Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 lipca 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: Z głowami w gwiazdach…

Esensja.pl
Esensja.pl
Znani z eksperymentalno-jazzrockowego duetu Humcrush Ståle Storløkken i Thomas Strønen doszli pewnego dnia do wniosku, że mogliby przecież rozszerzyć skład. Dokooptowali dwóch nowych, ale doskonale sobie znanych muzyków – Kjetila Møstera oraz Hansa Magnusa Ryana – i tym sposobem stworzyli podwaliny Reflections in Cosmo, którego debiutancka płyta kongenialnie łączy rockową zadziorność z freejazzową swobodą.

Reflections in Cosmo

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułReflections in Cosmo
Wykonawca / KompozytorReflections in Cosmo
Data wydania20 stycznia 2017
Wydawca RareNoise Records
NośnikCD
Czas trwania40:30
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieKjetil Møster, Hans Magnus Ryan, Ståle Storløkken, Thomas Strønen
Utwory
CD1
1) Cosmosis04:14
2) Ironhorse07:15
3) Cosmic Hymn04:59
4) Balklava04:12
5) Perpetuum Immobile07:03
6) Fuzzstew06:11
7) Reflections in Cosmo06:36
eśli za korzenie formacji Reflections in Cosmo uznać działalność duetu Humcrush (a tak właściwie jest), można stwierdzić, że droga do jej zaistnienia była wyjątkowo długa, chociaż niekoniecznie kręta. Pytanie tylko, kiedy klawiszowiec Ståle Storløkken – znany ze współpracy z Elephant9 („Atlantis”, „Silver Mountain”) i Motorpsycho („Here Be Monsters”) – oraz perkusista Thomas Strønen (Trinity, Food, Needlepoint) wpadli na pomysł, aby rozszerzyć skład i na bazie tego, co proponowali już wcześniej, powołać do życia nowy zespół. Prawdopodobnie miało to miejsce po zakończeniu sesji do wydanej w maju tego roku płyty „Enter Humcrush”. Szukając odpowiednich kandydatów, muzycy z Trondheim nie zastanawiali się zbyt długo. Zresztą nie musieli, ponieważ idealnych pretendentów mieli praktycznie pod ręką. Ba! było im już dane z nimi w różnych konfiguracjach kooperować.
Po kogo sięgnęli? Po gitarzystę Hansa Magnusa Ryana oraz saksofonistę Kjetila Møstera. Ten pierwszy jest etatowym członkiem Motorpsycho od samego początku istnienia tej grupy (czyli od prawie trzydziestu lat); drugi natomiast lideruje jazzrockowej (z naciskiem na jazz) formacji Møster! („Edvard Lygre Møster”, „Inner Earth”, „When You Cut Into the Present”). Z obydwiema miał do czynienia Storløkken. Ale to jeszcze nie koniec łączących ich więzów. Drogi Stålego i Hansa Magnusa przecięły się również w zespole Bol („Numb, Number”, 2012; „So? Now?”, 2015). Z kolei Thomas Strønen i Kjetil tworzyli niegdyś projekt o nazwie Trinity („Sparkling”, 2004; „Breaking the Mold”, 2009). Nie ma więc najmniejszej przesady w stwierdzeniu, że panowie znają się jak „łyse konie”; ich współpraca pod szyldem Reflections in Cosmo jest więc czymś najzupełniej naturalnym.
Biorąc pod uwagę dokonania każdego z muzyków, można uznać ów nowy twór za klasyczną supergrupę (choć w bardzo niszowej dziedzinie). A jeśli mamy z takową do czynienia, oczekiwania wobec niej rosną; poprzeczka zostaje zawieszona zdecydowanie wyżej niż w przypadku prawdziwych debiutantów. Møster, Ryan, Storløkken i Strønen nie musieli jednak wcale tym się martwić – są specjalistami tak wysokiej klasy, że nie pozwoliliby sobie na upublicznienie nagrań, jeśli tylko istniałby cień podejrzenia, iż ktoś mógłby określić je mianem „popłuczyn” po działalności ich macierzystych projektów. Na miejsce swych artystycznych spotkań, które odbywały się w ubiegłym roku, kwartet obrał studio Øra w Trondheim, a gotowy już materiał zdecydował się oddać w ręce szefów londyńskiej wytwórni RareNoise Records, która nadzwyczaj chętnie włącza do swego katalogu wykonawców podobnych do nich (vide „Plymouth, Merzbow i Mats Gustafsson czy Slobber Pup).
