Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 maja 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Cios trzeci. Nokautujący!

Esensja.pl
Esensja.pl
Trochę niespodziewanie, bez hucznych zapowiedzi w połowie lutego ukazał się kolejny album norweskiego tria Krokofant. Zespół pozostał wierny wcześniej obranej stylistyce, polegającej na łączeniu rocka progresywnego z jazz-rockiem, co powinno przypaść do gustu dotychczasowym fanom formacji z Kongsbergu.

Krokofant
‹Krokofant III›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrokofant III
Wykonawca / KompozytorKrokofant
Data wydania17 lutego 2017
Wydawca Rune Grammofon
NośnikCD
Czas trwania39:23
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieJørgen Mathisen, Tom Hasslan, Axel Skalstad
Utwory
CD1
1) Tommy Synth08:24
2) Clazz06:55
3) Juice06:45
4) Double Dad07:03
5) Wrong Turn10:20
Przypomnijmy pokrótce: W 2011 roku dwaj młodzi muzycy z prowincjonalnego norweskiego miasteczka Kongsberg – gitarzysta Tom Hasslan oraz perkusista Axel Skalstad – postanowili założyć zespół, który łączyłby energią punk rocka z wyrafinowaniem rocka progresywnego i fusion. Szybko jednak okazało się, że w duecie zbyt wiele nie zdziałają, dlatego po roku prób do współpracy zaprosili znacznie bardziej od nich doświadczonego saksofonistę Jørgena Mathisena (znanego z takich projektów, jak Shagma, The Core, Trondheim Jazz Orchestra, Zanussi Five, Marc Lohr & GERÄT7 czy Humvee). Nazwisko tego ostatniego otworzyło im także drogę do podpisania kontraktu z wytwórnią płytową Rune Grammofon, która przed trzema laty – w połowie lutego 2014 roku – opublikowała debiutancką płytę tria zatytułowaną po prostu „Krokofant”. Zawierała ona porywającą muzykę, która była w stanie przypaść do gustu zarówno słuchaczom lubującym pławić się w energetycznych odmianach rocka, jak i tym, którzy poszukują w nim finezyjności i wirtuozerii charakterystycznych dla jazzu.
W listopadzie 2015 roku miała natomiast miejsce premiera kolejnego albumu Skandynawów, którego i okładka, i tytuł – „Krokofant II” – zdradzały, że będziemy mieć do czynienia z bezpośrednią kontynuacją debiutu. I tak też było, tyle że zawarte na nim nagrania brzmiały jeszcze lepiej. Zespół wspiął się na jeszcze wyższy szczebel, doprowadzając obrany przez siebie styl do perfekcji. Z tym mógł się jednak wiązać pewien problem na przyszłość. Zawiesiwszy sobie poprzeczkę tak wysoko, Norwegowie musieli liczyć się z tym, że za trzecim razem nie zdołają osiągnąć takiego samego poziomu. Dzisiaj możemy już obawy te zweryfikować. A wszystko za sprawą krążka „Krokofant III”, który ujrzał światło dzienne – ponownie nakładem Rune Grammofon – 17 lutego. I co? I… nadal jest świetnie. Może nie tak odkrywczo, jak za pierwszym i drugim razem, ale wciąż bardzo energetycznie i elektryzująco. Poza tym muzycy, zdając sobie sprawę, że należy coś zmienić, aby uatrakcyjnić swój przekaz, zdecydowali się nieco poszerzyć instrumentarium – w efekcie Jørgen Mathisen sięgnął dodatkowo po syntezatory.
Płyty Krokofant nigdy nie były przesadnie długie. Z tą jest podobnie. Zamyka się ona w niespełna czterdziestu minutach, dzięki czemu wydanie winylowe może zawierać dokładnie ten sam materiał, jaki trafił na edycję kompaktową. Drobną zmianę brzmienia, jaka dokonała się w twórczości Norwegów, obrazuje już utwór numer jeden (i dotyczy to także jego tytułu) – „Tommy Synth”. Otwarcie należy do tych mocnych – znaczą je rozpędzona sekcja rytmiczna oraz pojawiające się w tle, zgrzytające i świszczące, syntezatory. Z czasem jednak na plan pierwszy wysuwa się „pierworodny” instrument Mathisena, czyli saksofon. Nie da się ukryć, że to właśnie on w dużej mierze decyduje o oryginalności muzyki Krokofant. I tak jest również teraz. Jørgen pozwala sobie na rozbudowaną, w sporej części improwizowaną partię, która zachwyca nie tylko zapałem, ale i potęgą. W drugiej części zespół zwalnia tempo; tło ponownie wypełniają syntezatory (brzmiące basowo) i postrockowa gitara. To też nowy element w twórczości Norwegów. I wcale nie ostatni. Bliżej finału „Tommy’ego” Hasslan serwuje bowiem dźwięki rodem z… southern-rocka.
Zaskakujące? Przyzwyczajajcie się. Wszak na początek „Clazz” Tom sięga nawet po inspiracje stoner-rockiem; sprzężone gitary – i solowa, i basowa – pojawiają się jednak tylko w tle, tworząc celny kontrast do wybijającego się na plan pierwszy saksofonu. Gdy Mathisen milknie, jego miejsce zajmuje Hasslan, tym razem zapuszczając się na poletko zazwyczaj zarezerwowanego dla gitarowych wirtuozów. Nie oznacza to wprawdzie, że od tej pory Norweg ma zamiar ścigać się z Yngwie Malmsteenem czy Steve’wem Vaiem, ale gdyby jego solówkę wpleść w któreś z nagrań Szweda bądź Amerykanina, trudno byłoby dostrzec różnicę. Oprócz gitary motorem napędowym „Clazz” jest przez cały czas perkusja Skalstada. Alex ani na moment nie zwalnia tempa, dzięki czemu podbija emocje i skłania pozostałą dwójkę do dania z siebie wszystkiego. Dużo lżej i przyjaźniej brzmi – na tle poprzedników – „Juice”. Ba! saksofon Jørgena gra nawet radośnie skoczną melodię. Można by pomyśleć, że świat się kończy, ale na szczęście za sprawą czwartej na liście kompozycji – „Double Dad” – wszystko wraca do normy.
Ponownie na dalszym planie słychać syntezatory, które zastępują gitarę basową. Na pierwszy z kolei wybija się saksofon, którego zwielokrotnione ścieżki grają zapętlony przez jakiś czas motyw; dopiero po kilkudziesięciu sekundach „wykluwa” się z niego – niestety, na krótko – wpadająca w ucho, chociaż wcale nie pogodna, melodia. Odłożywszy na bok dęciaka, Mathisen znów sięga po klawisze, natomiast jego dwaj kompani postanawiają powrócić do inspiracji muzyką stoner-rockową – zwalniają tempo i dodają nieco „brudów” do brzmienia gitar. Czy można mieć im za złe, że chcą nawiązać do tradycji gatunku, który ostatnimi laty cieszy się sporą popularności? Ależ skąd! Przynajmniej dopóki inteligentnie implementują jego elementy do własnej twórczości, a nie na odwrót. Płytę zamyka najdłuższy, ponad dziesięciominutowy utwór „Wrong Turn”. W nim także nie brakuje energii, o co dba między innymi Hasslan, który serwuje kolejną solówkę gitarową zasługującą na najwyższe uznanie. Nie mniej intrygujące są jednak jego duetu z Mathisen, któremu z kolei przypada w udziale zaszczyt zwieńczenia albumu. Co zresztą robi to w sposób czarujący, na długo zapadającą w pamięć partią saksofonu.
Lektura „Krokofant III” zaostrza apetyt na kolejne nagrania zespołu. Zwłaszcza koncertowe. Aż dziw bierze, że dotąd nikt nie zdecydował się na ich publikację. Zwłaszcza zaś z tych występów, podczas których norweskiemu triu towarzyszył na scenie szwedzki saksofonista Mats Gustafsson. To byłby hit!
koniec
2 marca 2017
Skład:
Jørgen Mathisen – saksofon, syntezatory
Tom Hasslan – gitara elektryczna, gitara basowa
Axel Skalstad – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Ku chwale Katalonii
Sebastian Chosiński

