Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Zmartwychwstanie po czterdziestu latach

Esensja.pl
Esensja.pl
Ten zespół to fenomen. Powstał w 1973 roku w Chicago, gdzie działał zaledwie przez kilka lat. Stał się jednak legendą chicagowskiego undergroundu metalowego. Materiał, który nagrali za własne pieniądze w 1975 roku, ukazał się dopiero przed czterema laty. Wtedy też, na fali entuzjazmu, dawni liderzy grupy postanowili ją reaktywować. Przyjęli symboliczną nazwę Medusa1975 i właśnie wypuścili na rynek album „Rising from the Ashes”, który powinien spodobać się wszystkim wielbicielom progresywnego hard rocka i doom metalu.

Medusa1975
‹Rising from the Ashes›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRising from the Ashes
Wykonawca / KompozytorMedusa1975
Data wydania21 kwietnia 2017
Wydawca Svart Records
NośnikCD
Czas trwania47:47
Gatunekmetal, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieRandy Bobzien, Donna Fields Brown, Gary Brown, Phoenix Johnson, Dean McCall
Utwory
CD1
1) Armageddon07:52
2) Rage On05:13
3) Fall of the House of Usher11:04
4) Turn to Stone08:32
5) Into the Night03:57
6) Circles of Hell11:09
Nikomu – a już na pewno artyście – nie należy wypominać wieku. Ale nie ma też sensu na siłę go skrywać. Przyjrzawszy się Donnie Brown, można by wykorzystać ją jako idealny przykład… aktywizacji seniorów. Spójrzcie teraz, choćby symbolicznie, na swoje babcie – zakładając, że mają już prawie pod siedemdziesiątkę – i wyobraźcie je sobie na scenie. Nie, wcale nie jako seniorski chórek śpiewający pieśni kościelne, patriotyczne czy ludowe, ale jako członkinie formacji heavymetalowej. Takiej z prawdziwego zdarzenia, której muzyka jest w stanie wywołać ciarki na plecach. To nie bajka, to rzeczywistość. Donna i jej mąż Gary są bowiem liderami formacji Medusa1975, która wydała właśnie płytę deklasującą poziomem tysiące produkcji artystów metalowych młodszych od nich o czterdzieści lat (lub więcej). Początki zespołu sięgają czerwca 1973 roku. To właśnie wtedy mieszkający w Chicago gitarzyści Donna Fields (w przyszłości Brown) i jej narzeczony Gary założyli grupę o nazwie Medusa. Skład uzupełnili: wokalista i tekściarz Peter Basaraba, basista Kim Gudaniec oraz perkusista Lee Teuber. Liczyli zapewne na wielką karierę, ale okazało się, że w zalewie powstających w tamtym czasie formacji progresywnych, psychodelicznych, hardrockowych i heavymetalowych łatwo zostać wyrzuconym na brzeg.
Medusa podzieliła los wielu innych amerykańskich grup, które nie zdołały się przebić, za konkurencję mając nie tylko rodzime formacje, ale przede wszystkim zespoły brytyjskie, które niepodzielnie rządziły wówczas po drugiej stronie Atlantyku. Wprawdzie w 1975 roku udało im się za własne pieniądze zarejestrować w profesjonalnym studiu cztery utwory, a rok później w niszowej wytwórni Pepperhead Records z Oak Park wydać singla (z numerami „Temptress” i „Strangulation”), ale to był już tylko „łabędzi śpiew”. Wkrótce Medusa, której liderzy nie mieli takiego zapału, jak chociażby Bobby Liebling z Pentagramu, na możliwość wydania debiutanckiego longplaya czekający kilkanaście lat, przeszła do historii. W połowie lat 80. państwo Brown opuścili hałaśliwe Chicago i przeprowadzili się do prowincjonalnego, obecnie sześćdziesięciopięciotysięcznego Broomfield w stanie Kolorado. I pewnie już do końca swych dni wspominaliby z rozrzewnieniem swą szaloną rockową młodość, być może przy okazji żałując, że nie udało się zdziałać więcej, gdyby przed pięcioma laty w słuchawce ich telefonu nie rozległ się głos „łowcy talentów” z chicagowskiej wytwórni Numero Uno, który zaproponował im wydanie materiału nagranego już prawie czterdzieści lat wcześniej.
