Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Mokradła we mgle

Esensja.pl
Esensja.pl
Trzy lata. I ani roku krócej. Tyle w tej dekadzie każe czekać na swoje nowe produkcje islandzki kwartet Sólstafir. Jak do tej pory, za każdym razem czekanie to opłacało się. W przypadku najnowszego albumu, „Berdreyminn”, zdania mogą być jednak podzielone. Bo choć muzycy z Reykjaviku nie dokonali takiej stylistycznej wolty, jak na przykład Norwegowie z Ulver, to mimo wszystko obrany przez nich kierunek może wydać się najzagorzalszym fanom trochę niepokojący.

Sólstafir
‹Berdreyminn›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBerdreyminn
Wykonawca / KompozytorSólstafir
Data wydania26 maja 2017
Wydawca Season of Mist
NośnikCD
Czas trwania66:38
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieAðalbjörn Tryggvason, Svavar Austman, Sæþór Maríus Sæþórsson, Hallgrímur Jón Hallgrímsson
Utwory
CD1
1) Silfur-Refur06:55
2) Ísafold04:59
3) Hula07:08
4) Nárós07:23
5) Hvít Sæng07:23
6) Dýrafjörðud07:32
7) Ambátt08:09
8) Bláfjall08:01
9) Svart Blóð [bonus]04:50
10) Samband í Berlin [bonus]04:23
Ale czy na pewno? Przecież od momentu założenia grupy, co – przypomnijmy – miało miejsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku, Sólstafir konsekwentnie idzie własną drogą ku… nowemu. Początkowo ich muzyka oscylowała wokół klasycznego black i viking metalu, z czasem nabierała jednak coraz bardziej progresywnego charakteru, zmierzając w stronę post-rocka i post-metalu (zmiany te słyszalne są już wyraźnie na płycie „Köld”, a przypieczętował je ostatecznie album „Svartir Sandar” z 2011 roku). Z kolei na „Ótta” (2014) Islandczycy – ku zaskoczeniu wielu – nasycili swą muzykę elementami stoner metalu (spod znaku Kyuss czy Monster Magnet). Nic więc dziwnego, że gdy przed paroma miesiącami pojawiła się w sieci zapowiedź nowego krążka wyspiarzy, dotychczasowi wielbiciele kwartetu z Reykjaviku trochę nerwowo zadawali sobie pytanie: Czym zaskoczą nas teraz? Tym bardziej że przed dwoma laty grupa pożegnała się ze swoim dotychczasowym perkusistą, Guðmundurem Ólim Pálmason, który pozostawał w jej szeregach od pierwszych dni istnienia.
Odejście Pálmasona nie było więc zwykłą zamianą jednego bębniarza na drugiego; to była roszada systemowa, która – jak podejrzewano – musiała odbić się na stylistyce zespołu. Czy tak stało się w rzeczywistości? Owszem, chociaż nie jest to wcale zmiana rewolucyjna. Wszak zaproszony przez liderującego Sólstafir Aðalbjörna Tryggvasona do współpracy Hallgrímur Jón Hallgrímsson (zwany przez kolegów „Grimsi”) miał już swój udział w powstaniu „Svartir Sandar”, chociaż tam można usłyszeć go jedynie w chórkach. Teraz stał się pełnoprawnym członkiem grupy, który na dodatek odcisnął na jej muzyce silne piętno. Przede wszystkim gra on delikatniej od Guðmundura Ólego, bardziej refleksyjnie. Pytanie tylko, czy jest to jego naturalna forma ekspresji, czy też po prostu podporządkował się wytycznym „Addiego”. W swej podstawowej wersji „Berdreyminn” – opublikowane, podobnie jak dwa poprzednie krążki, przez francusko-amerykańską wytwórnię Season of Mist – zawiera osiem kompozycji; wydanie deluxe poszerzone jest o dwie kolejne.