Na płytę zatytułowaną po prostu „Reflections in Cosmo” trafiło siedem kompozycji. Wydano ją w dwóch formatach: na CD i winylu – z dokładnie tym samym materiałem. Co oznacza tyle, że czas trwania musiał ograniczyć się do mniej więcej czterdziestu minut. I tak właśnie jest. Na pierwszy ogień Norwegowie wybrali „tematyczny” (biorąc pod uwagę tytuł całości) utwór „Cosmosis”. To prawdziwe jazzrockowe uderzenie! I zarazem idealny przykład tego, jak wartościowa muzyka może powstać na skrzyżowaniu rocka, noise’u, psychodelii i nade wszystko free jazzu – to są bowiem główne źródła inspiracji kwartetu z Trondheim i Oslo. Zespół z jednej strony buduje potężną ścianę dźwięku, która momentami przypomina to, co znalazło się na wspólnym albumie dwóch czechosłowackich legend – Jazz Q Praha oraz Modrego Efektu („Coniunctio”, 1970), z drugiej natomiast – jeśli tylko chce, potrafi hipnotyzować intrygującymi solówkami (vide zadziorna gitara Ryana i mroczny saksofon Møstera).
Dodajcie do tego jeszcze czysto rockową ekspresję, słyszalną zwłaszcza w pracy sekcji rytmicznej (której integralnym elementem jest grający również na gitarze rytmicznej Hans Magnus), i swobodę wpisaną w kod genetyczny improwizowanego jazzu, a będziecie mieć pełen ogląd sytuacji. Nie mniej energii grupa dostarcza słuchaczom w drugim w kolejności „Ironhorse”, mimo że introdukcja wcale na to nie wskazuje. Z czasem jednak, choć powoli, zespół rozkręca się, dbając przy tym jednocześnie i o selektywność brzmienia, i o aranżacyjne bogactwo. Ilość smaczków pojawiających się w tle może przyprawić o zawrót głowy, choć najbardziej wybornym kąskiem okazuje się dialog fortepianu elektrycznego z saksofonem. Dziwić może trochę fakt zepchnięcia na dalszy plan Ryana, ale i on – w roli solisty – dostaje swoje „pięć minut” w końcówce. „Cosmic Hymn” to z kolei popis Strønena. Bębniarz nadaje ton temu utworowi od pierwszej do ostatniej sekundy, budując fundament oparty na zapętlonym, trudnym do okiełznania, motywie perkusji. Dzięki temu z jednej strony daje dużą swobodę pozostałym instrumentalistom (z czego oni, zwłaszcza Hans Magnus i Ståle, skwapliwie korzystają), z drugiej jednak – trzyma całość w ryzach.
W nieco innym nastroju utrzymana jest „Balklava” – więcej tu klasycznego jazzu z domieszką elektroniki charakterystycznej dla zespołu, z którego narodziło się Reflections in Cosmo, czyli Humcrush. Można odnieść wrażenie, że tą kompozycją Norwegowie postanowili wprowadzić trochę spokoju, pozwolić na wzięcie oddechu. A jest to o tyle konieczne, że chwilę później pojawia się „Perpetuum Immobile” – kolejny z utworów, które są w stanie zburzyć spokój sumienia i wstrząsnąć podstawami świata. Na plan pierwszy wybijają się tutaj organy Storløkkena (stylizowane na Hammondy) oraz gitara elektryczna Ryana, przez które z trudem przebija się saksofon Møstera. Osiągnąwszy apogeum ekspresji, Skandynawowie powoli – inaczej zresztą już by się nie dało – łagodzą przekaz, aż do całkowitego wyciszenia. Spokój nie trwa jednak długo, albowiem „Fuzzstew”, o czym informuje tytuł, to najbardziej noise’owy fragment albumu, przyprawiony na dodatek wielką dawką freejazzowych szaleństw Hansa Magnusa i Kjetila.
Na finał Norwegowie wybrali kompozycję tytułową. I to do kwadratu, bo przecież jej tytuł to również nazwa zespołu. A to do czegoś zobowiązuje. Jest ona – w pewnym sensie – deklaracją artystyczno-ideologiczną. Patrząc z tej perspektywy, utwór zdecydowanie nie zawodzi. Składa się na niego to wszystko, co decyduje o wielkości całej „Reflections in Cosmo” – kojarzący się z psychodelicznym metalem podkład rytmiczny oraz ekscytujące, aczkolwiek pozbawione cech wirtuozerskich popisów, partie solowe gitary, organów oraz saksofonu. Wielu innych wykonawców, podejmując próbę stworzenia podobnego dzieła, zapewne by poległo w walce z dźwiękową materią. Ale nie ta czwórka, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że free nie musi wcale oznaczać totalnego chaosu, że poruszając się w określonych, byle tylko były one odpowiednio szeroko zakreślone, ramach także można, zachowując artystyczną swobodę, niemało osiągnąć. Głównym „czynnikiem” spajającym zespół – swoistą latarnią morską – jest Strønen (wspomagany przez Ryana); to dzięki jego wysiłkom pozostali mogą muzycy pozwolić sobie na mniej lub bardziej odjechane improwizacje. Zdają sobie bowiem sprawę, że zawsze będą mieli do czego i którędy wrócić. Korzystają zaś z tej wolności dla obopólnego dobra – swojego i słuchaczy. Oby debiut Reflections in Cosmo nie okazał się zarazem ostatnim przejawem działalności kwartetu!
koniec
4 lipca 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Kandydaci do PEN-Clubu
Sebastian Chosiński

