Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 maja 2017
w Esensji w Google

Pies, czyli kot

Grzegorz Wiśniewski
[1] 2 3 7 »
Na drugim stole leżałem ja! Mógłbym się oszukiwać, że jestem szczuplejszy, smuklejszy, bardziej wysportowany – ale nie miało to sensu. To byłem ja, wielki mieszaniec o białawej sierści, skrępowany skórzanymi pasami. Ja leżący uniosłem głowę i spojrzałem na mnie.
– Cześć, cześć Albercik… to ja, poznajesz? To ja, Strucelek…
Spojrzałem w dół, na łapy. Były smukłe, drobne, szare i pręgowane. Z końców wychylały się zakrzywione, ostre pazurki.
Wielki Przewodniku, byłem kotem!

Grzegorz Wiśniewski
‹Pies, czyli kot›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułPies, czyli kot
OpisGrzegorz Wiśniewski to pisarz, fan, internauta i nieprzyjaciel kotów. Debiutował w Nowej Fantastyce opowiadaniem „Manipulatrice”. Tam też opublikował „Z kronik Powermana”. Ostatnio wspomagał swymi tekstami „Framzetę” otrzymując za „Dobrych, złych ludzi”, antywojenne fanfiction ze świata „Gwiezdnych Wojen”, nagrodę Elektrybałta. W wywiadzie powiedział, że aby napisać opowiadanie o psach i kotach, miał się opiekować dwoma przedstawicielami tego ostatniego gatunku. Przekonajmy się więc, jakie były tego efekty.
Gatunekhumor / satyra, urban fantasy
I
Mężczyzna pachniał czerwono i kolczaście.
Nieprzewidywalnie – tak podpowiadał mi mój nos. I nie mylił się. Facet był wielki, większy nawet niż tacy zwykle bywają. Wspierał sobą słup latarni, obejmując go ramionami. Z kieszeni nowiutkiego dresu wystawała mu szyjka samotnej butelki, z tych, które jak karabiny w arsenale zapełniały stojaki w znajdującym się tuż za rogiem barze „Kotwica”. Drugą, opróżnioną, niemrawym kopnięciem odturlał spod nóg. Skojarzyłem wiodącą nutę w bijącym od niego zapachu – zawartością butelki cuchnął tak, jakby się jej nie napił, a dokładnie nasmarował w celach leczniczych.
Podniósł głowę i spojrzał na mnie, z wyraźnym wysiłkiem wyostrzając wzrok. Sądząc po solidnym owalu twarzy, rozmiary ciała wepchniętego w granatowy strój marki Nike wzięły się raczej z pochłaniania tłuszczów nasyconych niż ich spalania.
– I czegośś gapisz…? – wybełkotał. Spróbował groźnie zmarszczyć brwi, przez co zamknęły mu się oczy. Z heroizmem otworzył je ponownie. – Boj… akcie zaraz rzucę…
I czy to takie dziwne, że zawsze uważałem podział na człowieka i zwierzę za sztuczny i wydumany?
Zrezygnowałem z zaliczenia tej latarni, ruszyłem dalej swoją drogą. Nie byłem ciekaw co się stanie, gdy samozwańczego Atlasa wreszcie opuszczą siły. Pobiegłem do domu zabytkowym chodnikiem z pokiereszowanego piaskowca. Tym samym, z którego rozmaici ważni ludzie są tacy dumni, i na którym potem zimą gremialnie łamią nogi. Do domu nie było daleko. Ot, kilka wąskich ulic, którymi codziennie biegałem, kilka drzew do okrążenia, miejsc do zlustrowania. W końcu truchtem wpadłem w znajomą alejkę oznaczoną przybitą na płocie tabliczką Ogrodowa. Nigdy jej nie wyasfaltowali, pozostawiając nawierzchnię ze śliskiej, kamiennej kostki, ocienioną teraz przez rosnące przy krawężnikach stare kasztany. Nie była długa. Starczało jej zaledwie na cztery domy z ogródkami po każdej stronie ulicy. Mój był trzeci po prawej, pomalowany na zielono, ze spadzistym dachem, zachowanym mimo przebudowy.
Pobiegłem wzdłuż szpaleru metalowych ogrodzeń. Nie szybciej niż zwykle, ale i tak podpalany Kordelas myśliwego, który mieszkał po drugiej stronie ulicy, zaczął szczekać jak szaleniec. Zupełnie jakbyśmy się nie znali. Z drugiej strony dziedziczył pewnie kawał niezłej psychozy po swoim właścicielu. Pokonałem ostatnie metry, przecisnąłem się przez domykaną sprężyną furtkę i pobiegłem na tyły domu, do kuchennego wejścia. Było otwarte, jak zwykle w ciepłe dni. Ostrożnie wszedłem i rozejrzałem się. Kuchnia jak to kuchnia, na pierwszy rzut oka widać, że kosztowała więcej od zaparkowanego przed domem samochodu. Pełno w niej szafek, szafeczek, szufladek, do których zagląda się tylko w amoku, powodowanym zniknięciem czegoś, co zawsze było na wierzchu. Ale przynajmniej wyglądała ładnie, a miodowy kolor sosny dodawał meblom estetycznej klasy.
Przy zastawionej garnkami kuchence krzątała się znajoma postać Podopiecznej – młodej kobiety. Zgrabnej i szczupłej, a do tego odzianej w obcisłą spódniczkę i bluzkę. Dawno przestało mnie dziwić, że ilekroć odbierała pocztę, feromony bijące od listonosza przyprawiały mnie o kichanie.
