Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Płomień Tiergarten

Grzegorz Wiśniewski
[1] 2 3 6 »
Pamiętała Reichstag zamieniony w kupę gruzów, płomienie i dywan ciał pokrywające całą Unter den Linden, a także zasnuwającą niebo kurtynę czarnego, smolistego dymu. Widziała cienie czterosilnikowych polskich lataczy, bombardujących z pułapu zbyt wysokiego dla przechwytujących myśliwców Rzeszy. Te obrazy wyryte były na zawsze w sercu każdego berlińczyka. Doszła do tego jeszcze gorycz porażki, gdy w sierpniu 1947 roku polskie armie pancerne przedarły się przez Odrę, zajmując Brandenburgię i Turyngię oraz zdobywając Berlin.

Grzegorz Wiśniewski
‹Płomień Tiergarten›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułPłomień Tiergarten
Opis"Płomień Tiergarten" należy do popularnej odmiany fantastyki opisującej alternatywne wersje historii. Tym razem Greg Wiśniewski sięga do Drugiej Wojny Światowej.
GatunekSF
I′ll make you an offer you can′t refuse
You′ve only got your soul to lose
Eternally...?
Let yourself go
1.
Kolumna postaci odzianych w buropiaskowe, sięgające ziemi płaszcze wolno wypełzła zza drzew i ruszyła noga za nogą szerokim leśnym traktem. Poranek był chłodny. Z pysków oficerskich koni, idących w awangardzie, unosiły się kłęby pary. Wprawdzie zza horyzontu wychynęło już słońce, ale dywan burych chmur nie pozwalał jego promieniom dotrzeć do spragnionej ciepła ziemi. Niesprzyjająca aura wyraźnie pogarszała nastroje żołnierzy. Nad kolumną unosiło się od czasu do czasu pełne jadu rosyjskie przekleństwo, a skuleni w siodłach oficerowie puszczali je mimo uszu. Też mieli najwyraźniej dość tej ekspedycji.
Katarina odjęła na moment lornetę od oczu i zaklęła pod nosem. Ci rosyjscy durnie leźli wprost w zasadzkę. Spojrzała w prawo, kciukiem włączając obwody termowizyjne. Trakt przebiegał pomiędzy dwoma niewysokimi pagórkami, pokrytymi gęstym liściastym borem i kępami krzewów. Rosyjski kapitan nie powinien pakować się na tę drogę bez wysłania przodem patrolu kozackiego. Zresztą, poprawiła się wyostrzając lornetę, i tak niczego by nie zauważyli. Przez termowizor dostrzegła białe widma kilkunastu postaci, zaczajonych na tle czarnogranatowej pustki lasu. Zatoczyła głową łuk. Były tam co najmniej dwa plutony, to samo na pagórku po drugiej stronie drogi. Wepchnęła lornetę do futerału i do oka podniosła celownik optyczny swojego SturmSchützera. Po krótkim poszukiwaniu dostrzegła jednego z zaczajonych żołnierzy, odzianego w maskujący mundur i wspartego o kolbę długiego karabinu. Mogła go z łatwością dosięgnąć, ale cóż z tego. Rosyjskie kompanie i tak były już skazane na zagładę.
Jakby w odpowiedzi na jej myśl po obu stronach drogi rozległ się szczęk granatników i w środku rosyjskiej kolumny eksplodował łańcuch ognistych fontann. Między końmi oficerów jaskrawo rozbryznęły się dwa granaty fosforowe. Jedno czy dwa zwierzęta przewaliły się na bok konając w drgawkach i przygniatając jeźdźców. Pozostali bezładnie spadali z grzbietów szalejących wierzchowców albo zeskakiwali potykając się o poły płaszczy. Spomiędzy drzew zagrzmiała palba i otumanione szeregi rosyjskiej piechoty przerzedziły się. Do akcji włączyły się dwa wielolufowe karabiny maszynowe kosząc z dobrze zamaskowanych stanowisk czoło kolumny. Salwa granatników podniosła znów fontanny ziemi i odłamków. Leśną drogę niemal całkowicie ogarnął tuman wzburzonego pyłu, tak, że niewiele było widać z tego, co tam się działo. Do uszu Katariny docierały tylko odgłosy strzałów i eksplozji oraz przytłumione jęki rannych.
