Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Powrót do Ziemi Obiecanej

Esensja.pl
Esensja.pl
To już trzeci koncertowy album niezwykłego freejazzowego tria tworzonego przez saksofonistę i klarnecistę Petera Brötzmanna, puzonistę Steve’a Swella oraz perkusistę Paala Nilssen-Love’a, który opublikowała krakowska wytwórnia NotTwo Records. Wypełniły go nagrania zarejestrowane jesienią ubiegłego roku w Tel Awiwie. W porównaniu z poprzednimi wydawnictwami to najnowsze ma jednak jeden istotny mankament – jest od nich o (w przybliżeniu) pół godziny krótsze.

Peter Brötzmann, Steve Swell, Paal Nilssen-Love
‹Live in Tel Aviv›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLive in Tel Aviv
Wykonawca / KompozytorPeter Brötzmann, Steve Swell, Paal Nilssen-Love
Data wydania26 maja 2017
Wydawca NotTwo Records
NośnikCD
Czas trwania43:56
Gatunekjazz
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składziePeter Brötzmann, Steve Swell, Paal Nilssen-Love
Utwory
CD1
1) The Greasy Grind30:54
2) Ticklish Pickle13:02
Jak widać, Niemiec Peter Brötzmann, Amerykanin Steve Swell oraz Norweg Paal Nilssen-Love lubią ze sobą grać. Lubią też podróżować po świecie. Nie ma chyba takich miejsc – poza tymi skutymi lodem – w których w ciągu ostatnich kilku lat nie pojawiliby się na koncercie. Nawet jeżeli powyższe zdanie jest tylko chwytem retorycznym, zapewne aż tak bardzo nie odbiega od prawdy. Ich peregrynacjom po Niebieskiej Planecie wiernie przygląda się natomiast krakowska wytwórnia płytowa NotTwo Records, która regularnie publikuje kolejne koncertowe albumy międzynarodowego tria. W październiku dwa lata temu ukazała się płyta z wcześniejszego o osiem miesięcy występu w stolicy Małopolski zatytułowana romantycznie „Krakow Nights”; z kolei w listopadzie ubiegłego roku światło dzienne ujrzał krążek z materiałem zarejestrowanym w stolicy Danii nieco ponad pół roku wcześniej (bo w kwietniu) – „Live in Copenhagen”. Za to teraz do sprzedaży trafił kompakt „Live in Tel Aviv”, będący owocem koncertu, jaki Peter, Steve i Paal dali w tym izraelskim mieście 24 października ubiegłego roku.
Koncert w Tel Awiwie odbył się w znanym z promocji muzyki jazzowej klubie Levontin 7, w którym Brötzmann i Nilssen-Love mieli już zresztą okazję wcześniej grać (co także zostało swego czasu udokumentowane płytą). Dziwi więc tym bardziej – zakładając, że występ był, tradycyjnie, udany – fakt, iż na płytę trafiły jedynie dwa utwory, trwające zaledwie czterdzieści cztery minuty. Dlaczego to takie zaskakujące? Ponieważ krążki nagrane w Krakowie i Kopenhadze były dłuższe o… pół godziny. Czyżby więc jednak coś poszło nie tak i z części występu artyści nie byli do końca zadowoleni (tym samym postanowili go nie upubliczniać w całości)? A może po prostu tak krótko właśnie grali? W taki razie czemu nie zdecydowali się oddać w ręce wytwórni materiału zarejestrowanego w innym miejscu? Całkiem możliwe, że pytania te pozostaną jednak bez odpowiedzi. W takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak skupić się na tym, co mimo wszystko trafiło do rąk słuchaczy.
