Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…

Esensja.pl
Esensja.pl
Jakiś czas temu robiliśmy w „Esensji” przegląd skandynawskich nowości (free)jazzowych opublikowanych przez lizbońską wytwórnię Clean Feed. Minęło kilka miesięcy i okazało się, że do tematu trzeba powrócić. W ostatnich tygodniach ukazało się bowiem kilka kolejnych płyt, które zasługują na szczególną uwagę. Na pierwszy ogień idzie debiutancki album norweskiego kwartetu Rune Your Day. Nie znacie? Tak Wam się tylko wydaje.

Rune Your Day

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRune Your Day
Wykonawca / KompozytorRune Your Day
Data wydania30 maja 2017
Wydawca Clean Feed
NośnikCD
Czas trwania40:28
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieAndré Roligheten, Jørgen Mathisen, Rune Nergaard, Axel Skalstad
Utwory
CD1
1) Living in the Pink Bubble of Hubba Bubba01:44
2) I’ll Dance When Everybody Leaves05:46
3) Exit08:02
4) A Glimpse of Hope [In the Eyes of a Squirrel]06:13
5) Crazy ’Bout Oatmeal06:06
6) Go Ahead Punk!08:33
7) 050004:04
To prawda: nazwy Rune Your Day mają prawo nie kojarzyć nawet najbardziej zagorzali wielbiciele skandynawskiego free jazzu. Wszak swój debiutancki album zespół ten wydał zaledwie miesiąc temu. Ale z tworzącymi go muzykami rzecz ma się zupełnie inaczej. Każdy z nich obecny jest na scenie jazzowej i jazzrockowej od ponad dekady. Każdy ma na koncie przynajmniej kilkanaście płyt sygnowanych różnymi nazwami. Każdy zdążył już udowodnić, że jest artystą nieprzeciętnym. „Każdy”… czyli konkretnie kto? Liderem grupy i autorem – przynajmniej ogólnych założeń (pamiętajmy bowiem, że mamy do czynienia w dużej mierze z jazzem improwizowanym) – wszystkich kompozycji jest kontrabasista Rune Nergaard, na co dzień udzielający się w Bushman’s Revenge. Do współpracy zaprosił on dwóch saksofonistów: Andrégo Rolighetena (Gard Nilssen’s Acoustic Unity, Friends & Neighbors, Damana) oraz – grającego dodatkowo na klarnecie – Jørgena Mathisena (Damana, Momentum, Krokofant). Skład uzupełnił jeszcze perkusista Axel Skalstad, którego prawdopodobnie polecił Nergaardowi Jørgen, z którym Axel gra w triu Krokofant.
Sesja nagraniowa, której efektem stała się płyta zatytułowana po prostu „Rune Your Day”, miała miejsce w końcu czerwca ubiegłego roku w Skarbretterboligen w Oslo. Album wydała natomiast, chętnie sięgająca po wykonawców z północy Europy, lizbońska wytwórnia Clean Feed. I ten fakt można już uznać za obiektywny miernik jakości; Portugalczycy nie podpisują bowiem kontraktów z artystami, którzy nie prezentują odpowiednio wysokiego poziomu. Ale przecież z drugiej strony: komukolwiek panowie z Rune Your Day sprzedaliby ten materiał, byłby on tak samo dobry. Bo płyta jest doskonała! To czterdzieści minut najprzedniejszego improwizowanego jazzu, w którym nie brakuje też jednak eskapad na poletka rockowe, a nawet punkowe. Co świadczy o tym, że André, Jørgen, Rune i Axel dalecy są od zasklepiania się jedynie w swoim światku. Choć i ten światek trudno byłoby uznać za ograniczony.
Otwierająca album niespełna dwuminutowa kompozycja „Living in the Pink Bubble of Hubba Bubba” ma dwa oblicza: po ostrym wstępie dęciaków następuje znacznie delikatniejsza partia sekcji rytmicznej, po której ponownie ster przejmują saksofoniści. Taka też – w dużej mierze – jest cała płyta: na przemian energetyczna i stonowana. Chociaż – gwoli ścisłości – należy uprzedzić, że przeważają mimo wszystko utwory dynamiczne, w których muzycy rzadko okazują litość słuchaczom. Jak na przykład w drugim w kolejności „I’ll Dance When Everybody Leaves” (swoją drogą świetny tytuł). Zaczyna się on od motorycznego pochodu kontrabasu i perkusji, do którego podłącza się saksofon tenorowy – z czasem wszystkie instrumenty zaczynają coraz mocniej zazębiać się, co w finale skutkuje potężnym wyładowaniem. To free najczystszej wody, przełamujące wszystkie granice i schematy, przewalające się po słuchaczu jak walec po asfalcie. Gdyby utwór ten trwał dłużej, mógłby doprowadzić do trwałych zmian w mózgu.
Na jego tle „Exit” prezentuje się bardzo dostojnie i klasycznie. Owszem, tutaj również mamy do czynienia z freejazzowymi partiami saksofonów, ale tym razem są to dystyngowane improwizacje w stylu Ornette’a Colemana czy Johna Coltrane’a. Na dodatek dęciaki często ze sobą „dialogują”, co samo w sobie wymusza operowanie ograniczonym zasobem dźwięków i barw. Jeśli więc ktoś po wysłuchaniu „I’ll Dance When Everybody Leaves” był bliski rozstroju nerwowego, teraz miał osiem minut na to, aby wrócić do równowagi psychicznej. Pomóc w tym może też „A Glimpse of Hope (In the Eyes of a Squirrel)”, w którym Mathisen po raz pierwszy sięga po klarnet. To instrument z reguły (co nie znaczy, że zawsze) wprowadzający delikatniejsze brzmienia. Tak jest właśnie tym razem. I chociaż saksofon Rolighetena stara się w paru momentach „przełamać” ten nastrój, klarnet Jørgena stoi na straży subtelności. Nie inaczej dzieje się w „Crazy ’Bout Oatmeal”, kolejnym utworze oddającym hołd epoce lat 60. XX wieku. Z tą różnicą, że tutaj muzycy sekcji dętej zamieniają się rolami – to klarnecista (czyli Mathisen) odpowiada za pobijanie temperatury, z kolei saksofonista (to jest André) kładzie chłodny okład na rozgrzane czoło.
Wszystko to jednak przestaje mieć znaczenie, kiedy z głośników rozbrzmiewa utwór numer sześć – „Go Ahead Punk!”. Jego tytuł absolutnie nie jest przypadkowy. Takiej mocy, z jaką grają tutaj panowie – i to cała czwórka! – z Rune Your Day, mogłyby im pozazdrościć takie zespoły, jak Exploited czy Discharge. Saksofony dosłownie miażdżą uszy, a sekcja rytmiczna przyprawia o palpitację serca. Ostatnie trzy minuty to prawdziwie szaleńcza, soniczna orgia. Wcale jednak nie bezmyślna. Bo choć trudno byłoby doszukać się wśród tych dźwięków melodii, Mathisen i Roligheten są mimo wszystko jak dwie cząstki tego samego atomu – krążą wokół siebie, ich drogi niekiedy się przecinają, to znów odpychają boleśnie, lecz ani na moment nie tracą się z oczu. Po takiej dawce energii finał albumu musi – innego wyjścia nie ma – ukoić skołatane nerwy. I takie też zadanie postawiono przed utworem „0500”, znaczonym pastelowymi partiami saksofonu i klarnetu. Dotarłszy do ostatniej nuty, świat ponownie zaczyna wydawać się piękniejszy, przyjaźniejszy, mniej szalony. Ale ile w tym prawdy? Czy bardziej realne nie jest to, co spotyka nas, gdy słuchamy „Go Ahead Punk!”…
koniec
27 czerwca 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Pożegnanie z legendą
Sebastian Chosiński

