Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Maestro

Aleksandra Janusz
Teraz grał jakby na zupełnie innym instrumencie, egzotyczną melodię, impresję na motywach azjatyckich czy innych, mocną jak kawa z rumem i bezczelną jak śmiech przed obliczem króla. Daleko jej było do wysmakowanych salonowych tonów i technicznej zawiłości znanych mi etiud i symfonii. Mistrz improwizował na rozstrojonym pianinie w podłej kawiarni i świetnie się przy tym bawił.

Aleksandra Janusz
‹Maestro›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAleksandra Janusz
TytułMaestro
OpisAleksandra Janusz – doktorantka w Pracowni Neurobiologii Molekularnej IBD PAN w Warszawie. Debiutowała w „Science Fiction” 4/2001 opowiadaniem „Z akt miasta Farewell”, jest autorką powieści „Dom wschodzącego słońca” wydanej nakładem wydawnictwa Runa. Publikowała opowiadania i artykuły publicystyczne w internetowym magazynie Fahrenheit, w magazynie mangi i anime „Kawaii” i w innych czasopismach. Uzależniona od książek, czyta wszystko; nie jest gatunkistką. Zawodowo zajmuje się molekularnymi mechanizmami związanymi z pamięcią i uczeniem się.
Gatunekhistoryczna
Jesienią 1845 roku najczęściej przesiadywałem w Les Étoiles Bleues. Była to nieduża kawiarnia, dość podłego sortu; nad Sekwaną setki podobnych lokali co roku pojawiały się i znikały bez śladu. Mieli tam tanie młode wino, zawsze przypaloną kawę, słaby koniak i rozstrojone pianino, a także ładną, choć pyskatą kelnerkę; wszystko, czego potrzebuje student muzyki bez grosza przy duszy.
Srożył się już listopad, powozy rozpryskiwały uliczne błoto, a tego ranka liście bukszpanów przed moją stancją oprószyła szadź. Oparty łokciami o poplamiony stolik, piłem na rozgrzewkę wino z goździkami i układałem w myślach list do matki z prośbą o pieniądze.
Drzwi z hukiem otworzyły się do środka, popychane wiatrem. Do kawiarni, przyciskając kapelusz do czoła, z płaszczem furkocącym wokół nóg wbiegł Jacques. Policzki miał czerwone, jakby roztarł na nich szminkę, woda skapywała mu z włosów na kołnierz. Wyglądał jak zmokła tuczona kura; coś niósł pod pachą. Domknął drzwi plecami, a ostatni podmuch wiatru dotarł wreszcie do mnie, z zimnym świstem wciskając się pod koszulę.
– Alain! – zawołał Jacques radośnie. – Właśnie zrewolucjonizowałem współczesną technikę!
Wyładował ociekający deszczem pakunek prosto na mój stolik. Cofnąłem się odruchowo.
– Vive la France! – zawołał. – Patrz i podziwiaj!
Tutaj należy się kilka słów wyjaśnień. Jacques był wówczas moim współlokatorem. Studiował w École Polytechnique – geniusz z wiecznie pustym portfelem, zupełnie tak jak ja. Miał trochę nierówno pod sufitem i wolne chwile, zamiast na poszerzanie międzyludzkich znajomości, wykorzystywał budując w kuchni coraz to nowe wynalazki, które porzucał po kilku dniach lub tygodniach na rzecz kolejnego, lepszego projektu. Starałem się nie zwracać uwagi na smar w zlewie. Jacques tolerował za to moje fortepianowe wprawki późną nocą, więc byliśmy kwita. Zakrawało na cud, że nareszcie coś dokończył; koleżeńska solidarność nakazywała zatem patrzeć i podziwiać, chociaż obawiałem się, że to tylko pogorszy jego obłęd i stan kuchni.
– Ale nic nie wybuchnie?
– Co ty, Alain! – Jacques gorliwie odwijał papier pakowy. – Przedstawiam ci największy wynalazek dziewiętnastego wieku! Mechanizm, który zmieni świat podobnie, co ja mówię, bardziej niż druk!
Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczynali się przyglądać.
– Oto szczytowe osiągnięcie nowoczesnej inżynierii! – Jacques, który natychmiast uświadomił sobie istnienie publiczności, zamaszystym gestem wskazał nieduży aparat. Plątanina drucików, wałeczek i korbka. Oraz lekarskie słuchawki.
– Maszynka do robienia makaronu – zasugerowałem. – Plus stetoskop.
Westchnął.
– Nie ma w tobie namiętności do myśli technicznej.
– Nie – przyznałem. – Nie ma. Wyjaśnij po ludzku, jak prostemu artyście.
– To urządzenie zapisuje dźwięk – oznajmił Jacques z ojcowską dumą. – Wystarczy, że będziesz mówił do tej tubki. Albo grał na fortepianie – wystarczy doczepić większą tubkę, żeby łapała muzykę z przestrzeni – i wszystko ląduje o tutaj, na woskowym wałeczku. Te maleńkie kropki to właśnie zapis dźwięku. Zakręć korbką tutaj, przestaw tutaj i możesz posłuchać, jako żywo…
– Przez stetoskop…? – przyjrzałem się mechanizmowi z nowym zainteresowaniem.
– No, coś musi go wzmacniać. Myślę o dołączeniu jeszcze jednej tubki, najlepiej mosiężnej, ale obstalunek sporo kosztuje.
– Panie uczony – odezwał się zaciekawiony głos za moimi plecami. – A czy to się do czego w ogóle przyda?
– Zapytał pan – czy się przyda?
Ukryłem twarz w dłoniach. Zaczyna się. Jacques wszedł w tryb wykładowcy.
– Moi drodzy! Wyobraźcie sobie, po prostu sobie wyobraźcie, że za lat dziesięć czy dwadzieścia stenografy zupełnie wyjdą z użycia. Kto zechce napisać list, będzie mówił do fonografu, a wałeczek wysyłał pocztą. Zamiast czytać w dzienniku polityczne mowy, będzie można ich wysłuchać, a i politycy zaczną się strzec, zanim powiedzą coś nierozważnego, gdy fonografy będą dokumentować ich słowa z mechaniczną wiernością. Kto zechce posłuchać, jak de Musset deklamuje poematy, nawet gdyby po zapisaniu wałeczka trafił go szlag – będzie mógł to uczynić! Koniec nietrwałości dźwięku, koniec ulotności muzyki! Nagramy wszystkie arie operowe i koncerty najwybitniejszych wirtuozów w takiej obfitości, że opustoszeją sale koncertowe, muzyka zejdzie pod dachy, a z czasem, za lat kilkadziesiąt, być może, nieomylne maszyny będą grać zamiast zwykłych fortepianowych wyrobników.
– Czekaj, czekaj – wykorzystując jego przerwę na oddech, uniosłem dłoń. – Jak ty to sobie wyobrażasz? Zakładając, że nie przesadzasz – a przesadzasz, chłopie, jak ogrodnik w maju – skąd weźmiemy wirtuozów do zapisywania tych wałeczków, jeżeli ludzie nie będą dłużej słuchać wyrobników? Trzeba wykształcić stu przeciętnych pianistów, żeby trafił się jeden dobry i tysiąc, żeby znalazł się jeden wybitny. A jeszcze jest coś takiego, jak okres nauki, kiedy muzyk powoli poprawia technikę, a musi przecież z czegoś żyć. Jacquesie, złociutki. Czy twój wynalazek nie pozbawi mnie czasem pracy?
Od baru dał się słyszeć głośny śmiech, który szybko przeszedł w głuchy kaszel. Wsparta na lasce sylwetka zbliżyła się powoli do naszego stolika.
Ilustracja: <a href='mailto:a_wawrzaszek@wp.pl'>Artur Wawrzaszek</a>
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
