Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

In the End

Esensja.pl
Esensja.pl
O Linkin Park mówi się, że to boysband, komercja, pop i muzyka dla gimbazy, by mogła potem z dumą twierdzić, że słucha metalu. Ostatni album grupy „One More Light” te wszystkie zarzuty… potwierdza.

Linkin Park
‹One More Light›

EKSTRAKT:10%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułOne More Light
Wykonawca / KompozytorLinkin Park
Data wydania19 maja 2017
Wydawca Warner
NośnikCD
Czas trwania35:19
Gatunekpop
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Nobody Can Save Me 3:45
2) Good Goodbye 3:31
3) Talking to Myself 3:51
4) Battle Symphony 3:36
5) Invisible 3:34
6) Heavy 2:49
7) Sorry for Now 3:23
8) Halfway Right 3:37
9) One More Light 4:15
10) Sharp Edges 2:58
Fani Linkin Park nigdy nie mieli łatwo. Przez lata nasłuchali się, jacy to ich idole są beznadziejni, ale przynajmniej posiadali mocne kontrargumenty, którymi mogli wesprzeć obronę – dobre lub bardzo dobre albumy. Choć nie wszystkie w dyskografii grupy są udane, to jednak niezaprzeczalnie „Hybrid Theory” i „Meteora” wprowadziły nową jakość do muzyki i wciąż robią wrażenie. Zaskakująco dobrym krążkiem okazał się również „A Thousand Suns”, na którym grupa postanowiła na nowo zdefiniować swój styl. Po latach poszukiwań w 2014 roku zrobiła zwrot w stronę korzeni i nagrała świetny „The Hunting Party”, który okazał się być ich najbardziej agresywnym dokonaniem w karierze.
Nic nie zwiastowało katastrofy. A imię jej „One More Light”. Z niewyjaśnionych bliżej powodów (poza komercyjnymi) Linkini zaprosili do współpracy ludzi odpowiedzialnych za sukcesy Katy Perry, Seleny Gomez, Miley Cyrus, One Direction czy… Justina Biebera i całkiem poddali się ich woli, wyrzekając się jakichkolwiek rockowych inklinacji. Nieliczni obrońcy tego krążka mówią co prawda o tym, że jest to eksperyment, że zespół nie chce wydawać takich samych albumów i wciąż poszerza horyzonty. Tak, to prawda, Amerykanie nigdy nie byli monolitem na miarę AC/DC i nie trzymali się kurczowo wypracowanego stylu. Jednak jak udowodnili płytą „A Thousand Suns” można zrobić coś nowego i nie wyrzec się siebie. Tymczasem „One More Light” zawodzi nawet w kategorii muzyki pop. Wypełniają go bowiem kiepskie, wymuszone kompozycje, czego nie udało się zamaskować toną elektronicznych ozdobników, obowiązkowo z podkreśleniem obecnie panujących trendów.
Już otwierający całość „Nobody Can Save Me” zwiastuje, że będzie źle. Zapewne nie tylko ja po naciśnięciu „play” w odtwarzaczu zacząłem zastanawiać się, czy ktoś w sklepie nie podmienił płyt CD. Zamiast gitar, czy chociażby wyraziście zaakcentowanej elektroniki, otrzymujemy beat przyjazny radiu, natomiast zamiast mocnego głosu Chestera Benningtona słyszymy delikatny śpiew, obficie podrasowany vocoderem. Tak po prawdzie jedynym momentem, kiedy natkniemy się na jakiekolwiek związki z Linkin Park, jest utwór numer dwa „Good Goodbye”, dzięki charakterystycznej nawijce Mike’a Shinody. Co ciekawe, wypada on lepiej niż zaproszeni goście – Pusha T i Stormzy.
Niestety dalej następuje coraz większe pogrążanie się w odmętach kiczu, lukru i nijakości. „Talking to Myself” brzmi niczym skrzyżowanie 30 Seconds to Mars z Twenty One Pilots, ale raczej jak odrzut z sesji niż pełnoprawny produkt. Napisane z myślą o singlowych hitach „Battle Symphony” i „Invisible” mają charakter radiowej, przyjemnej melodii, która może lecieć w tle w czasie wykonywania Jakiejś Ważnej Czynności Na Której Trzeba Się Skupić. „Sorry for Now” udowadnia za to, że Linkini nigdy nie byli boysbandem, a to dlatego, że w tej konwencji sprawiają wrażenie, jakby potwornie się męczyli i tak już zostanie do końca z kulminacją w postaci utworu tytułowego. Tak wlokącego się i nudnego kawałka ten zespół jeszcze chyba nigdy nie nagrał. Natomiast szczytem autoparodii okazuje się wieńczący ten płytowy koszmarek „Sharp Edges”, skrojony pod wakacyjny przebój. Takie w każdym razie można odnieść wrażenie po skocznym rytmie, radosnym „uuuu” i klaskaniu.
Smutne, że najbardziej udanym momentem płyty (choć nie mówimy tu oczywiście o jakiejś rewelacji) jest kawałek „Heavy” i to też ze względu na gościnny udział niejakiej Kiiary. Przez moment można zapomnieć, że słuchamy Linkin Park, co zdecydowanie ułatwia odbiór.
Rozumiem, że można eksperymentować, szukać nowych inspiracji, ale to co LP zrobili na „One More Light” jest po prostu słabe. By nagrać dobry popowy numer nie wystarczy zaprosić do współpracy speców z branży, trzeba to jeszcze czuć. Poza tym mam wrażenie, że ci wszyscy twórcy hitów trochę oszukali swoich pracodawców i przynieśli pomysły, których nie chciał nawet Justin Bieber. W ten sposób otrzymaliśmy najgorszą płytę roku.
koniec
8 czerwca 2017
dodajdo

Komentarze

09 VI 2017   21:27:01

"Przez lata nasłuchali się, jacy to ich idole są beznadziejni, ale przynajmniej posiadali mocne kontrargumenty, którymi mogli wesprzeć obronę – dobre lub bardzo dobre albumy." Taaa... Chyba w alternatywnej rzeczywistości.