Kto by z takiej okazji nie skorzystał! Działające od 2003 roku Numero Uno specjalizuje się między innymi właśnie w przypominaniu zespołów z chicagowskiego undergroundu, którym nigdy nie udało się przebić do szerszej świadomości, ale które mimo wszystko zostały zapamiętane przez fanów rocka i metalu z lat 70. Efektem tej rozmowy telefonicznej stało się wydanie w 2013 roku, zawierającej siedem kompozycji, winylowej płyty „First Step Beyond” (wersję CD wzbogacono później o trzy kolejne kawałki). Donna i Gary byli tak podekscytowani tym faktem, że wkrótce podjęli decyzję o reaktywacji zespołu; parę miesięcy później – latem 1974 roku – Medusa1975, bo taką przyjęli ostatecznie nazwę, pojawiła się na scenie. Ze starego składu pozostali tylko oni, przy czym Donna zrezygnowała z gry na gitarze na rzecz instrumentów klawiszowych; do współpracy zaprosili natomiast: wokalistę i basistę Randy’ego Bobziena, gitarzystę Kamerona Wentwortha oraz perkusistę Deana McCalla. Niebawem formację opuścił Wentworth, którego obowiązki przejął Bobzien, z kolei nowym basistą został Phoenix Johnson.
Powrót grupy na scenę nie uszedł uwadze właścicielom fińskiej wytwórni Svart Records, która nadzwyczaj chętnie wygrzebuje całkowicie zapomniane rockowe i jazzowe perełki. Usłyszeli oni o grupie Donny i Gary’ego i nie zastanawiając się zbyt długo, złożyli im ofertę na wydanie nowej płyty. Tym sposobem w drugiej połowie kwietnia światło dzienne ujrzał album „Rising from the Ashes”. Jeśli więc lubicie hard rocka podrasowanego progresem, odważnie zahaczającego o doom metal i przy tym nie stroniącego, jak niegdyś Black Sabbath czy Black Widow, od tematyki okultystycznej – najnowsze nagrania Medusa1975 są dla Was! Słuchając ich, nie zapominajcie, że w dużej mierze zawdzięczacie je artystom, którzy są w wieku Waszych rodziców, względnie babć i dziadków. Co zapewne czyni je jeszcze bardziej interesującymi. Donna i Gary już w latach 70. mieli skłonności do tworzenia rozbudowanych utworów i z tego nie zrezygnowali; płyta, choć trwa prawie pięćdziesiąt minut, zawiera jedynie sześć kompozycji; dwie z nich przekraczają magiczną granicę dziesięciu minut. Słowem: palce lizać. Tym bardziej że wszystkie trzymają wysoki poziom.
Album otwiera złowieszczy – przynajmniej jeśli chodzi o tytuł – „Armageddon”. Początek utworu jest jednak zaskakująco stonowany (vide gitara akustyczna Browna), ostrzejsza jazda zaczyna się dopiero w trzeciej minucie, kiedy sekcja rytmiczna znacząco podkręca tempo, a na plan pierwszy wybija się niepokojący głos Randy’ego Bobziena. Skojarzenia z Black Widow i Black Sabbath są jak najbardziej uzasadnione, chociaż na pewno nie można Amerykanom zarzucić kopiowania brytyjskich mistrzów. Przede wszystkim grają delikatniej, bardziej melodyjnie, nie zapominając o wypełnianiu tła przyjaźnie brzmiącymi syntezatorami. Także partie solowe – gitary (Gary) i syntezatorów (Donna) – lokują zespół wśród formacji hardrockowo-progresywnych. Przebojowości nie można odmówić również utworowi drugiemu w kolejności – „Rage On”. Chociaż gitara jest tutaj dużo bardziej zadziorna, to jednak jej ciętość równoważą kojące akordy organów Hammonda – dzięki nim niemal dosłownie zostajemy przeniesieni cztery dekady wstecz. I jest to podróż, którą będzie wspominać się jeszcze bardzo długo.