Nie zauważyłem go wcześniej. Maestro schował się w najciemniejszym kącie kawiarni, gdzie jak zwykle popijał kawę z rumem. W owym czasie czuł się już przeważnie tylko źle albo gorzej, ale nie słuchał lekarzy, którzy powtarzali mu, że zarówno mocne napoje, jak kawiarniany zaduch są dla niego trucizną. „Żaden z doktorów już mi nie pomoże”, mawiał z charakterystycznym grymasem. „Odmawiają mi kawy? Może będę żył trochę krócej, ale za to szczęśliwie”. I wymykał się wieczorami do najpodlejszych lokali, żeby nie znaleźli go przyjaciele o dobrych intencjach. Był jeszcze młodym mężczyzną i drażniła go słabość ciała, a jeszcze bardziej – związane z nią słabości duszy.
Wcisnął się między obserwatorów i z ciekawością zawisł nad aparatem. Bystre, dziecięco niebieskie oczy uważnie śledziły druciki i śrubki, jakby Maestro sam parał się inżynierią.
– Tam już coś jest zapisane? Czy można? – i nie czekając na słowa Jacquesa, wziął do ręki stetoskop.
Wymieniliśmy spojrzenia. Podpowiedziałem Jacquesowi nazwisko Maestra, a ten pobladł i wyprostował się sztywno jak pierwszoroczny sztubak.
– Proszę, niech pan pozwoli – dopasował mu słuchawki, zakręcił korbką. Mistrz przymknął oczy. Dłuższą chwilę słuchał. Ludzie wokół ucichli. Rozpoznano go, nazwisko poniosło się wśród niewielkiego tłumu. Poczułem się bardzo dumny z tych trzech czy czterech lekcji, jakie na specjalne zaproszenie udzielił w grupie fortepianu na Akademii.
– Jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia – powiedział wreszcie, ostrożnie odkładając stetoskop. – Chociaż jak na prototyp, rzeczywiście imponujące. Proszę mi powiedzieć – uśmiechnął się z łagodną ironią. – Czy rzeczywiście uważa pan, że ten aparacik odbierze pracę młodym muzykom, takim jak pański przyjaciel?
– No, może niezupełnie, ale…
– Ale do wizjonerów świat należy, prawda? Czy wziął pan zapasowe wałeczki? Do zapisywania?
Kilka minut później Maestro rozgościł się przy pianinie, zaś obok, na wysokim stołku, leżał aparat z przymocowaną blaszaną tubką. Jacques regulował go z wypiekami na policzkach, podczas gdy mistrz próbował gam.
Jak już wspominałem, pianino było zupełnie rozstrojone; stało tutaj głównie w charakterze dekoracji i w spokoju dożywało swoich dni, nie wadząc nikomu. Obserwowałem, jak mistrz w skupieniu uderzał w kolejne klawisze i zastanawiałem się, czy naprawdę uważa, że da się z niego wydobyć cokolwiek, od czego nie rozbolą mnie uszy. O pozostałych się nie obawiałem. Większość z nich nie miała pojęcia o muzyce; zważywszy kto grał, i tak będą klaskać.
Maestro dał znak Jacquesowi. Wynalazca zakręcił korbką; mistrz rozpostarł gibkie, alabastrowo blade dłonie nad klawiaturą i zaczął grać.
Wraz z pierwszymi nutami zrozumiałem, jakiego geniusza jest mi dane słuchać. Rozległy się akordy śmiałej improwizacji, pełnej zaskakujących współbrzmień i zabawnych dysonansów. Gdy Maestro przymierzał się do pianina, nuta po nucie zapamiętywał rozstrojone klawisze i od nowa tworzył własną gamę. Teraz grał jakby na zupełnie innym instrumencie, egzotyczną melodię, impresję na motywach azjatyckich czy innych, mocną jak kawa z rumem i bezczelną jak śmiech przed obliczem króla. Daleko jej było do wysmakowanych salonowych tonów i technicznej zawiłości znanych mi etiud i symfonii. Mistrz improwizował na rozstrojonym pianinie w podłej kawiarni i świetnie się przy tym bawił.
Usłyszałem coś podobnie odważnego dopiero wiele dziesiątek lat później, zeszłej zimy wśród czarnych w Nowym Orleanie. Może słyszeliście; nazywają to z angielska ragtime.