25 VII 2017

Naklejka na okładce najnowszej płyty zespołu Träd, Gräs och Stenar informuje, że to ostatni album, na którym można usłyszeć członków jego oryginalnego składu. Nie bez powodu, dwaj ostatni, którzy zakładali formację w drugiej połowie lat 60. XX wieku, zmarli bowiem w 2010 i 2012 roku. Stąd też oczywisty wniosek, że wydany przed dwoma miesiącami „Tack för kaffet” wypełniać musi muzyka sprzed co najmniej pięciu lat.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Kandydaci do PEN-Clubu
Sebastian Chosiński

20 VII 2017

Trzech cenionych brytyjskich jazzmanów! Którzy znają się doskonale od lat, bo grywali już ze sobą w różnych konstelacjach. Od czasu do czasu wciąż jednoczą siły i ruszają w trasę. Szkoda tylko, że później tak rzadko dokumentują swoje wspólne występy płytami. Tym wartościowszym wydawnictwem jest „PEN” sygnowany przez saksofonistę Evana Parkera, kontrabasistę Johna Edwardsa i perkusistę Steve’a Noble’a.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…
Sebastian Chosiński

18 VII 2017

To nie jest najnowsza płyta. Od jej wydania minął ponad rok. A jednak warto się nad nią pochylić. Z dwóch powodów. Raz, że Burning Ghosts to nowy projekt amerykańskiego trębacza Daniela Rosenbooma, o którym w „Esensji” już pisaliśmy. Dwa, że właśnie światło dzienne ujrzał właśnie drugi album kwartetu („Reclamation”) i jakoś tak głupio pisać o nim, nie rozprawiwszy się wcześniej z debiutem („Burning Ghosts”).

więcej »

Polecamy

Pożegnanie z legendą

Tu miejsce na labirynt…:

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Na łeb, na szyję
— Sebastian Chosiński

W strugach deszczu
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Aurora – dwie śpiące królewny
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Lipiec 2017 (2)
— Sebastian Chosiński, Jarosław Loretz

Non omnis moriar: Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
— Sebastian Chosiński

Prostaczek na miarę swoich czasów
— Sebastian Chosiński

Bo zło powinno zostać ukarane…
— Sebastian Chosiński

Jazz w cieniu Holokaustu
— Sebastian Chosiński

Zrodziło go Piekło
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.