- Sałdaty, wpieriod! - krzyknął dowódca, wstając z kolan i wzniesioną szablą wskazując na północny pagórek. - Za cara i wielikuju Rossiju! Za... - strzał strzelca wyborowego powalił go w pył drogi.
- W sztuki! Wpieriod! - podchwycił któryś z młodszych oficerów. Nierówna falanga piechoty runęła poprzez zarośla, osadzając na swoich kapiszonowych karabinach długie jęzory bagnetów. Chcieli ze wszystkich sił zewrzeć się z niewidocznym wrogiem, wyrwać się z pułapki ostrzeliwanego traktu, na którym zostało tak wielu ich kolegów. Katarina przez moment myślała, że mają szansę. Jeżeli dotrą pod osłonę krzaków, staną się bezpieczni od ognia z drugiej strony drogi. Nie doceniła jednak maestrii zasadzki. Zaledwie Rosjanie wpadli na skraj lasu, rozległy się tam silne detonacje, trysnęły kłęby drewnianych strzępów i odłamków. Korony niektórych drzew zafalowały, a poszycie zajęło się ogniem. Zaraz zrozumiała, co się stało. Miny. Pobocze traktu roiło się od min.
Rozległy się przenikliwe sygnały gwizdków. Granatniki zaprzestały ostrzału. Ogień z obu pagórków zgęstniał, a płytki wąwóz niemal zatrząsł się od gromkiego "Hurrrraaaa! ", gdy na Rosjan ruszyli naraz żołnierze z obu stron drogi. Po jakiejś minucie spomiędzy drzew wypadło kilkadziesiąt przerażonych, odzianych w buropiaskowe płaszcze postaci i z rozpaczą zaległo po obu stronach drogi, kryjąc się wśród porzuconego sprzętu, ciał swoich towarzyszy i koni. Nad lasem na moment zapadła cisza. Katarina przyjrzała się sytuacji przez celownik. Atakujący zatrzymali się w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od traktu. Co planowali?
Wśród drzew ktoś chrząknął przez tubę nagłaśniającą.
- Russkije sałdaty! Was ostałos′ mało, waszi oficiery pogibli, u was niet szansow na spasienije. Sdawajties′! - powiedział miękki, spokojny głos. Któryś z żołnierzy strzelił w tamtym kierunku. Niemal natychmiast przygwoździł go strzelec wyborowy. Głos powtórzył apel jeszcze dwa razy, ale już po pierwszym niektórzy Rosjanie wstawali, rzucając broń. Ostatecznie poddali się wszyscy. Katarina zgrzytnęła zębami. Gdyby to byli żołnierze Rzeszy...
Spomiędzy drzew wyłoniło się kilkanaście postaci w maskujących mundurach i spędziło wszystkich jeńców w niewielką, ponurą gromadę. W tej ekspedycji brały udział co najmniej dwie kompanie, oceniła Katarina, ale bez szwanku wyszło z niej nie więcej jak czterdziestu Rosjan. Nie było wśród nich żadnego oficera. Przyjrzała się spacerującym po pobojowisku grupkom zwycięzców. Każdy z nich miał tornister i samopowtarzalny model karabinu, o niebo lepszy od kapiszonowej broni rosyjskiej. Ale najbardziej interesującą częścią był mundur. Składała się nań krótka, gruba kurtka i spodnie niknące w sięgających nieco ponad kostkę solidnych butach. Materiał wyglądał, jakby pokryto go drobniutkimi, długimi strzępami tkanin w różnych odcieniach zieleni. Kogoś odzianego w taki mundur można było w biały dzień z kilku metrów wziąć za przerośniętą kępkę trawy. Jedna tylko rzecz nie pasowała do reszty. Rzecz, której Katarina nauczyła się nienawidzić z całej duszy. Wyhaftowana czerwonymi nićmi na prawym rękawie, stylizowana sylwetka orła w koronie.
- Verdammte polnische Schweine - mruknęła z wściekłością pod nosem. - Ich hasse Euch!
Pochyliła się nad swoim karabinem i nie bacząc na niebezpieczeństwo, z odległości dwustu metrów ścięła serią trzy najbliższe postacie w maskujących mundurach.
- Ich hasse! Ich hasse! Ich hasse!
2.
