerze drugim (z 21 grudnia 2015) słychać dodatkowo Eriksona i perkusistę Mattiasa Petterssona; z kolei w trzecim (zarejestrowanym najwcześniej, 22 sierpnia 2015 roku) zostaje już tylko Pettersson.
Album otwiera kompozycja zatytułowana „K-rauta” – i tytuł ten nie jest przypadkowy. Nawiązania do elektronicznej odmiany krautrocka, symbolizowanej przez takie formacje, jak Can, Neu!, Cluster czy Harmonia, są tutaj aż nazbyt oczywiste. Całość opiera się na jednostajnie hipnotycznym syntezatorowym rytmie (zastępującym „żywe” bębny), wokół którego budowane są partie gitar elektrycznych. Ich ścieżki – pamiętajmy, że wykorzystywane są aż trzy – nakładane są na siebie, ale też służą generowaniu różnego rodzaju smaczków, niekiedy sekwencji zaledwie kilku dźwięków. To muzyka, która skłania słuchacza do zamknięcia oczu i udania się w symboliczną podróż, wprawdzie dość monotonną, ale za to daleką i nadzwyczaj sympatyczną. W podobnej stylistyce utrzymany jest utwór drugi – „Ring så spelar vi”. Różni go jednak od „K-rauty” przede wszystkim wykorzystanie perkusji Mattiasa Petterssona – co prawda stonowanej i nienachalnej, ale jednak sprawiającej, że całość brzmi mniej ambientowo, za to nieco bardziej rockowo.
W „Ring så spelar vi” istotną, chociaż drugoplanową, rolę pełnią również syntezatory; Peter Erikson przez cały czas powtarza ten sam motyw. W pewnym momencie wspomaga go w tym nawet Mikael Tuominen – jednak nie na gitarze, ale… wokalnie. Oba „instrumenty” zlewają się do tego stopnia, że trudno rozpoznać, które dźwięki produkuje maszyna, a które są dziełem człowieka. „Third War Three” otwiera z kolei posępna sekwencja przetworzonych elektronicznie gitar elektrycznych (Tuominen i Hans Hjelm) oraz basowej (Magnus Öhrn). Nie zmienia tego nawet podłączenie się do pozostałych muzyków perkusisty, który wpływ na całość ma głównie taki, że zespół przyspiesza rytm. Za jego przykładem pozostali decydują się też na większe zaangażowanie, dzięki czemu utwór rozkręca się, nabierając rozmachu. Gitarowy „brud” prowadzi z kolei do swoistego przesilenia, po którym z czasem „odpadają” stopniowo kolejne instrumenty. Na koniec przy życiu pozostaje już tylko grająca coraz wolniej, aż do całkowitego zatrzymania, sekcja rytmiczna. „Bränna tid” to nade wszystko album dla osób lubujących się w ambientowej jednostajności i spacerockowej przestrzeni; którym nie przeszkadzają modulowane drony i które wyżej od nagłych zmian akcji cenią monotonne budowanie nastroju.
koniec
16 lutego 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
Sebastian Chosiński

23 III 2017

Cztery płyty w ciągu siedmiu lat działalności – to wynik przyzwoity, ale na pewno nie powalający na kolana. Należy jednak pamiętać, że w tym samym czasie muzycy tworzący Cortex zaangażowani byli w wiele innych projektów i w sumie wzięli udział w realizacji kilkudziesięciu albumów. Tak, domyślacie się dobrze – ten kwartet to kolejna skandynawska supergrupa, której twórczość powinna być dla wielbicieli jazzu improwizowanego lekturą obowiązkową.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Scena to dziwna…
Sebastian Chosiński

21 III 2017

Perkusista Paal Nilssen-Love nie spuszcza z tonu. Nie tak dawno informowaliśmy o jego czterech nowych płytach, a tymczasem ukazała się kolejna. Tym razem zarejestrowana w składzie trzyosobowym: z norweskim (kontra)basistą Ingebrigtem Håkenem Flatenem oraz grającą na koto Japonką Michiyo Yagi. „Decayed – Live! at Aketa No Mise” to propozycja głównie dla wielbicieli free jazzu wymieszanego z elektroniką.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Chwila, która mogłaby trwać w nieskończoność
Sebastian Chosiński

16 III 2017

Przyglądając się młodym artystom, którzy w szczególny sposób zainteresowani są jazzem improwizowanym, wyróżnić można – jako nadzwyczaj twórcze – trzy kraje, względnie regiony Europy: Polskę, Portugalię oraz Skandynawię. Z tej ostatniej – a konkretnie z Norwegii – pochodzi powstałe przed dwoma laty trio Momentum, którego istotną częścią jest saksofonista Jørgen Mathisen, udzielający się również w chwalonym na łamach „Esensji” zespole Krokofant.

więcej »

Polecamy

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku

Tu miejsce na labirynt…:

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
— Sebastian Chosiński

Scena to dziwna…
— Sebastian Chosiński

Chwila, która mogłaby trwać w nieskończoność
— Sebastian Chosiński

Druga twarz artysty awangardowego
— Sebastian Chosiński

Do czterech razy sztuka
— Sebastian Chosiński

Z Londynu do Tel Awiwu
— Sebastian Chosiński

Cios trzeci. Nokautujący!
— Sebastian Chosiński

Requiem w tonacji jazzowej
— Sebastian Chosiński

Nie można mieć wszystkiego…
— Sebastian Chosiński

Wielki. Większy. Największy!
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
— Sebastian Chosiński

Scena to dziwna…
— Sebastian Chosiński

Chwila, która mogłaby trwać w nieskończoność
— Sebastian Chosiński

Druga twarz artysty awangardowego
— Sebastian Chosiński

Do czterech razy sztuka
— Sebastian Chosiński

Z Londynu do Tel Awiwu
— Sebastian Chosiński

Cios trzeci. Nokautujący!
— Sebastian Chosiński

Requiem w tonacji jazzowej
— Sebastian Chosiński

Nie można mieć wszystkiego…
— Sebastian Chosiński

Wielki. Większy. Największy!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Non omnis moriar: Patrząc na nieznany, daleki brzeg…
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Mutant – to brzmi dumnie!
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Bo ja jestem, proszę pana, „na zakręcie”…
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Desant zza dwóch oceanów
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Marzec 2017 (2)
— Sebastian Chosiński, Marcin Mroziuk

Historia w obrazkach: Stracone złudzenia Rzymu
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Pogańska chuć, chrześcijańskie opanowanie
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Pawlik Morozow w wersji light
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Miles Davis mógł się zdziwić
— Sebastian Chosiński

Nasz ci on, superbohater XVI wieku!
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.