Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 19 sierpnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Mokradła we mgle

Esensja.pl
Esensja.pl
Trzy lata. I ani roku krócej. Tyle w tej dekadzie każe czekać na swoje nowe produkcje islandzki kwartet Sólstafir. Jak do tej pory, za każdym razem czekanie to opłacało się. W przypadku najnowszego albumu, „Berdreyminn”, zdania mogą być jednak podzielone. Bo choć muzycy z Reykjaviku nie dokonali takiej stylistycznej wolty, jak na przykład Norwegowie z Ulver, to mimo wszystko obrany przez nich kierunek może wydać się najzagorzalszym fanom trochę niepokojący.

Sólstafir
‹Berdreyminn›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBerdreyminn
Wykonawca / KompozytorSólstafir
Data wydania26 maja 2017
Wydawca Season of Mist
NośnikCD
Czas trwania66:38
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieAðalbjörn Tryggvason, Svavar Austman, Sæþór Maríus Sæþórsson, Hallgrímur Jón Hallgrímsson
Utwory
CD1
1) Silfur-Refur06:55
2) Ísafold04:59
3) Hula07:08
4) Nárós07:23
5) Hvít Sæng07:23
6) Dýrafjörðud07:32
7) Ambátt08:09
8) Bláfjall08:01
9) Svart Blóð [bonus]04:50
10) Samband í Berlin [bonus]04:23
Ale czy na pewno? Przecież od momentu założenia grupy, co – przypomnijmy – miało miejsce w połowie lat 90. ubiegłego wieku, Sólstafir konsekwentnie idzie własną drogą ku… nowemu. Początkowo ich muzyka oscylowała wokół klasycznego black i viking metalu, z czasem nabierała jednak coraz bardziej progresywnego charakteru, zmierzając w stronę post-rocka i post-metalu (zmiany te słyszalne są już wyraźnie na płycie „Köld”, a przypieczętował je ostatecznie album „Svartir Sandar” z 2011 roku). Z kolei na „Ótta” (2014) Islandczycy – ku zaskoczeniu wielu – nasycili swą muzykę elementami stoner metalu (spod znaku Kyuss czy Monster Magnet). Nic więc dziwnego, że gdy przed paroma miesiącami pojawiła się w sieci zapowiedź nowego krążka wyspiarzy, dotychczasowi wielbiciele kwartetu z Reykjaviku trochę nerwowo zadawali sobie pytanie: Czym zaskoczą nas teraz? Tym bardziej że przed dwoma laty grupa pożegnała się ze swoim dotychczasowym perkusistą, Guðmundurem Ólim Pálmason, który pozostawał w jej szeregach od pierwszych dni istnienia.
Odejście Pálmasona nie było więc zwykłą zamianą jednego bębniarza na drugiego; to była roszada systemowa, która – jak podejrzewano – musiała odbić się na stylistyce zespołu. Czy tak stało się w rzeczywistości? Owszem, chociaż nie jest to wcale zmiana rewolucyjna. Wszak zaproszony przez liderującego Sólstafir Aðalbjörna Tryggvasona do współpracy Hallgrímur Jón Hallgrímsson (zwany przez kolegów „Grimsi”) miał już swój udział w powstaniu „Svartir Sandar”, chociaż tam można usłyszeć go jedynie w chórkach. Teraz stał się pełnoprawnym członkiem grupy, który na dodatek odcisnął na jej muzyce silne piętno. Przede wszystkim gra on delikatniej od Guðmundura Ólego, bardziej refleksyjnie. Pytanie tylko, czy jest to jego naturalna forma ekspresji, czy też po prostu podporządkował się wytycznym „Addiego”. W swej podstawowej wersji „Berdreyminn” – opublikowane, podobnie jak dwa poprzednie krążki, przez francusko-amerykańską wytwórnię Season of Mist – zawiera osiem kompozycji; wydanie deluxe poszerzone jest o dwie kolejne.
Płytę otwiera jeden z najmocniejszych numerów w całym zestawie – „Silfur-Refur”. Choć początkowych kilkadziesiąt sekund wcale o tym nie świadczy. Dopiero gdy Trygvasson i Sæþór Maríus Sæþórsson sięgają po gitary, zespół wskakuje na właściwe tory. Psychodelia miesza się tu z post-metalem, a do tego dochodzi jeszcze pełen niepokoju, operujący na granicy krzyku śpiew „Addiego”. Swoją drogą jest w jego głosie coś absolutnie niezwykłego; chyba żaden inny wokalista metalowy nie potrafi tak przejmująco i romantycznie… wrzeszczeć. W drugim w kolejności „Ísafold” Islandczycy przywołują – wprawdzie na krótko – ducha albumu „Ótta”, delikatnie zahaczając o stoner; wzbogacają też brzmienie o klawisze, które wieńczą ten i jednocześnie wprowadzają do kolejnego utworu – „Hula”. To z kolei najbardziej klimatyczny fragment krążka, będący idealną ilustracją do okładki płyty. Zamknąwszy oczy, przenosimy się na zasnute mgłą mokradła, dając ponieść się niepokojącym dźwiękom gitar i fortepianu. Swoje robi też sepleniący w języku islandzkim Trygvasson.
W atmosferycznym (pod każdym względem) „Nárós” Sólstafir przypomina swoich kolegów po fachu z Anathemy i Katatonii. Klimat pozostaje niezwykły nawet wówczas, gdy gitarzyści sięgają po stonerowe zagrywki, nie zapominają bowiem o przyprawionej fortepianem akustycznym zapadającej w pamięć melodii. W tym samym kierunku Islandczycy podążają we wzbogaconych o smyczki „Hvít Sæng” i „Dýrafjörðud”, które – słuchane na wyrywki – mogłyby zlać się w jedno. Na szczęście im bliżej końca, tym bardziej metalowo robi się na „Berdreyminn”. Chociaż początek „Ambátt” zdaje się przekonywać o czymś dokładnie odwrotnym. Szczęśliwie w dalszej części „Addi” i jego kompani podkręcają tempo, pozwalając sobie przy tym na pożyczki rodem z dokonań Guns N’ Roses. Monumentalne zwieńczenie, dzięki przyprawiającym o ciarki na plecach kościelnym organom, zapewnia z kolei „Bláfjall”. Powraca tu stary, dobry, nieco zawadiacki Sólstafir. I trochę żal, że takich momentów nie ma na albumie więcej.
Parę słów należy poświęcić jeszcze utworom bonusowym, które nie bez powodu tak właśnie zostały potraktowane przez swoich twórców. Odbiegają bowiem znacznie od podstawowego materiału. „Svart Blóð” brzmi surowiej, bardziej garażowo, ale dzięki temu także czadowo; natomiast nastrojowy, pełen rozmachu „Samband í Berlin” mógłby pokusić się nawet o miano heavymetalowego przeboju. Przesada? No dobrze, niech będzie i tak. Ale potencjału na pewno mu nie brakuje. Pomijając jednak dwie ostatnie kompozycje jako nie do końca reprezentatywne, można odnieść wrażenie, że „Berdreyminn” portretuje zespół na artystycznym rozdrożu. Z jednej strony zespół nie chce już powielać dawnych patentów, z drugiej – nie zdecydował się jeszcze, jaka ma być jego przyszłość. W efekcie powstało typowe, stojące w rozkroku, dzieło okresu przejściowego. Czego stanie się zaczątkiem, dowiemy się prawdopodobnie dopiero w 2020 roku.
koniec
30 maja 2017
Skład:
Aðalbjörn Tryggvason – śpiew, gitara elektryczna, fortepian
Sæþór Maríus Sæþórsson – gitara elektryczna
Svavar Austman – gitara basowa
Hallgrímur Jón Hallgrímsson – perkusja, chórki
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: „Wszystko płynie” w wersji szkockiej
Sebastian Chosiński

