Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Requiem w tonacji jazzowej

Esensja.pl
Esensja.pl
Czas oczekiwania – w sumie trochę ponad dwa i pół roku – na nową płytę orkiestry Martina Küchena Angles 9 dłużył się w nieskończoność. Ale czy można dziwić się, że tyle to trwało, skoro każdy z muzyków udziela się także w innych projektach? Najważniejsze jednak, że album „Disappeared Behind the Sun” w końcu trafił do rąk spragnionych słuchaczy. I że okazał się – podobnie zresztą jak jego poprzednik – arcydziełem.

Angles 9
‹Disappeared Behind the Sun›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDisappeared Behind the Sun
Wykonawca / KompozytorAngles 9
Data wydania27 stycznia 2017
Wydawca Clean Feed
NośnikCD
Czas trwania44:10
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieMartin Küchen, Eirik Hegdal, Goran Kajfeš, Mats Äleklint, Magnus Broo, Alexander Zethson, Mattias Ståhl, Johan Berthling, Andreas Werliin
Utwory
CD1
1) Equality & Death [Mothers, Fathers, Where Are Ye?]07:37
2) Ådror09:18
3) Pacemaker05:39
4) Disappeared Behind the Sun11:41
5) Love, Flee Thy House [In Breslau]09:52
Przed paroma laty świat jazzowy oszalał na punkcie kolejnych wcieleń prowadzonej przez szwedzkiego saksofonistę Martina Küchena grupy Angles. Ale też trudno się dziwić, skoro nadzwyczaj udanie łączyła ona w swojej muzyce bigbandowy rozmach z modern jazzem z lat 60. ubiegłego wieku i jak najbardziej współczesnym jazzem improwizowanym. Na dodatek Szwed sukcesywnie poszerzał skład formacji, wzbogacał tym samym jej brzmienie, czyniąc z niej ostatecznie małą orkiestrę. Zaczynał od sekstetu, który pozostawił po sobie dwa albumy: „Every Woman is a Tree” (2008) oraz „Epileptical West: Live in Coimbra” (2010); później na krótko grupa stała się oktetem, co udokumentowała płyta „By Way of Deception” z 2012 roku, by ostatecznie przeistoczyć się w – istniejący najdłużej, bo od pięciu lat – nonet. W składzie dziewięcioosobowym zarejestrowano wydawnictwa „In Our Midst” (2013), „Injuries” (2014) oraz to najnowsze – „Disappeared Behind the Sun”, które światło dzienne ujrzało w ostatni piątek stycznia tego roku. Co ciekawe, od samego początku istnienia swej orkiestry Küchen wierny jest tej samej wytwórni płytowej – niezwykle zasłużonemu dla promocji free jazzu (chociaż nie tylko) portugalskiemu Clean Feed.
Sesja nagraniowa, podczas której powstał najnowszy materiał Angles 9, trwała zaledwie jeden dzień – 30 maja ubiegłego roku – a spotkanie artyści wyznaczyli sobie w podsztokholmskim Sickla. Biorąc pod uwagę, że rejestracja nagrań odbyła się praktycznie na żywo, muzycy musieli być do niej perfekcyjnie przygotowani. Ale czy to może dziwić, skoro prawie każdy z nich to postać na skandynawskiej scenie jazzowej wielce znacząca? W porównaniu z albumem „Injuries” skład zespołu nie uległ zmianie. Wciąż, poza liderem, znanym również z formacji All Included („Satan in Plain Clothes”), tworzą go: kornecista Goran Kajfeš („The Reason Why, Vol. 2”), saksofonista Eirik Hegdal, puzonista Mats Äleklint, trębacz Magnus Broo („Lucidity”), pianista Alexander Zethson, wibrafonista Mattias Ståhl, kontrabasista Johan Berthling („Semikujira”, „Tongue Tied”) oraz perkusista Andreas Werliin („II”).
Jedyne, co może wzbudzić umiarkowane niezadowolenie wielbicieli Angles 9, to fakt, że płyta jest – jak na ten zespół – zaskakująco krótka. Trwa nieco ponad czterdzieści cztery minuty, co oznacza, że poprzedniczka przebiła ją o dobre pół godziny. To powód do kręcenia nosem? W pewnym sensie – tak. Ale nie oznacza wcale, że „Disappeared Behind the Sun” pozostawia po sobie niedosyt. Patrząc jednak z drugiej strony, chyba nikt by się nie pogniewał, gdyby na płycie znalazło się dużo więcej tak doskonałej – bez najmniejszych wątpliwości zasługującej na miano arcydzieła – muzyki. Na otwarcie albumu Martin Küchen – twórca wszystkich kompozycji – wybrał utwór „Equality & Death (Mothers, Fathers, Where Are Ye?)”. Rozpoczyna go przejmująca, wrzynająca się w uszy, bardzo chaotyczna partia saksofonu. Normalność pojawia się dopiero w momencie, kiedy do lidera dołącza sekcja rytmiczna. Berthling i Werliin stopniowo narzucają monotonny rytm, do którego dopasowują się instrumenty dęte. Jedynie saksofon Martina, wciąż pozostający na pierwszym planie, pozwala sobie na nieskrępowaną improwizację, choć i on zostaje z czasem „wchłonięty” przez pozostałe dęciaki. Idealnie przy tym zazębia się z puzonem, trąbką i rogiem.
