Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Do czterech razy sztuka

Esensja.pl
Esensja.pl
Norweski kwartet Spidergawd działa jak szwajcarski zegarek. Regularnie co roku w okresie zimowym wydaje nowe płyty. Pod koniec lutego ukazała się czwarta i na przeszkodzie temu nie stanęła nawet pierwsza od założenia formacji zmiana w składzie. Dla wielbicieli klasycznego hard rocka z lat 70. ubiegłego wieku, nie stroniących również od psychodelii i stoner-metalu – powinna to być prawdziwa uczta.

Spidergawd
‹Spidergawd IV›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSpidergawd IV
Wykonawca / KompozytorSpidergawd
Data wydania24 lutego 2017
Wydawca Crispin Glovers Records
NośnikCD
Czas trwania41:02
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składziePer Borten, Rolf Martin Snustad, Hallvard Gaardløs, Kenneth Kapstad, Roar Øien, Aki Kumar, Erlend Hjelvik
Utwory
CD1
1) Is This Love...?04:28
2) I Am the Night04:38
3) LouCille05:31
4) Ballad of a Millionaire [Song for Elina]04:43
5) What You Have Become03:44
6) What Must Come to Pass08:18
7) Heaven Comes Tomorrow04:15
8) Stranglehold05:25
Spidergawd bezwzględnie zasługuje na miano supergrupy – nie tylko dlatego, że od zarania istnienia zespół tworzą muzycy doskonale znani z innych norweskich formacji rockowych, ale również z uwagi na prezentowany poziom artystyczny. Każda z kolejnych płyt zespołu wybijała się zdecydowanie ponad średnią – i nie inaczej jest z najnowszą produkcją kwartetu. Kwartetu, w którym jednak w porównaniu z ubiegłym rokiem zaszła jedna, lecz za to istotna, zmiana personalna. Z zespołem pożegnał się basista Bent Sæther (znany przede wszystkim jako członek Motorpsycho), którego zastąpił Hallvard Gaardløs, dotąd udzielający się w takich formacjach, jak Woodland („Woodland”, 2014; „Go Nowhere”, 2017) czy Orango („The Mules of Nana”, 2017). Poza tym – przypomnijmy – Spidergawd tworzą: wokalista i gitarzysta Per Borten (Cadillac, Capricorn, New Violators i The Moving Oos), saksofonista Rolf Martin Snustad (Hopalong Knut, Samvirkelaget) oraz perkusista Kenneth Kapstad (udzielający się również w zespołach Grand General i Møster!).
Jeszcze do niedawna, co wiedzą wszyscy wielbiciele rocka skandynawskiego, Kapstad bębnił także w Motorpsycho, ale w końcu 2016 roku postanowił rozstać się z grupą, którą wspierał swym talentem przez dziewięć lat (od płyty „Little Lucid Moments”), ustępując tym samym miejsca szwedzkiemu obieżyświatowi Tomasowi Järmyrowi. Ale nie o tej norweskiej grupie dziś mowa. Wróćmy do głównego tematu rozważań. Patrząc na dotychczasową twórczość Spidergawd, można zauważyć, że muzycy cenią sobie stałość. Dlatego też, chcąc zarejestrować najnowszą płytę, po raz czwarty wybrali się do studia SoerGarden w miasteczku Melhus; po raz czwarty też gotowy materiał oddali w ręce wytwórni Crispin Glover Records, która postarała się o to, aby okładkę albumu mógł ozdobić – również po raz czwarty – obraz cenionego francuskiego malarza surrealistycznego Émile’a Morela. Ach! Po raz czwarty także jako gościa zaprosili do studia nagraniowego, grającego na elektrycznej gitarze stalowej, Roara Øiena. Co jeszcze pozostało niezmienne? Muzyka kwartetu – pełnymi garściami czerpiąca z lat 70. XX wieku, ale zahaczająca też o przełom lat 80. i 90..
Mimo oczywistych inspiracji dokonaniami zespołów hardrockowych i psychodelicznych sprzed kilku dekad, o twórczości Spidergawd na pewno nie można powiedzieć, że jest wtórna. Broni się także przebojowością i wieloma smaczkami, spośród których najistotniejszym jest wykorzystanie saksofonu. Jeśli chodzi zaś o czas trwania, najnowszy album Norwegów tradycyjnie mieści się w formacie płyty winylowej – i na takim nośniku został też wydany w swej podstawowej wersji (oczywiście dołączono do niej również srebrny dysk). Jego zawartość to osiem kompozycji; nie brakuje wśród nich takich, które powinny na trwałe wejść do koncertowego repertuaru kwartetu. A już na pewno honor ten spotka utwór otwierający krążek, czyli „Is This Love…?” – prawdziwy stonerowy wymiatacz, który zaskakuje zarówno radosną melodią i wpadającym w ucho refrenem, jak i nałożonymi na siebie – i dzięki temu zwielokrotnionymi – ścieżkami gitary i głosu Pera Bortena.
Nie mniej energii dostarcza „I Am the Night”, w którym ponownie wyraźnie słyszalne są wpływy stoner metalu z okolic Monster Magnet. Ale nade wszystko numer ten warto zapisać sobie w pamięci z powodu ekscytującej gitarowej solówki. Podróż do świata rockowej psychodelii zespół funduje natomiast w trzecim w kolejności „LouCille” (tak właśnie pisanym). Uwagę przykuwa tu nie tylko potężne brzmienie, ale i jego przejrzystość; każdy instrument jest doskonale słyszalny, nawet ten – jak chociażby saksofon – który pojawia się w tle. Rolf Martin Snustad wydatnie zresztą wspomaga Bortena, powtarzając za nim poszczególne frazy, dzięki czemu przekaz zespołu jeszcze bardziej zyskuje na mocy. Chwilę oddechu – ale naprawdę jest to tylko chwila – Norwegowie zapewniają w „Ballad of a Millionaire (Song for Elina)”. Nie spodziewajcie się jednak klasycznej (około)metalowej ballady. To nie jest numer, podczas którego w trakcie koncertów – jeśli oczywiście będzie grany – komukolwiek wpadnie do głowy wyciągać zapalniczkę i tym sposobem manifestować swe romantyczne usposobienie. Owszem, tempo jest nieco wolniejsze, nastrój mniej radosny (vide rzewna gitara), ale moc wciąż pozostaje na miejscu.
Najsłabiej z całego zestawu wypada „What You Have Become”. Od strony kompozytorskiej Norwegowie przyłożyli się tutaj średnio. Niby wszystkie elementy pozostają na swoim miejscu, ale brakuje czegoś charakterystycznego, co sprawiałoby, że zapamiętalibyśmy ten numer na dłużej. Bez tego wypada drugim uchem chwilę po wybrzmieniu ostatniej nuty. Na szczęście nastrój poprawia najdłuższy z całej płyty „What Must Come to Pass”, który zaczyna się od bluesowej partii harmonijki Akiego Kumara; w dalszej części mamy już jednak do czynienia z klasycznym psychodelicznym stoner-metalem, znaczonym „przybrudzoną” solówką gitary i mocnym basem. Do tego dochodzi jeszcze – dosłownie i symbolicznie – rozmach Kennetha Kapstada, w efekcie czego ta ponad ośmiominutowa kompozycja długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Podobnie zresztą jak i następujący po niej niesamowicie energetyczny „Heaven Comes Tomorrow”. A to i tak dopiero wstęp do imponującego finału w postaci „Stranglehold”, w którym to utworze Borten odstępuje miejsce przy mikrofonie Erlendowi Hjelvikowi (z metalowego zespołu Kvelertak) – ten zaś udowadnia, że jest jednym z mocniejszych głosów w skandynawskim światku rockowym. Śpiewając na pograniczu krzyku, wprowadza nastrój niepokoju i niepewności, a wspomagają go w tym pozostali muzycy.
„Spidergawd IV” to kolejna znakomita płyta Norwegów. Co cieszy, bo przecież musi nam wystarczyć na cały rok. Następnej możemy się spodziewać zapewne nie wcześniej niż za – mniej więcej – dwanaście miesięcy. A jeśli w tym czasie zdąży się znudzić? Cóż, zawsze można sięgnąć po „Spidergawd” (2014), „Spidergawd II” (2015) oraz „Spidergawd III” (2016).
koniec
9 marca 2017
Skład:
Per Borten – śpiew, gitara elektryczna
Rolf Martin Snustad – saksofon
Hallvard Gaardløs – gitara basowa
Kenneth Kapstad – perkusja
gościnnie:
Roar Øien – elektryczna gitara stalowa (4,6)
Aki Kumar – harmonijka (6)
Erlend Hjelvik – śpiew (8)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Więcej takich płyt, panie Schmidt!
Sebastian Chosiński

