Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Mokradła we mgle

Esensja.pl
Esensja.pl
Trzy lata. I ani roku krócej. Tyle w tej dekadzie każe czekać na swoje nowe produkcje islandzki kwartet Sólstafir. Jak do tej pory, za każdym razem czekanie to opłacało się. W przypadku najnowszego albumu, „Berdreyminn”, zdania mogą być jednak podzielone. Bo choć muzycy z Reykjaviku nie dokonali takiej stylistycznej wolty, jak na przykład Norwegowie z Ulver, to mimo wszystko obrany przez nich kierunek może wydać się najzagorzalszym fanom trochę niepokojący.

Sólstafir
‹Berdreyminn›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBerdreyminn
Wykonawca / KompozytorSólstafir
Data wydania26 maja 2017
Wydawca Season of Mist
NośnikCD
Czas trwania66:38
Gatunekrock
EAN822603141221
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieAðalbjörn Tryggvason, Svavar Austman, Sæþór Maríus Sæþórsson, Hallgrímur Jón Hallgrímsson
Utwory
CD1
1) Silfur-Refur06:55
2) Ísafold04:59
3) Hula07:08
4) Nárós07:23
5) Hvít Sæng07:23
6) Dýrafjörðud07:32
7) Ambátt08:09
8) Bláfjall08:01
9) Svart Blóð [bonus]04:50
10) Samband í Berlin [bonus]04:23
Ale czy na pewno? Przecież od momentu założenia grupy, co – przypomnijmy – miało miejsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku, Sólstafir konsekwentnie idzie własną drogą ku… nowemu. Początkowo ich muzyka oscylowała wokół klasycznego black i viking metalu, z czasem nabierała jednak coraz bardziej progresywnego charakteru, zmierzając w stronę post-rocka i post-metalu (zmiany te słyszalne są już wyraźnie na płycie „Köld”, a przypieczętował je ostatecznie album „Svartir Sandar” z 2011 roku). Z kolei na „Ótta” (2014) Islandczycy – ku zaskoczeniu wielu – nasycili swą muzykę elementami stoner metalu (spod znaku Kyuss czy Monster Magnet). Nic więc dziwnego, że gdy przed paroma miesiącami pojawiła się w sieci zapowiedź nowego krążka wyspiarzy, dotychczasowi wielbiciele kwartetu z Reykjaviku trochę nerwowo zadawali sobie pytanie: Czym zaskoczą nas teraz? Tym bardziej że przed dwoma laty grupa pożegnała się ze swoim dotychczasowym perkusistą, Guðmundurem Ólim Pálmason, który pozostawał w jej szeregach od pierwszych dni istnienia.
Odejście Pálmasona nie było więc zwykłą zamianą jednego bębniarza na drugiego; to była roszada systemowa, która – jak podejrzewano – musiała odbić się na stylistyce zespołu. Czy tak stało się w rzeczywistości? Owszem, chociaż nie jest to wcale zmiana rewolucyjna. Wszak zaproszony przez liderującego Sólstafir Aðalbjörna Tryggvasona do współpracy Hallgrímur Jón Hallgrímsson (zwany przez kolegów „Grimsi”) miał już swój udział w powstaniu „Svartir Sandar”, chociaż tam można usłyszeć go jedynie w chórkach. Teraz stał się pełnoprawnym członkiem grupy, który na dodatek odcisnął na jej muzyce silne piętno. Przede wszystkim gra on delikatniej od Guðmundura Ólego, bardziej refleksyjnie. Pytanie tylko, czy jest to jego naturalna forma ekspresji, czy też po prostu podporządkował się wytycznym „Addiego”. W swej podstawowej wersji „Berdreyminn” – opublikowane, podobnie jak dwa poprzednie krążki, przez francusko-amerykańską wytwórnię Season of Mist – zawiera osiem kompozycji; wydanie deluxe poszerzone jest o dwie kolejne.
Płytę otwiera jeden z najmocniejszych numerów w całym zestawie – „Silfur-Refur”. Choć początkowych kilkadziesiąt sekund wcale o tym nie świadczy. Dopiero gdy Trygvasson i Sæþór Maríus Sæþórsson sięgają po gitary, zespół wskakuje na właściwe tory. Psychodelia miesza się tu z post-metalem, a do tego dochodzi jeszcze pełen niepokoju, operujący na granicy krzyku śpiew „Addiego”. Swoją drogą jest w jego głosie coś absolutnie niezwykłego; chyba żaden inny wokalista metalowy nie potrafi tak przejmująco i romantycznie… wrzeszczeć. W drugim w kolejności „Ísafold” Islandczycy przywołują – wprawdzie na krótko – ducha albumu „Ótta”, delikatnie zahaczając o stoner; wzbogacają też brzmienie o klawisze, które wieńczą ten i jednocześnie wprowadzają do kolejnego utworu – „Hula”. To z kolei najbardziej klimatyczny fragment krążka, będący idealną ilustracją do okładki płyty. Zamknąwszy oczy, przenosimy się na zasnute mgłą mokradła, dając ponieść się niepokojącym dźwiękom gitar i fortepianu. Swoje robi też sepleniący w języku islandzkim Trygvasson.
W atmosferycznym (pod każdym względem) „Nárós” Sólstafir przypomina swoich kolegów po fachu z Anathemy i Katatonii. Klimat pozostaje niezwykły nawet wówczas, gdy gitarzyści sięgają po stonerowe zagrywki, nie zapominają bowiem o przyprawionej fortepianem akustycznym zapadającej w pamięć melodii. W tym samym kierunku Islandczycy podążają we wzbogaconych o smyczki „Hvít Sæng” i „Dýrafjörðud”, które – słuchane na wyrywki – mogłyby zlać się w jedno. Na szczęście im bliżej końca, tym bardziej metalowo robi się na „Berdreyminn”. Chociaż początek „Ambátt” zdaje się przekonywać o czymś dokładnie odwrotnym. Szczęśliwie w dalszej części „Addi” i jego kompani podkręcają tempo, pozwalając sobie przy tym na pożyczki rodem z dokonań Guns N’ Roses. Monumentalne zwieńczenie, dzięki przyprawiającym o ciarki na plecach kościelnym organom, zapewnia z kolei „Bláfjall”. Powraca tu stary, dobry, nieco zawadiacki Sólstafir. I trochę żal, że takich momentów nie ma na albumie więcej.
Parę słów należy poświęcić jeszcze utworom bonusowym, które nie bez powodu tak właśnie zostały potraktowane przez swoich twórców. Odbiegają bowiem znacznie od podstawowego materiału. „Svart Blóð” brzmi surowiej, bardziej garażowo, ale dzięki temu także czadowo; natomiast nastrojowy, pełen rozmachu „Samband í Berlin” mógłby pokusić się nawet o miano heavymetalowego przeboju. Przesada? No dobrze, niech będzie i tak. Ale potencjału na pewno mu nie brakuje. Pomijając jednak dwie ostatnie kompozycje jako nie do końca reprezentatywne, można odnieść wrażenie, że „Berdreyminn” portretuje zespół na artystycznym rozdrożu. Z jednej strony zespół nie chce już powielać dawnych patentów, z drugiej – nie zdecydował się jeszcze, jaka ma być jego przyszłość. W efekcie powstało typowe, stojące w rozkroku, dzieło okresu przejściowego. Czego stanie się zaczątkiem, dowiemy się prawdopodobnie dopiero w 2020 roku.
koniec
30 maja 2017
Skład:
Aðalbjörn Tryggvason – śpiew, gitara elektryczna, fortepian
Sæþór Maríus Sæþórsson – gitara elektryczna
Svavar Austman – gitara basowa
Hallgrímur Jón Hallgrímsson – perkusja, chórki
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Na wojennym szlaku
Sebastian Chosiński

