Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 21 sierpnia 2017
w Esensjopedii w Esensji w Google

Tu miejsce na labirynt…: W piekielnym ogniu płonące dusze…

Esensja.pl
Esensja.pl
To nie jest najnowsza płyta. Od jej wydania minął ponad rok. A jednak warto się nad nią pochylić. Z dwóch powodów. Raz, że Burning Ghosts to nowy projekt amerykańskiego trębacza Daniela Rosenbooma, o którym w „Esensji” już pisaliśmy. Dwa, że właśnie światło dzienne ujrzał właśnie drugi album kwartetu („Reclamation”) i jakoś tak głupio pisać o nim, nie rozprawiwszy się wcześniej z debiutem („Burning Ghosts”).

Burning Ghosts

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBurning Ghosts
Wykonawca / KompozytorBurning Ghosts
Data wydania6 maja 2016
Wydawca Orenda Records
NośnikCD
Czas trwania72:14
Gatunekjazz, metal
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
Utwory
CD1
1) Anthem04:16
2) Defiance06:34
3) Chains04:17
4) Elegy05:05
5) Dissent12:38
6) Flashpoint09:25
7) Requiem04:04
8) Rise06:14
9) Mercy05:18
10) Manifesto13:23
Trochę czasu minęło od momentu, gdy zajmowaliśmy się dokonaniami Daniela Rosenbooma, pisząc o jego solowym projekcie „Book of Omens” (2013) oraz „Ritual” (2013), płycie nagranej z grupą Dr. MiNT. W ciągu tych czterech lat ukazało się kilka innych wydawnictw pochodzącego z Los Angeles trębacza: sygnowane przez jego Quintet „Fire Keeper” (2014), przez Quartet „Live at Curve Space” (2016), przez wspomniany już zespół Dr. MiNT „Voices in the Void” (2017), wreszcie solowe „Astral Transference & Seven Dreams”, „Resonance” i „Book of Storms” (wszystkie z 2015 roku). A i tego było Amerykaninowi mało. Z tego też powodu przed dwoma laty powołał do życia kolejną formację – Burning Ghost, w której znalazło się miejsce dla trzech dodatkowych muzyków: gitarzysty Jake’a Vosslera (częstego współpracownika Rosenbooma), kontrabasisty Richarda Giddensa oraz perkusisty Aarona McLendona.
Ta czwórka latem 2015 roku (17 i 18 lipca) zamknęła się w doskonale znanym Danielowi studiu Kingsize Soundlabs w Los Angeles, aby zarejestrować premierowy materiał, który następnie – dziesięć miesięcy później – opublikowany został na płycie przez niezależną wytwórnię Orenda Records. Dzięki temu muzycy mieli pełną swobodę działania, co przez wielu artystów jest z jednej strony wielce pożądane, z drugiej jednak – często prowadzi do zbytniego poluzowania. Z czymś takim mamy do czynienia w przypadku „Burning Ghosts”. Płyta trwa bowiem ponad siedemdziesiąt minut, co jest ewidentną przesadą. Zabrakło zewnętrznego, niezwiązanego z grupą producenta, który powiedziałby wprost: „Panowie, przesadzacie! Nie musicie upychać na kompakcie wszystkiego, co zostało nagrane. Tym bardziej że nie wszystko na to zasługuje”. Mimo że Rosenboomowi udało się nagrać całkiem niezły krążek, jest on zdecydowanie „przegadany”; gdyby „odchudzić” o jakieś dwadzieścia minut, wyrzucić ze dwie, trzy kompozycje – prezentowałby się jeszcze ciekawiej. I tym samym ocena byłaby wyższa.
Daniel Rosenboom od początku swojej kariery wierny jest muzyce jazzowej, ale tkwi w nim dusza rockowca, czy nawet metalowca. Obojętnie pod jakim szyldem nagrywa płyty, są one mieszanką improwizowanego jazzu i heavy metalu, a w przypadku Burning Ghosts dochodzą jeszcze wpływy noise rocka (za które odpowiada przede wszystkim Vossler). Na debiutanckim wydawnictwie kwartetu znalazło się dziesięć „tematycznych” kompozycji, najczęściej o podniosłych, deklaratywnych, jednowyrazowych tytułach. Co każe traktować „Burning Ghosts” jako kolejny w dorobku amerykańskiego trębacza concept-album, w których zresztą od lat się specjalizuje. Najbardziej znaczące są utwory otwierający i zamykający całość, czyli „Anthem” i „Manifesto”. Mają one nawet podobną formę (choć ten drugi jest znacznie dłuższy) – dominuje w nich wybijająca się na plan pierwszy trąbka, na którą nałożone są ścieżki innych instrumentów (gitar, skrzydłówki). Do tego dodać należy energetyczną, ale majestatycznie wolną sekcję rytmiczną, która przydaje im mocy.
A czego można oczekiwać pomiędzy nimi? Raz jest ciekawiej, innym razem mniej. W „Defiance” na przykład dominują akcenty freejazzowe, z szalonymi improwizacjami trąbki (na pierwszym planie) i gitary (w tle). Przy czym drugi z instrumentów odważnie zahacza o inspiracje heavymetalowe. „Chains” z kolei pozwala na krótki oddech, chociaż w końcówce grupa podkręca tempo, a Vossler zaczyna „zgrzytać” i „szumieć”. Odpowiedzią Rosenbooma na jego eksperymentatorskie zapędy jest przestrzenna partia trąbki. „Elegy” – zgodnie z tytułem – przynosi sporą porcję patetyzmu, o co dba głównie lider, grając w stylu… współczesnego Tomasza Stańki. Podobieństwo jest tak duże, że trudno uznać je za przypadek. Przy czym nie podejrzewamy wcale Amerykanina o ślepe naśladownictwo, to raczej forma hołdu złożonego wybitnemu polskiemu artyście. Broni się także rozbudowany „Dissent”, który rozwija się bardzo wolno, aby w finale – mniej więcej od dziewiątej minuty – dosłownie przygwoździć słuchacza.
Na jego tle „Flashpoint” prezentuje się wyjątkowo stonowanie. Nie bez powodu. W tym utworze kwartet z Los Angeles urządza sobie podróż w lata 60. XX wieku, kiedy to królowały hard-bop i modern jazz. Najwięcej do powiedzenia ma tutaj Vossler – to on sprawia też, że im bliżej końca, tym bardziej kompozycja zyskuje na pazurze rockowym. „Requiem”, wbrew pozorom, nie ma charakteru funeralnego czy elegijnego, chociaż oczywiście dostarcza wzruszeń. Podobnie jak początek „Rise”, w którego dalszej części Burning Ghosts brzmią jak, nie przymierzając, klasycy sludge metalu. Po tak potężnej dawce emocji muzycy litują się nieco nad słuchaczami, ofiarowując im utwór zatytułowany – nomen omen – „Mercy”, któremu tom daje tym razem kontrabas Richarda Giddensa, do którego z czasem podłączają się pozostali instrumentaliści. A potem jest już tylko wspomniane wcześniej „Manifesto”, godnie wieńczące kolejną opowieść Rosenbooma. Których fragmentów tej historii mogłoby zabraknąć? Na pewno bez tych, które odbiegają stylistycznie od większości utworów (jak „Chains”, „Requiem” czy „Mercy”, może nawet „Elegy”) „Burning Ghosts” brzmiałoby bardziej spójnie i przekonująco.
koniec
18 lipca 2017
Skład:
Daniel Rosenboom – trąbka, skrzydłówka
Jake Vossler – gitara elektryczna, gitara barytonowa
Richard Giddens – kontrabas
Aaron McLendon – perkusja
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: „Wszystko płynie” w wersji szkockiej
Sebastian Chosiński

