Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tu miejsce na labirynt…: Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Esensja.pl
Esensja.pl
To zadziwiające, ale ostatnimi czasy każdego roku ze Skandynawii płynie prawdziwa fala doskonałej muzyki. Zachwycają zespoły debiutujące, ale i te, które istnieją od lat. Przekraczają one wyznaczone już dawno granice stylistyczne, wytyczając przy tym nowe trendy. Niedowiarkom polecamy najnowszy album kopenhaskiego tria Papir, którego tytuł jest niezwykle łatwy do zapamiętania – „V”.

Papir
‹V›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułV
Wykonawca / KompozytorPapir
Data wydania18 sierpnia 2017
Wydawca Stickman Records
NośnikCD
Czas trwania94:49
Gatunekrock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieNicklas Sørensen, Christian Becher Clausen, Christoffer Brøchmann Christensen, Jonas Munk
Utwory
CD1
1) V.I12:45
2) V.II11:50
3) V.III09:07
4) V.IV14:59
CD2
1) V.V10:03
2) V.VI11:03
3) V.VII25:01
Muzyczne mody co jakiś czas wracają. Niektóre po to, by bardzo szybko przeminąć, inne, aby zadomowić się na dłużej. I tak stało się właśnie z modą na muzykę rodem z lat 70. XX wieku. Od kilku lat możemy zaobserwować prawdziwy wysyp formacji, które w swej twórczości nawiązują do grup odnoszących największe sukcesy przed czterema dekadami. Nie jest chyba przypadkiem fakt, że najwięcej ich pochodzi z krajów skandynawskich: Szwecji, Norwegii, Finlandii i Danii. Przykładem, choć może nie klasycznym, jest mające swą bazę wypadową w Kopenhadze trio Papir. Powstało ono pod koniec ubiegłej dekady i od samego początku działa w tym samym składzie. Ewenement? Skądże. Skoro muzycy znają się praktycznie od dziecka (dorastali w miasteczkach podkopenhaskiej gminy Gladsaxe) i pierwsze próby podejmowali już w wieku lat -nastu. Choć raczej wydaje się wątpliwe, by już wtedy eksplorowali te regiony rocka, które stały się im najbliższe w kolejnych latach, gdy rozpoczęli profesjonalną karierę. Za to, kiedy odważnie wkroczyli na rockowy rynek, wiedzieli już doskonale, czego pragną.
Inspiracje Duńczyków są oczywiste. Sami zresztą tego nie ukrywają – że nade wszystko fascynuje ich krautrock. Do swoich ulubionych zespołów zaliczają Neu!, Ash Ra Tempel, Guru Guru, Harmonię, Organisation (z którego niemal od razu wykluł się Kraftwerk) oraz Amon Düül II. Do tego dorzucają jeszcze „elektrycznego” Milesa Davisa z albumów „Live Evil” (1971) i „Dark Magus” (1977). Czego więc można po takiej mieszance się spodziewać? Głównie mariażu psychodelii i awangardowego jazz-rocka. Owszem, ale Skandynawowie nie stronią również – a w ostatnich latach sięgają po niego coraz odważniej – od post-rocka. Jak więc widać, każdy wielbiciel ambitniejszych dźwięków powinien znaleźć w ich twórczości coś dla siebie. Czy tak jest w rzeczywistości, przekonają się jednak tylko ci, którzy sięgną po płyty Papir. A naprawdę mają z czego wybierać.
Zacznijmy jednak od niezmiennego od momentu powstania składu. Osobą liderującą formacji jest gitarzysta Nicklas Sørensen, u boku którego wiernie stoją: basista Christian Becher Clausen oraz perkusista Christoffer Brøchmann Christensen. Płytowy debiut grupy miał miejsce w grudniu 2010 roku, kiedy to ukazał się wydany za własne pieniądze longplay „Papir”. Choć wytłoczono go zaledwie w dwustu pięćdziesięciu egzemplarzach, dotarł na biurko szefostwa wytwórni El Paraiso Records, która zdecydowała się podpisać z zespołem profesjonalny kontrakt. Z jej szyldem na okładkach ukazały się trzy kolejne wydawnictwa studyjne – „Stundum” (2011), „III” (2013) i „IIII” (2014) – oraz jedno koncertowe, zawierające nagrania ze słynnego festiwalu w holenderskim Tilburgu „Live at the Roadburn” (2015). W tym samym czasie muzycy Papir podjęli także artystyczną współpracę z pokrewnym duchowo niemieckim triem Electric Moon, której skutkiem okazały się dwa krążki: „The Papermoon Sessions” (2013) oraz… „Live at Roadburn 2014” (2015), na który trafił wspólny występ Duńczyków i Niemców z tego samego festiwalu, ale o dwa dni późniejszy (z 13 kwietnia).