23 V 2017

Nazwa zespołu wskazywałaby raczej na inklinacje punkowe, względnie heavymetalowe, a tu się okazuje, że mamy do czynienia z grupą z pogranicza rocka progresywnego i psychodelii. Cóż, chcą się tak nazywać – ich sprawa. Muszą jednak liczyć się z tym, że wielu fanów, do których adresują swoją twórczość, widząc na oczy szyld The Reapers, zechce ominąć ich szerokim łukiem. Ze stratą dla zespołu i dla siebie samych. Bo album „Marionettes” to dzieło zdecydowanie godne uwagi.

więcej »

Koniec jest blisko. Coraz bliżej…
Sebastian Chosiński

18 V 2017

Łączenie muzyki średniowiecznej z heavy metalem – czy to w formie black- czy doommetalowej – nie jest już żadną nowością. Praktykowane bywa – głównie w Niemczech i Skandynawii – od ponad dwóch dekad. Co jakiś czas trafia się jednak wykonawca, który potrafi tchnąć w ten gatunek nowe życie. Jak Szwedzi z zespołu Apocalypse Orchestra, który przed tygodniem opublikował swój debiutancki album – „The End is Nigh”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: „Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
Sebastian Chosiński

16 V 2017

Muzycy pochodzącego z Oslo Tusmørke bardzo regularnie – średnio co dwanaście miesięcy – prezentują płyty z premierowym materiałem. Co dla wielbicieli tej norweskiej formacji jest bezsprzecznie powodem do wielkiej radości. Ale nie tylko oni powinni się cieszyć. Dokonania Skandynawów są bowiem w stanie wprawić w stan euforii wszystkich wielbicieli rockowych i folkowych brzmień rodem z lat 70. XX wieku. Najlepszym tego dowodem wydany przed paroma dniami album „Hinsides”.

więcej »

Polecamy

Ku chwale Katalonii

Tu miejsce na labirynt…:

Ku chwale Katalonii
— Sebastian Chosiński

„Czarna śmierć” i „trzy szóstki”
— Sebastian Chosiński

Patrząc w przyszłość z głową w przeszłości
— Sebastian Chosiński

Niepokój niejedną ma barwę
— Sebastian Chosiński

Zmartwychwstanie po czterdziestu latach
— Sebastian Chosiński

Prawdziwe oblicze pana Haydena. Petera Haydena!
— Sebastian Chosiński

W poszukiwaniu życia w Kosmosie
— Sebastian Chosiński

Więcej takich płyt, panie Schmidt!
— Sebastian Chosiński

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
— Sebastian Chosiński

Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.