17 VIII 2017

Jeżeli zespół nazywa się Hair of the Dog i gra muzykę nawiązującą do klasycznego hard rocka z połowy lat 70. ubiegłego wieku, to z jakiego kraju może pochodzić? Z dużym prawdopodobieństwem – ze Szkocji. Dlaczego? Bo przecież jego nazwa to tytuł najbardziej znanej płyty grupy Nazareth – legendy szkockiego metalu. Formacja prowadzona przez braci Holtów wydała właśnie trzeci album – „This World Turns”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
Sebastian Chosiński

15 VIII 2017

To nie jest nowy materiał. Po raz pierwszy pojawił się na rynku przed ośmioma laty. Nie tak dawno jednak firma Universal wykupiła prawa do publikacji „kolorowej serii” wytwórni e-silesia.info, w efekcie czego „niebieska płyta” SBB, zawierająca koncert z festiwalu opolskiego z czerwca 1974 roku, stała się ponownie dostępna.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Uczta niezbyt wyborna
Sebastian Chosiński

10 VIII 2017

Zespół Simulacrum powstał – w założeniu – jak trio. Od czasu do czasu jednak organista John Medeski, gitarzysta Matt Hollenberg oraz perkusista Kenny Grohowski zapraszają do składu czwartego muzyka. Przy okazji nagrania inspirowanego twórczością Hieronima Boscha albumu „The Garden of Earthly Delights” padło na gitarzystę basowego Trevora Dunna. Nie zapominajmy jednak, kto od samego początku stoi za całym projektem – John Zorn!

więcej »

Polecamy

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej

Tu miejsce na labirynt…:

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Piękno, nostalgia, przestrzeń… Islandia
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Non omnis moriar: Wszystko ma swój kres
— Sebastian Chosiński

Historia w obrazkach: Nie każdy koneser jest godny zaufania
— Sebastian Chosiński

A imię jego to Czerwony…
— Sebastian Chosiński

Na troje babka wróżyła
— Sebastian Chosiński

Od „wow!”, poprzez „brrr!”, aż do „uff!”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Romantyczne tête-à-tête i wargi, które mogą cię zdradzić
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Portret żałobny rosyjskiego inteligenta
— Sebastian Chosiński

Wejść, dopaść, przeżyć!
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Koncertowe przygody Grupy Niemen
— Sebastian Chosiński

Kobieta wśród węży
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.