11 VI 2017   10:33:23

W alternatywnej rzeczywistości, gdzie LP, Limp Bizkit, Korn i reszta wciskanego na siłę pod koniec lat 90tych i początku nowego tysiąclecia mariażu kiepskiego, przyjaznego radiu rocka z jeszcze bardziej kiepskimi rapsami wydawała się dobrym pomysłem ;)

11 VI 2017   20:04:55

Ja to jednak nie rozumiem tej niechęci do nu metalu. Nie jestem jakimś ortodoksyjnym fanem stylu, ale przecież w/w zespoły mają albumy, które nie brzmią jak przychylne stacjom radiowym popłuczyny: Korn "Follow the Leader", Limp Bizkit "Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavored Water", a Linkin Park "Meteora".

12 VI 2017   20:21:00

Jak dla mnie - tu nie chodzi o to, czy ich muzyka jest bardziej komercyjna i przychylna radiu czy nie. Chodzi o to że jest zła. I to bez względu na to, czy właśnie "wracają do korzeni" czy grają bardziej popowo czy wymyślą coś tam jeszcze innego. Po prostu, jedyne co nu-metal z siebie wydał to cała masa shitu.

13 VI 2017   11:47:40

No właśnie, a udane połączenie metalu/rocka z rapem to się chyba tylko w przypadku Body Count udało, ew. Stuck Mojo lub RATM.

Oprócz tego problem z tzw. nu metalem był taki, że tak naprawdę trudno było go zdefiniować jako gatunek, a do tego worka, w okresie o którym wspominałem wyżej wrzucano wszystko co nie było którąś z odmian klasycznego bądź ekstremalnego metalu, krzywdząc tą łatka wiele świetnych zespołów jak np. Deftones, które z nu metalem miało tyle wspólnego co Alice in Chains z grungem ;)

17 VI 2017   22:44:00

"No właśnie, a udane połączenie metalu/rocka z rapem to się chyba tylko w przypadku Body Count udało, ew. Stuck Mojo lub RATM"

Hmmm... czy ktoś słyszał kiedyś o Red Hot Chili Peppers, Faith No More, Beastie Boys...albo grupie Kazik na Żywo? a mógłbym wymienić jeszcze parę innych A może to są po prostu tak niszowe kapele, że nikt z czytelników tego artykułu o nich nie słyszał?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Pożegnanie z legendą
Sebastian Chosiński

25 VII 2017

Naklejka na okładce najnowszej płyty zespołu Träd, Gräs och Stenar informuje, że to ostatni album, na którym można usłyszeć członków jego oryginalnego składu. Nie bez powodu, dwaj ostatni, którzy zakładali formację w drugiej połowie lat 60. XX wieku, zmarli bowiem w 2010 i 2012 roku. Stąd też oczywisty wniosek, że wydany przed dwoma miesiącami „Tack för kaffet” wypełniać musi muzyka sprzed co najmniej pięciu lat.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kandydaci do PEN-Clubu
Sebastian Chosiński

20 VII 2017

Trzech cenionych brytyjskich jazzmanów! Którzy znają się doskonale od lat, bo grywali już ze sobą w różnych konstelacjach. Od czasu do czasu wciąż jednoczą siły i ruszają w trasę. Szkoda tylko, że później tak rzadko dokumentują swoje wspólne występy płytami. Tym wartościowszym wydawnictwem jest „PEN” sygnowany przez saksofonistę Evana Parkera, kontrabasistę Johna Edwardsa i perkusistę Steve’a Noble’a.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…
Sebastian Chosiński

18 VII 2017

To nie jest najnowsza płyta. Od jej wydania minął ponad rok. A jednak warto się nad nią pochylić. Z dwóch powodów. Raz, że Burning Ghosts to nowy projekt amerykańskiego trębacza Daniela Rosenbooma, o którym w „Esensji” już pisaliśmy. Dwa, że właśnie światło dzienne ujrzał właśnie drugi album kwartetu („Reclamation”) i jakoś tak głupio pisać o nim, nie rozprawiwszy się wcześniej z debiutem („Burning Ghosts”).

więcej »

Polecamy

Pożegnanie z legendą

Tu miejsce na labirynt…:

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Drepcząc po własnych śladach
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Dwa światy w Chorzowie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Czarna Wdowa na ostro
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wielowymiarowa posągowa Amazonka
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bez przebaczenia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

To się nie może tak skończyć
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wyrzut sumienia pędzącego miasta
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nie ma kresu zbrodni
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Uciec przed nocą
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Proces „Procesu Jean Grey”
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W domu przy przygaszonym świetle
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drogi e-mailowy bocie z Amazonu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.