W ubiegłym roku ukazał się także – pożegnalny w barwach El Paraiso – album „Solo”, który sygnował wprawdzie jedynie Sørensen, ale w jego nagraniu udział wzięli również pozostali instrumentaliści Papir. A potem nastąpiła „przeprowadzka” pod skrzydła hamburskiej wytwórni Stickman Records, dla której powstało najnowsze wydawnictwo twórców z Kopenhagi – „V” (bo piąte studyjne) – które światło dzienne ujrzało w ostatni piątek sierpnia. Poza Nicklasem, Christianem i Christofferem w jego powstaniu udział miał jeszcze grający na syntezatorach i eksplorujący podobne obszary artystyczne Jonas Munk, którego można już było zresztą usłyszeć na krążku „IIII”. Tym razem Duńczycy podeszli do sprawy z wielkim rozmachem. Zarejestrowali tyle materiału, że ostatecznie postanowili wydać go na dwóch kompaktach, co dało w sumie ponad półtorej godziny niezwykłej dźwiękowej podróży. Aż trudno uwierzyć, że na taką porcję muzyki złożyło się zaledwie siedem kompozycji. Ale gdy okazuje się, że najkrótsza z nich trwa prawie dziesięć, a najdłuższa dwadzieścia pięć minut – wszystko staje się zrozumiałe.
Żeby „łyknąć” „V” na raz, trzeba być naprawdę zaprzysiężonym wielbicielem Papir. Nie dlatego, że jest to z jakiegoś powodu szczególnie bolesne doświadczenie, lecz trzeba przyznać, że dokonania Duńczyków nie są dla każdego. Nie ma tu przebojowych melodii ani zapierających dech w piersiach solówek, jest za to niezwykły nastrój, jaki zespół roztacza wokół słuchacza – i nie ma w tym nawet słowa przesady – od pierwszej do ostatniej sekundy płyty. „V” to tak naprawdę instrumentalny concept-album, na tyle długi, by – jeśli damy się tej muzyce ponieść – skutecznie wyrwać nas z rzeczywistości. Nie jest to jednak podróż traumatyczna, Duńczykom bardziej zależy na tym, aby przynieść ukojenie aniżeli ranić czy wywoływać negatywne emocje. Ich twórczość – w przeciwieństwie do wielu innych wykonawców spod znaku post-rocka – nie ma charakteru katarktycznego, jest na to zbyt – po krautrockowemu – nieprzewidywalna, wymykająca się schematom.
Poszczególne utwory nie mają własnych tytułów, oznaczone są kolejnymi cyferkami rzymskimi. Można więc podejrzewać, że dla muzyków niezwykle istotna jest ich kolejność, skoro tak wyraziście ją podkreślają. Zastosowane instrumentarium również nie pozwala na ekstrawagancje, ale z drugiej strony – poprzez dublowanie ścieżek gitar czy dodanie syntezatorów – robią wszystko, aby uciec od postrockowego minimalizmu. Jednak nie za daleko. Chcąc zróżnicować kompozycje, eksponują więc co rusz inne instrumenty – głównie gitary, w tym także basową. Na ich akordach konsekwentnie budują nastrój, dokładając do konstrukcji utworów nowe elementy. Robią to przede wszystkim – ten chwyt stosowany jest najczęściej – podkręcając tempo i zwiększając moc. Tym sposobem mozolnie, jak chociażby w „V.IV” i „V.VII”, pną się na sam szczyt. Osiągnąwszy go, pozwalają sobie na wyciszenie emocji. Wszak po burzy w końcu zawsze zapada błogosławiona cisza.
Trudno z najnowszej płyty Papir wyróżnić konkretny numer – wszystkie są ze sobą powiązane stylistycznie, wyrwane z kontekstu mogą się wprawdzie podobać, ale nie oddadzą całego uroku i głębi muzyki duńskiej formacji. Jej urok polega przecież głównie na tym, że pozwala ona przenieść się do innego wymiaru, posmakować owoców, których smaku na co dzień nie uświadczymy. Co najważniejsze, nie jest to gorzki smak, choć niekiedy – jak w „V.VI” – zakrada się do dokonań Nicklasa i jego kolegów pewien niepokój. Ale i on służy w pierwszej kolejności budowaniu klimatu, nie zaś przyprawianiu o dreszcz przerażenia. Jeżeli znacie już całą dyskografię kopenhaskiego tria (plus „Solo” Sørensena) i jeżeli jakimś cudem po przesłuchaniu „V” wciąż Wam mało, możecie sięgnąć jeszcze po wybrane płyty Øresund Space Collective, na których również pojawiają się Nicklas, Christian i Christoffer. To będzie jak wisienka na torcie.
koniec
31 sierpnia 2017
Skład:
Nicklas Sørensen – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Christian Becher Clausen – gitara basowa
Christoffer Brøchmann Christensen – perkusja
gościnnie:
Jonas Munk – syntezatory
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
Sebastian Chosiński