Płytę otwiera jeden z najmocniejszych numerów w całym zestawie – „Silfur-Refur”. Choć początkowych kilkadziesiąt sekund wcale o tym nie świadczy. Dopiero gdy Trygvasson i Sæþór Maríus Sæþórsson sięgają po gitary, zespół wskakuje na właściwe tory. Psychodelia miesza się tu z post-metalem, a do tego dochodzi jeszcze pełen niepokoju, operujący na granicy krzyku śpiew „Addiego”. Swoją drogą jest w jego głosie coś absolutnie niezwykłego; chyba żaden inny wokalista metalowy nie potrafi tak przejmująco i romantycznie… wrzeszczeć. W drugim w kolejności „Ísafold” Islandczycy przywołują – wprawdzie na krótko – ducha albumu „Ótta”, delikatnie zahaczając o stoner; wzbogacają też brzmienie o klawisze, które wieńczą ten i jednocześnie wprowadzają do kolejnego utworu – „Hula”. To z kolei najbardziej klimatyczny fragment krążka, będący idealną ilustracją do okładki płyty. Zamknąwszy oczy, przenosimy się na zasnute mgłą mokradła, dając ponieść się niepokojącym dźwiękom gitar i fortepianu. Swoje robi też sepleniący w języku islandzkim Trygvasson.
W atmosferycznym (pod każdym względem) „Nárós” Sólstafir przypomina swoich kolegów po fachu z Anathemy i Katatonii. Klimat pozostaje niezwykły nawet wówczas, gdy gitarzyści sięgają po stonerowe zagrywki, nie zapominają bowiem o przyprawionej fortepianem akustycznym zapadającej w pamięć melodii. W tym samym kierunku Islandczycy podążają we wzbogaconych o smyczki „Hvít Sæng” i „Dýrafjörðud”, które – słuchane na wyrywki – mogłyby zlać się w jedno. Na szczęście im bliżej końca, tym bardziej metalowo robi się na „Berdreyminn”. Chociaż początek „Ambátt” zdaje się przekonywać o czymś dokładnie odwrotnym. Szczęśliwie w dalszej części „Addi” i jego kompani podkręcają tempo, pozwalając sobie przy tym na pożyczki rodem z dokonań Guns N’ Roses. Monumentalne zwieńczenie, dzięki przyprawiającym o ciarki na plecach kościelnym organom, zapewnia z kolei „Bláfjall”. Powraca tu stary, dobry, nieco zawadiacki Sólstafir. I trochę żal, że takich momentów nie ma na albumie więcej.
Parę słów należy poświęcić jeszcze utworom bonusowym, które nie bez powodu tak właśnie zostały potraktowane przez swoich twórców. Odbiegają bowiem znacznie od podstawowego materiału. „Svart Blóð” brzmi surowiej, bardziej garażowo, ale dzięki temu także czadowo; natomiast nastrojowy, pełen rozmachu „Samband í Berlin” mógłby pokusić się nawet o miano heavymetalowego przeboju. Przesada? No dobrze, niech będzie i tak. Ale potencjału na pewno mu nie brakuje. Pomijając jednak dwie ostatnie kompozycje jako nie do końca reprezentatywne, można odnieść wrażenie, że „Berdreyminn” portretuje zespół na artystycznym rozdrożu. Z jednej strony zespół nie chce już powielać dawnych patentów, z drugiej – nie zdecydował się jeszcze, jaka ma być jego przyszłość. W efekcie powstało typowe, stojące w rozkroku, dzieło okresu przejściowego. Czego stanie się zaczątkiem, dowiemy się prawdopodobnie dopiero w 2020 roku.
koniec
30 maja 2017
Skład:
Aðalbjörn Tryggvason – śpiew, gitara elektryczna, fortepian
Sæþór Maríus Sæþórsson – gitara elektryczna
Svavar Austman – gitara basowa
Hallgrímur Jón Hallgrímsson – perkusja, chórki
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Dyskretny urok ołówka

Słuchaj i patrz:

Dyskretny urok ołówka
— Beatrycze Nowicka

Światło
— Beatrycze Nowicka

Zderzenie z rzeczywistością
— Beatrycze Nowicka

Rodzina podpowiada
— Beatrycze Nowicka

Powrót w czerń
— Beatrycze Nowicka

Dziwne losy pewnej piosenki
— Beatrycze Nowicka

Gorycz w czerwieni
— Beatrycze Nowicka

Świeży pomysł to skarb
— Beatrycze Nowicka

Tam, gdzie jabłkom wyrastają włosy
— Beatrycze Nowicka

Samotność to taka straszna trwoga
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.