Rozbudowany „Fall of the House of Usher” to oczywiście nawiązanie do legendarnego opowiadania Edgara Allana Poego „Zagłada domu Usherów”, którym wcześniej inspirowali się już między innymi tacy artyści, jak The Alan Parsons Project czy Peter Hammill z Van der Graaf Generator. Ten jedenastominutowy utwór dzieli się na trzy części. Pierwsza i ostatnia to w zasadzie progresywny doom metal w stylu wczesnego Black Sabbath, wzbogacony o dźwięki fortepianu i żeński głos Donny (choć w ostatnim fragmencie obowiązki wokalisty przejmuje Randy). Rozdziela je akustyczny wtręt, w którym – oprócz fortepianu – rozbrzmiewa głównie gitara akustyczna, a pani Brown śpiewa nadzwyczaj zwiewnie. Całość majestatycznie wieńczą natomiast partie solowe organów Hammonda i gitary elektrycznej. Hammondy otwierają także, a potem w tle przewijają się praktycznie do samego końca, „Turn to Stone”. I tutaj Medusa1975 zahacza o stylistykę doomu, choć ciężar sekcji rytmicznej zespół skutecznie łagodzi damsko-męskim duetem wokalnym. Ale tym, co pozwoli zapamiętać ten utwór na dłużej, są przede wszystkim partie gitar Gary’ego i Randy’ego, którzy od pewnego momentu toczą ze sobą kapitalny dyskurs.
„Into the Night” to najkrótszy fragment płyty, ale zarazem najbardziej przebojowy. Hardrockowa motoryczność nakłada się w nim na ponadprzeciętną melodyjność. Nie bez znaczenia są rozbrzmiewające po raz kolejny organy oraz zapadające w pamięć gitary. Dzięki Hammondom kompozycja ta przywodzi na myśl najdonioślejsze dokonania Uriah Heep z czasów, gdy wokalistą tej formacji był David Byron. „Rising from the Ashes” wieńczy jeszcze jeden „killer” – „Circles of Hell”. Ponownie ożywa w nim duch Black Sabbath i Ozzy’ego Osbourne’a. Nie można jednak Bobzienowi zarzucić, że naśladuje bardziej znanego kolegę po fachu, raczej wykorzystuje pewne jego patenty, aby osiągnąć efekt okultystycznego misterium (vide zniekształcony „szatański” głos). Poza tym jest to po prostu kapitalny, pełen wpadających w ucho melodii (włącznie z refrenem) utwór, który sprawia, że od razu po jego zakończeniu chce się „odpalić” krążek Amerykanów od nowa. I chyba o to w tym chodzi. Swoją drogą ciekawe czy doczekamy się kolejnego wydawnictwa grupy? Czy Donnie i Gary’emu starczy sił i pomysłów? Ze zdrowiem nie powinno być tak źle, bo państwo Brownowie sprawiają akurat wrażenie tych, których rock and roll nie niszczy, lecz konserwuje.
koniec
4 maja 2017
Skład:
Randy Bobzien – śpiew, gitara elektryczna, gitara rytmiczna
Donna Fields Brown – syntezatory, organy Hammonda, fortepian, śpiew
Gary Brown – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Phoenix Johnson – gitara basowa
Dean McCall – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Epickie buty bogini

Słuchaj i patrz:

Epickie buty bogini
— Beatrycze Nowicka

Dyskretny urok ołówka
— Beatrycze Nowicka

Światło
— Beatrycze Nowicka

Zderzenie z rzeczywistością
— Beatrycze Nowicka

Rodzina podpowiada
— Beatrycze Nowicka

Powrót w czerń
— Beatrycze Nowicka

Dziwne losy pewnej piosenki
— Beatrycze Nowicka

Gorycz w czerwieni
— Beatrycze Nowicka

Świeży pomysł to skarb
— Beatrycze Nowicka

Tam, gdzie jabłkom wyrastają włosy
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.