29 VIII 2017

To wielkie niedopatrzenie! Że dopiero teraz, po tylu latach funkcjonowania w „Esensji” działu muzycznego, pojawia się w nim tekst dotyczący znakomitego kornecisty, specjalisty od free jazzu i muzyki eksperymentalnej – Roba Mazurka. Tym bardziej że to muzyk niezwykle pracowity, każdego roku wydający kilka płyt. Jedną z najnowszych produkcji Amerykanina jest album „Astral Cube”, sygnowany przez formację Black Cube Marriage.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
Sebastian Chosiński

24 VIII 2017

Prawdziwa kariera Mythic Sunship zaczęła się przed zaledwie trzema laty, kiedy kopenhaskie trio dokooptowało do składu czwartego muzyka i podpisało kontrakt z wytwórnią El Paraiso Records. Choć przecież wcześniej także nagrywało i publikowało swoje utwory. Tyle że robiło to na własną rękę i trochę po „partyzancku”. Na co teraz stać mieszkańców Zelandii – chcecie się przekonać, sięgnijcie po „Land Between Rivers”.

więcej »

Polish jazz is not dead
Adrian Koenig

22 VIII 2017

Złota era polskiego jazzu minęła już dawno. Nie ulega jednak wątpliwości, że w dalszej chwili stoi on na bardzo wysokim poziomie. Prócz wydawnictw sygnowanych przez uznane już w środowisku nazwiska, pojawiają się także młodzi, uzdolnieni, zdecydowanie przyszłościowi muzycy. Jednym z nich jest debiutujący Kuba Więcek.

więcej »

Polecamy

Przeprowadzka, która wyszła na dobre

Tu miejsce na labirynt…:

Przeprowadzka, która wyszła na dobre
— Sebastian Chosiński

Śmiało! Świat zna tyle dźwięków…
— Sebastian Chosiński

Zgrzytliwa psychodelia prosto z Raju
— Sebastian Chosiński

„Wszystko płynie” w wersji szkockiej
— Sebastian Chosiński

Wizje niebezpieczne, wizje nawiedzone
— Sebastian Chosiński

Uczta niezbyt wyborna
— Sebastian Chosiński

Pod okiem nowojorskiego „cadyka”
— Sebastian Chosiński

Gdy napięcie rośnie…
— Sebastian Chosiński

Pożegnanie z legendą
— Sebastian Chosiński

Kandydaci do PEN-Clubu
— Sebastian Chosiński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.