17 VIII 2017

Jeżeli zespół nazywa się Hair of the Dog i gra muzykę nawiązującą do klasycznego hard rocka z połowy lat 70. ubiegłego wieku, to z jakiego kraju może pochodzić? Z dużym prawdopodobieństwem – ze Szkocji. Dlaczego? Bo przecież jego nazwa to tytuł najbardziej znanej płyty grupy Nazareth – legendy szkockiego metalu. Formacja prowadzona przez braci Holtów wydała właśnie trzeci album – „This World Turns”.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
Sebastian Chosiński

15 VIII 2017

To nie jest nowy materiał. Po raz pierwszy pojawił się na rynku przed ośmioma laty. Nie tak dawno jednak firma Universal wykupiła prawa do publikacji „kolorowej serii” wytwórni e-silesia.info, w efekcie czego „niebieska płyta” SBB, zawierająca koncert z festiwalu opolskiego z czerwca 1974 roku, stała się ponownie dostępna.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Uczta niezbyt wyborna
Sebastian Chosiński

10 VIII 2017

Zespół Simulacrum powstał – w założeniu – jak trio. Od czasu do czasu jednak organista John Medeski, gitarzysta Matt Hollenberg oraz perkusista Kenny Grohowski zapraszają do składu czwartego muzyka. Przy okazji nagrania inspirowanego twórczością Hieronima Boscha albumu „The Garden of Earthly Delights” padło na gitarzystę basowego Trevora Dunna. Nie zapominajmy jednak, kto od samego początku stoi za całym projektem – John Zorn!

więcej »

Polecamy

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej

Tu miejsce na labirynt…:

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

W piekielnym ogniu płonące dusze…
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Z tego cyklu

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Powrót do Ziemi Obiecanej
— Sebastian Chosiński

Z głowami w gwiazdach…
— Sebastian Chosiński

Wejście i wyjście. A co pomiędzy?
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Kapitan Żbik: Magik na wiejskim odpuście
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Nie chciałbyś tam się znaleźć
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Wszystko ma swój kres
— Sebastian Chosiński

Historia w obrazkach: Nie każdy koneser jest godny zaufania
— Sebastian Chosiński

A imię jego to Czerwony…
— Sebastian Chosiński

Na troje babka wróżyła
— Sebastian Chosiński

Od „wow!”, poprzez „brrr!”, aż do „uff!”
— Sebastian Chosiński

Kapitan Żbik: Romantyczne tête-à-tête i wargi, które mogą cię zdradzić
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Portret żałobny rosyjskiego inteligenta
— Sebastian Chosiński

Wejść, dopaść, przeżyć!
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.