Jako że mamy do czynienia z klasycznym jazzem improwizowanym, tytuły utworów mają tak naprawdę znaczenie drugorzędne, bo przecież i tak nie są one odpowiednikiem niczego, co znalazło się na wcześniej wydanych płytach tych wykonawców (ani niczego, co się pojawi w przyszłości) – czy to w tym składzie, czy też w jakiejkolwiek innej konfiguracji. To muzyka powstająca „na żywo”, ad hoc, tworzona intuicyjnie. Chociaż nie można odrzucić teorii, że bezpośrednio przed występami Peter, Steve i Paal mimo wszystko określają pewne ramy, w jakich zamierzają się poruszać. Ewentualnie wybierają melodie, jakie mają stać się później punktem wyjścia do rozbudowanych artystycznych poszukiwań. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie – że nie zawsze idą na pełen żywioł. Pierwszy fragment wypełniający „Live in Tel Aviv” to półgodzinna improwizacja ochrzczona tytułem „The Greasy Grind”. Dzieje się w niej, zaiste, dużo. Niemiec, Amerykanin i Norweg popuszczają wodze wyobraźni – niekiedy się przekomarzają, to znów popędzają wzajemnie, a innym razem prowadzą subtelne dialogi.
Zaczynają mocno, od dwugłosu dęciaków: saksofonu Brötzmanna i puzonu Swella, za plecami których – dosłownie (na scenie) i w przenośni – dokazuje Nilssen-Love. Na nim jednym spoczywa obowiązek rytmicznego trzymania w ryzach całości, ale to wcale nie oznacza, że z tego powodu Norweg nie może pozwolić sobie na swobodę. Przeciwnie, gdy tylko pojawia się okazja, improwizuje na całego, cały czas jednak starając się mieć na oku kolegów z sekcji dętej. A ci z kolei dają z siebie wszystko! I chociaż Peter i Steve są pełnoprawnymi partnerami, to mimo wszystko można odnieść wrażenie, że Niemiec jest na pozycji uprzywilejowanej (z racji wieku i niekwestionowanych dokonań) – to on najczęściej daje sygnał do podążenia w nową stronę, on zaczyna wątek, pod który następnie podłącza się i twórczo rozwija Amerykanin. Oprócz momentów pełnych energii pojawiają się również – to prawda, mniej liczne – momenty wyciszenia i zadumy. Być może wynikające z tego, że Brötzmann i Swell, podobnie jak i publika, potrzebują przecież choćby kilku chwil odpoczynku.
Bywa, że w takich sytuacjach ster całkowicie przejmuje Nilssen-Love. Tak jest na przykład w dwudziestej minucie utworu. Norweg, korzystając z tego, że pozostaje na polu bitwy sam, serwuje słuchaczom kilkuminutowy solowy popis. Zaczyna bardzo delikatnie, kończy natomiast emocjonalnie i energetycznie. Jego ekscytacja udziela się również kolegom z zespołu, którzy dołączają do niego, by po raz kolejny podnieść temperaturę panującą w klubowej Sali (która pewnie i bez tego była wysoka). Największe wrażenie robi jednak finał „The Greasy Grind”, w którym trio gra wręcz hipnotycznie – tak bardzo, że ten motyw mógłby trwać w nieskończoność. Ale nie trwa, niestety. Druga, znacznie krótsza, odsłona telawiwskiego koncertu to improwizacja zatytułowana „Ticklish Pickle”. Od poprzedniczki różni się znacznie (nie tylko czasem trwania) – mniej w niej bowiem typowego free jazzu, dużo więcej natomiast współczesnej awangardy rozpisanej na klarnet (Brötzmann), puzon i perkusję. Peter i Steve eksperymentują z brzmieniem dęciaków, nie budują rozbudowanych „wypowiedzi”, skupiają się na krótkich motywach – niekiedy niepokojących, innym razem drażniących.
Mimo to także za ten fragment występu zostają nagrodzeni oklaskami. Czy odwdzięczyli się za nie publice, grając dalej – tego już nie wiemy. Na tym bowiem album „Live in Tel Aviv” się kończy. Na kolejny trzeba będzie pewnie poczekać kilka miesięcy, do przyszłego roku. Oby jednak nie za długo. I oby następnym razem artyści nie pożałowali słuchaczom muzyki.
koniec
6 lipca 2017
Skład:
Peter Brötzmann – saksofon, klarnet
Steve Swell – puzon
Paal Nilssen-Love – perkusja, instrumenty perkusyjne
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre
Sebastian Chosiński

31 VIII 2017

To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.