Osiągnąwszy punkt kulminacyjny, sekcja dęta momentalnie milknie, pozostawiając na polu boju jedynie osamotnionego Andreasa Werliina, który odpowiednio tonuje emocje. Wszystko zaś po to, aby zbudować większy kontrast przed finałem, w którym zespół powraca do punktu wyjścia i głównego motywu powtarzanego jednym „głosem’ przez wszystkie instrumenty dęte. Od mocnego akcentu zaczyna się także drugi w kolejności „Ådror”. Tyle że tym razem uspokojenie następuje zaskakująco szybko. Na dalekim planie rozbrzmiewa tylko kontrabas Berthling i fortepian Zethson, które tworzą akustyczne tło dla partii Magnusa Broo na trąbce. I kiedy wydaje nam się już, że to zamyślenie może przeciągnąć się w czasie – ma miejsce prawdziwa eksplozja, z której po opadnięciu kurzu wyłania się porywająca orientalna melodia zgodnie zagrana przez całą sekcję dętą. Wrażenie, jakie fragment ten pozostawia po sobie, jest piorunujące. Potęga brzmienia i aranżacyjny rozmach przyprawiają o ciarki na plecach. Co więcej, w nawale dźwięków generowanych przez skandynawski nonet ani na moment nie ginie melodia, która towarzyszy nam niemal do końca kompozycji.
Nie mniej intrygujące jest wprowadzenie do „Pacemakera”, w którym sekcja dęta najpierw pozwala sobie na pełne improwizacji harce, by następnie stopniowo wskoczyć na wspólny narracyjny tor. I jaką opowieść zaczyna od tej pory snuć zespół Küchena? Taką, jakiej raczej byśmy się po nim nie spodziewali. W warstwie rytmicznej pojawiają się frazy czysto bluesowe, z kolei dęciaki ciążą w stronę nowoorleańskiego dixielandu. W każdym razie nad całością unosi się duch nieskrępowanej zabawy, który nie opuszcza Skandynawów aż do ostatniego taktu utworu. I jest to w zasadzie zarazem ostatni fragment płyty, który jest w stanie wywołać płomienne, radosne emocje. Odtąd do samego końca, a więc przez mniej więcej dwadzieścia minut, słuchaczom towarzyszy już tylko nastrój niepokoju i zadumy – wcale nie tak zaskakujący, albowiem wszechobecny przecież na poprzednim wydawnictwie Angles 9, czyli „Injuries”. Kompozycja tytułowa, utrzymana w stylistyce lat 60., znaczona jest przejmującym, rozwijanym przez kolejne instrumenty motywem przewodnim, w który wpisane są dodatkowo partie solowe wibrafonu Mattiasa Ståhla i saksofonu barytonowego Eirika Hegdala.
Nie mniej chwytającym za serce fragmentem albumu jest wieńczący go „Love, Flee Thy House (In Breslau)”. Po saksofonowo-wibrafonowym wstępie pojawia się kolejna piękna, ale i niezwykle rzewna melodia zagrana unisono przez sekcję dętą. I chociaż po kilku kolejnych minutach zespół podkręca tempo, ponownie szukając inspiracji w latach 60. XX wieku, niezmienna pozostaje wymowa utworu. O co nade wszystko dba puzon Matsa Äleklinta. Coraz odważniej poczynają sobie z kolei Berthling i Werliin, chociaż nie wpływa to na ogólny nastrój, tym bardziej że zbliżając się do końca, Skandynawowie wracają do wzruszającego motywu z części pierwszej. Nie da się ukryć, że Martin Küchen ma wielki dar do komponowania zapadających w pamięć i chwytających za serce melodii, a jeśli dodać do tego jeszcze porywające aranżacje zespołowe – otrzymujemy dzieło, które poraża zarówno na poziomie emocjonalnym (angażując słuchacza w stu procentach), jak i wykonawczym (perfekcyjna sekcja dęta wsparta świetnie zgraną sekcją rytmiczną i doprawiona smaczkami w postaci fortepianu i wibrafonu). Czy jazzowa płyta 2017 roku została wydana już w styczniu? Niewykluczone!
koniec
28 lutego 2017
Skład:
Martin Küchen – saksofon altowy, saksofon tenorowy, kompozycje
Eirik Hegdal – saksofon barytonowy
Goran Kajfeš – róg
Mats Äleklint – puzon
Magnus Broo – trąbka
Alexander Zethson – fortepian
Mattias Ståhl – wibrafon
Johan Berthling – kontrabas
Andreas Werliin – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.