25 IV 2017

Niemieckie trio psychodeliczno-spacerockowe Electric Moon dało o sobie znać po raz kolejny. I nic w tym dziwnego, bo to grupa, która przez lata wystrzeliwała nowe płyty z szybkością karabinu maszynowego. Na szczęście ostatnio trochę zwolniła tempo, co jak najbardziej pozytywnie odbiło się na jakości produkcji. Wydany w połowie kwietnia album „Stardust Rituals” nie jest może arcydziełem, ale na pewno nikogo nie pozostawi z poczuciem rozczarowania.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
Sebastian Chosiński

20 IV 2017

Moda na rockową muzykę vintage nie przemija. Choć największą popularnością, wnioskując po liczbie zespołów, wciąż cieszy się w Skandynawii, także w wielu innych krajach może liczyć na pozytywny odbiór. Doświadczyła tego między innymi fińska formacja Vinum Sabbatum, której wydany przed paroma miesiącami trzeci album studyjny – „Apprehensions” – spotkał się z nadzwyczaj pozytywnym przyjęciem.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
Sebastian Chosiński

18 IV 2017

Dwadzieścia lat działalności, czternaście płyt długogrających, do tego kilka singli i tak zwanych „czwórek”. Tysiące koncertów pod każdą szerokością i długością geograficzną. A mimo to nad Wisłą trio Zu pozostaje niemal całkowicie nieznane. I raczej nie zmieni się to w najbliższych latach, mimo że szwedzka formacja plasuje się w światowej czołówce awangardowego jazz-rocka, a jej najnowszy album „Jhator” to mroczne arcydzieło.

więcej »

Polecamy

Więcej takich płyt, panie Schmidt!

Tu miejsce na labirynt…:

Więcej takich płyt, panie Schmidt!
— Sebastian Chosiński

Hammondziści wszystkich krajów, łączcie się!
— Sebastian Chosiński

Niebiański pogrzeb w świetle księżyca
— Sebastian Chosiński

Rzeczy takie, jakimi są w istocie…
— Sebastian Chosiński

To, co w głowie, i poza nią
— Sebastian Chosiński

Od dixielandu, przez modern, do free jazzu
— Sebastian Chosiński

Elegia o… [chłopcu rumuńskim]
— Sebastian Chosiński

Nie stało się nic złego
— Sebastian Chosiński

Niewiarygodne przygody Norwegów w Nowym Jorku
— Sebastian Chosiński

Scena to dziwna…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.