12 XII 2017

Kolejne płyty prowadzonego przez saksofonistę Kena Vandermarka kwartetu Made to Break zazwyczaj ukazują się seriami. Czy to oznacza, że w ślad za opublikowanym w połowie listopada albumem „Trebuchet” należy spodziewać się kolejnych? Może nie od razu, ale w przyszłym roku zapewne już tak. Tym bardziej że po premierze płyty grupa tradycyjnie udała się w trasę koncertową.

więcej »

Przekorna apokalipsa
Sebastian Chosiński

5 XII 2017

Przyglądając się zielonogórskiej formacji kierowanej przez gitarzystę Marcina Łukasiewicza, widać zaskakującą konsekwencję w nomenklaturze. Nazwa zespołu: Morte Plays. Tytuł płyty: „Postapo”. Tytuły wybranych utworów: „Kwarantanna”, „Radiacja”, „Korozja”. Jakiej muzyki spodziewalibyście się, usłyszawszy podobną zapowiedź? Respons jest prosty: zupełnie innej.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Starcie tytanów
Sebastian Chosiński

9 XI 2017

Summit Quartet to kolejna międzynarodowa freejazzowa supergrupa, na czele której stoi amerykański saksofonista Ken Vandermark. Tym razem do współpracy udało mu się zaprosić dwóch „starych znajomych” – Matsa Gustafssona i Hamida Drake’a – oraz muzyka z zupełnie innej „beczki”, Luca Klaasena, eksbasistę holenderskiej punkowej formacji The Ex. Pierwszym wydawnictwem zespołu jest koncertowy album „Live in Sant’Anna Arresi”.

więcej »

Polecamy

Animacje z antypodów

Słuchaj i patrz:

Animacje z antypodów
— Beatrycze Nowicka

Muzyka zaangażowana
— Beatrycze Nowicka

Konotacje
— Beatrycze Nowicka

Z wiatrem
— Beatrycze Nowicka

Trochę humoru
— Beatrycze Nowicka

Niebieski kapturek
— Beatrycze Nowicka

Listopadowy wieczór
— Beatrycze Nowicka

Polska ilustrowana
— Beatrycze Nowicka

Epickie buty bogini
— Beatrycze Nowicka

Dyskretny urok ołówka
— Beatrycze Nowicka

Zobacz też

Z tego cyklu

Na wojennym szlaku
— Sebastian Chosiński

Starcie tytanów
— Sebastian Chosiński

Powściągliwość mniej mile widziana
— Sebastian Chosiński

Welocyped międzykontynentalny
— Sebastian Chosiński

Świadectwo dojrzałości
— Sebastian Chosiński

Dwa pokolenia, dwa muzyczne światy
— Sebastian Chosiński

„Niszowcy” w Wietrznym Mieście
— Sebastian Chosiński

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Piękno, nostalgia, przestrzeń… Islandia
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Historia w obrazkach: Bohater każdych czasów
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (2)
— Sebastian Chosiński

Gdzie diabeł nie może, tam Durango pośle…
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Skandal?… Wiele hałasu o nic!
— Sebastian Chosiński

Przekorna apokalipsa
— Sebastian Chosiński

Radzę ci dobrze: Nie wkurzaj Kurdy’ego!
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Zdążyć przed Amerykanami
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Free w granicach rozsądku
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Półwysep zbuntowany
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Różne oblicza Joachima Kühna
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.