Pierwszą rzeczą, która przychodziła jej do głowy na myśl o Polakach, było morze płomieni i uczucie bezradnej nienawiści. Pamiętała Reichstag zamieniony w kupę gruzów, płomienie i dywan ciał pokrywające całą Unter den Linden, a także zasnuwającą niebo kurtynę czarnego, smolistego dymu. Widziała cienie czterosilnikowych polskich lataczy, bombardujących z pułapu zbyt wysokiego dla przechwytujących myśliwców Rzeszy. Te obrazy wyryte były na zawsze w sercu każdego berlińczyka. Doszła do tego jeszcze gorycz porażki, gdy w sierpniu 1947 roku polskie armie pancerne przedarły się przez Odrę, zajmując Brandenburgię i Turyngię oraz zdobywając Berlin. Świetnie rozpoczęta wojna sudecka nie zakończyła się dla Rzeszy pomyślnie. Rozgromienie Francji, odbicie Alzacji i Lotaryngii okazało się niczym wobec ofensywy ze wschodu. Prawdziwy wróg krył się właśnie tam. Katarina gorzko płakała w dniu, w którym zdolny generał Heinz Guderian podpisywał kapitulację. Obiecała sobie, że nie dopuści, aby Rzesza i Cesarz zostali ponownie znieważeni.
Przystanęła na moment i poprawiła wyprofilowane szelki plecaka. Zerknęła najpierw na mapę, a potem przed siebie. Dostrzegła fragment ścieżki, prowadzącej ostro pod górę, aż na szczyt niewielkiego zalesionego wzniesienia. Sprawdziła busolę. To był dobry kierunek, prawie była już u celu. Rozpoczęła wspinaczkę starając się trzymać brzegu dróżki, jej świetnie wytrenowane ciało bez protestu znosiło tempo marszu.
Podobno to któryś z cesarskich historyków zwrócił uwagę na przeszłość. Na wojnę 1864 roku, przez Polaków nazywaną wyzwoleńczą. Katarina kilkakrotnie przeglądała stare zapisy z tamtego okresu oraz stosy traktujących na ich temat opracowań i zawsze zdumiewała się, że nikt nie zwrócił wcześniej uwagi na łatwość, z jaką Polacy odnieśli zwycięstwo.
Najpierw pokonali interwencyjne armie rosyjskie, a potem kilka korpusów Rzeszy, idących na pomoc dziesiątkowanym wojskom Aleksandra II.
A przecież początkowo sytuacja nie wyglądała na groźną. Po wyeliminowaniu oddziałów buntowników Langiewicza i Kurowskiego, po zwycięstwach pod Miechowem i Grochowiskami Rosjanie doszli do wniosku, że czeka ich długotrwała wojna partyzancka. Polacy nie wydawali się zdolni do wystawienia większego związku taktycznego. Tak sądzili do lipca, kiedy to oddział polskiego generała Kruka rozbił konwój rosyjski pod Żyrzynem i dał się otoczyć pod Fajsławicami, w województwie lubelskim. Z pomocą jakiejś świeżej polskiej jednostki pokonał przeważające siły pułkownika Szewczenki. Kiedy zaniepokojony tym głównodowodzący armii carskiej w Królestwie, generał Teodor Berg, ruszył z korpusem warszawskim zbadać sytuację, nadział się pod Dęblinem na dwie regularne polskie dywizje. Obie wyszkolone tak, jak żadne inne wojsko na świecie i uzbrojone w świetną, francuską - jak głosiły plotki - broń. Po całodziennym boju w okrążeniu, wobec prawdziwej masakry kawalerii Rosjanie poddali się.
Długo nikomu nie przyszło do głowy, że ta przewaga mogła zostać spowodowana czymś innym, niż słynną walecznością Polaków.
Katarina zeszła ze ścieżki między krzaki i zaczęła wspinać się po kamienistym, niezbyt stromym zboczu. Gdy stanęła na szczycie, schowała mapę do kieszeni i odpięła od pasa spłaszczony walec nadajnika. Rozejrzała się. Rosło tutaj kilkanaście drzew i trochę krzaków, ale większość pagórka zajmował olbrzymi głaz narzutowy, pozostałość epoki lodowcowej. Obeszła go od północnej, porośniętej mchem ściany i wcisnęła guzik nadajnika.
[1] 2 3 6 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Matriksowa Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.