Skończył, ukłonił się lekko; wkoło wybuchły oklaski. Jacques, dumny i blady, z wrażenia omal nie przewrócił cennego aparatu. Musiałem mieć niezwykle głupią minę, gdyż Maestro niemal natychmiast uchwycił moje spojrzenie i znów się roześmiał. Gra go ożywiła, rumieńce wykwitły na ziemistych policzkach.
– Alain – zwrócił się prosto do mnie. – Nie martw się o przyszłość. Taki aparacik, jeżeli się przyjmie, podaruje ci życie po śmierci, monument, na jaki do tej pory mogli liczyć literaci, rzeźbiarze, malarze… I nieważne, ile będzie grało w domach nieomylnych maszyn, sale koncertowe, mniejsze i większe, zawsze się zapełnią. Maszyna nie zastąpi żywej muzyki. Maszyna zawsze stroi, każdą nutę zawsze zagra tak samo, nie myli się. Nie potrafi również improwizować.
Wyciągnął rękę do Jacquesa.
– Mogę? Zachowam sobie na pamiątkę.
I schował do kieszeni świeżo zapisany wałeczek, uprzednio zapakowany przez mojego przyjaciela w bibułę.
Tego wieczoru widziałem mistrza po raz ostatni. Znów nastąpiło pogorszenie i przez następne lata Maestro rzadko opuszczał rezydencję, chyba że w towarzystwie najbliższych. Wielokrotnie zastanawiałem się, co się stało z jedynym dźwiękowym zapisem jego geniuszu. Wątpliwe, żeby ktokolwiek ze spadkobierców domyślił się wartości niewielkiego, dziurkowanego wałeczka. Co do Jacquesa, brakowało mu cierpliwości, żeby ten nadzwyczajny aparat opatentować i podjąć się produkcji. Zawsze tak było; gotowy wynalazek go nie interesował, chociaż gdy pociągnąć go za język, potrafił gadać o nich bez ustanku.
Po ukończeniu Politechniki postarał się o posadę przy budowie jednej z tych wielkich, dotowanych przez państwo konstrukcji, gdzieś w koloniach. Już nie pamiętam, czy była to zapora, czy most. Wymienialiśmy listy. Ożenił się, miał kilkoro dzieci. W czasie wolnym wciąż obmyślał wynalazki. Nigdy nie skonstruował czegoś równie użytecznego, jak ów aparacik, ale kilkadziesiąt lat później ujrzałem fonograf, kropka w kropkę podobny do oryginału, opatentowany przez niejakiego Edisona. Podówczas straciłem już kontakt z Jacquesem i nawet nie wiem, czy się przejął; czy w ogóle pamiętał ów wieczór w Les Étoiles Bleues.
Co do mnie, chociaż coraz gorzej słyszę i trudno mi przejść o własnych siłach dalej niż do ogródka, gdy tylko zamknę oczy, przypominam sobie każdy szczegół. Poplamione stoliki, brudne od smaru paznokcie Jacquesa i smak taniego wina z goździkami.
I muzykę Maestra – nieobliczalną, brawurową, dziką. Rzuconą jak wyzwanie w twarz czasu.
koniec
4 października 2010
dodajdo

Komentarze

13 X 2010   10:50:34

Sympatyczne opowiadanko. Styl mi się podoba, zwłaszcza w miejscu, w którym opisana jest gra mistrza.

BTW - czy wiadomo już mniej więcej, kiedy pojawi się "Mandala"? W każdym razie czekam.

16 X 2010   00:10:52

Tekst jest super, czytałam z przyjemnością!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Vivat Academia, vivant cantatrices!
— Anna Nieznaj

Doskonały przepis na placek po bretańsku
— Zofia Marduła

Całkiem zwyczajny czarodziej
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Wrzesień 2016
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Przeczytaj to jeszcze raz: Bliżej nas bale naszej wyobraźni
— Beatrycze Nowicka

Cichostopy
— Aleksandra Janusz

Magia, przyjaźń i rock’n’roll
— Agnieszka Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.