20 VII 2017

Trzech cenionych brytyjskich jazzmanów! Którzy znają się doskonale od lat, bo grywali już ze sobą w różnych konstelacjach. Od czasu do czasu wciąż jednoczą siły i ruszają w trasę. Szkoda tylko, że później tak rzadko dokumentują swoje wspólne występy płytami. Tym wartościowszym wydawnictwem jest „PEN” sygnowany przez saksofonistę Evana Parkera, kontrabasistę Johna Edwardsa i perkusistę Steve’a Noble’a.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…
Sebastian Chosiński

18 VII 2017

To nie jest najnowsza płyta. Od jej wydania minął ponad rok. A jednak warto się nad nią pochylić. Z dwóch powodów. Raz, że Burning Ghosts to nowy projekt amerykańskiego trębacza Daniela Rosenbooma, o którym w „Esensji” już pisaliśmy. Dwa, że właśnie światło dzienne ujrzał właśnie drugi album kwartetu („Reclamation”) i jakoś tak głupio pisać o nim, nie rozprawiwszy się wcześniej z debiutem („Burning Ghosts”).

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Powrót do Ziemi Obiecanej
Sebastian Chosiński

6 VII 2017

To już trzeci koncertowy album niezwykłego freejazzowego tria tworzonego przez saksofonistę i klarnecistę Petera Brötzmanna, puzonistę Steve’a Swella oraz perkusistę Paala Nilssen-Love’a, który opublikowała krakowska wytwórnia NotTwo Records. Wypełniły go nagrania zarejestrowane jesienią ubiegłego roku w Tel Awiwie. W porównaniu z poprzednimi wydawnictwami to najnowsze ma jednak jeden istotny mankament – jest od nich o (w przybliżeniu) pół godziny krótsze.

więcej »

Polecamy

Kandydaci do PEN-Clubu

Tu miejsce na labirynt…:

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Gdy już wszyscy opuszczą prywatkę…
— Sebastian Chosiński

Noise rock vs. free jazz
— Sebastian Chosiński

Zbyt leniwi, by poddać się panice
— Sebastian Chosiński

Raz na kilka lat
— Sebastian Chosiński

Bo wszyscy Szwedzi to jedna rodzina…
— Sebastian Chosiński

Mokradła we mgle
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

W strugach deszczu
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Aurora – dwie śpiące królewny
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Z Bratysławy do Budapesztu
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Lipiec 2017 (2)
— Sebastian Chosiński, Jarosław Loretz

Non omnis moriar: Lata mijają, świat wciąż pozostaje „dziwny”
— Sebastian Chosiński

Prostaczek na miarę swoich czasów
— Sebastian Chosiński

Bo zło powinno zostać ukarane…
— Sebastian Chosiński

Jazz w cieniu Holokaustu
— Sebastian Chosiński

Zrodziło go Piekło
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Niespodziewany awans i afera „Żelazo”
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.