Zauważyła mnie.
– Albrecht, jesteś głodny? – zapytała, mieszając na patelni pikantną wołowinę z dodatkowym czosnkiem i kawałkami łagodnej papryki. Dała trochę za dużo pieprzu, pomyślałem, smak będzie z pewnością przytłumiony przyprawami…
Nie byłem głodny, ale oczywiście jak zwykle nie miało to znaczenia. Otworzyła dolną szafkę i wyjęła torbę suchej karmy. Zupełnie odruchowo podszedłem do miski w rogu kuchni.
Odgłos giętego papieru nie uszedł uwagi Fagasa, wyciągniętego na nasłonecznionym parapecie kuchennego okna. Czasami wydaje mi się, że koci słuch to mniej więcej to samo, co mój węch. Ale w kwestii jedzenia działa jakby lepiej. Fagas na przykład, dobre parę kilogramów nie tylko żywej wagi, potrafi po dźwięku rozróżnić potencjalne menu. Wie, czy dostanie kawałek kotleta, szynki, czy boczku. Na szczęk otwieranej puszki z Whiskasem w ogóle nie otwiera oczu. Potrafi nawet poznać czy i w jakim sosie jest proponowane mu danie – słodko-kwaśnego nie znosi, to wiem na pewno.
A moje żarcie też mu smakuje, chociaż zawsze twierdzi, że jada je tylko na przeczyszczenie.
– Więc jak, zjesz coś? – powtórzyła Podopieczna, pogładziła mnie między uszami, po czym podrapała po grzbiecie. Sapnąłem bez złości i oddaliłem się do przedpokoju. Czy oni nie zdają sobie sprawy, że podobne propozycje są niemoralne? Mam w kwestii jedzenia pewne zasady, ale niektórzy moi przyjaciele nie. W efekcie ostatnio ktoś omal nie usiadł na jednym z nich, biorąc go za pufę.
Poczłapałem na swoje posłanie, kawał grubego koca rozścielony w najważniejszym miejscu domu – w rogu korytarza między gabinetem a sypialnią. Aneksja tego miejsca swego czasu kosztowała mnie sporo cierpliwości. Tyle razy przeciągałem posłanie z kuchni do tego rogu, aż postawiłem na swoim. Teraz zaledwie zdążyłem złożyć pysk na łapach, gdy z kuchni majestatycznie wymaszerował Fagas. To musi być strasznie męczące poruszać się w taki sposób, wyciągając kończyny jak na zawodach gimnastycznych. Nie szkoda tym kotom ścięgien?
Fagas oczywiście wcale się tak nie nazywa. Podopieczna nazywa go Herbertem. Podopieczny oficjalnie też, ale nie wtedy, gdy jest sam. Wiem, że to obraźliwe miano, ale nie pozbawione przyczyny. Fagas lubi łazić po biurku Podopiecznego, zwłaszcza w pobliżu drogich urządzeń elektronicznych. A że wygląda jak kluczowy element laboratorium do badań elektrostatyki, Podopieczny swojego laptopa naprawiał już trzy razy. W zeszłym tygodniu „Fagas” wypsnął mu się przy Podopiecznej. Ale była awantura.
Sam zainteresowany udaje, że go to w ogóle nie obchodzi i każe tytułować się jakimiś kocimi, trudnymi do przekazania mli-mli. Ale pewnie to też ma w nosie.
Mnie komputery kompletnie nie interesują. Wolę książki.. Dają mnóstwo frajdy jak się je gryzie.
Ku mojemu zaskoczeniu tym razem Fagas okazał się mniej wyniosły niż zwykle.
– Al, mam sprawę – przekazał, zatrzymując się osiem łap przede mną.
Nie kpił, nie ściemniał jak to miał w zwyczaju. Chory, czy co?
– Co jest, Herb? – zapytałem. Sądząc po ruchach ogona był zaniepokojony.
– Al… Możesz mi pomóc?
Opadłaby mi szczęka, gdybym nie opierał jej na łapach. On prosi o pomoc mnie? Ten balon napompowany butą tak bardzo, że komisja techniczna zabroniłaby mu startu w pucharze Gordona-Bennetta, od którego w moim kierunku płynęły wyłącznie żarty i kpiny? Co się dzieje z tym światem…
– Co? – to była najinteligentniejsza wypowiedź, na jaką było mnie stać w tej sytuacji. Żywa woda na młyn Jego Uszczypliwości.
– Cholera, Al – zniecierpliwił się. I nie zakpił. – To poważna sprawa. Widziałeś dziś Strucla?
– Kogo? Ziutka?
– Tak, Małego.
– Nie – zauważyłem z zaskoczeniem. – Nie widziałem. Od samego rana.
Strucel. Ziutek. Mały. Znaczy kumpel Fagasa po prostu. Sympatyczny koci przygłup, którego nawet ja lubię. Z początku reguły były jasne – jeden pies, czyli ja i jeden kot – czyli Fagas. I tak sobie mieszkaliśmy pod jednym dachem, bez jakiegoś przeraźliwego overkillu. Niestety z jakiegoś spaceru Podopieczna przyniosła małe, zmoknięte i zabiedzone kocię. Było tak głodne, że od razu dopadło najbliższego jedzenia – jakiegoś ciasta. Podopieczna natychmiast ochrzciła go Struclem i tak ze zdrowej proporcji zrobiło się nagle dwóch na jednego. Z początku miałem z tym niezły zgryz. Gdyby wyrósł z niego drugi Fagas, byłoby po mnie. O dziwo jednak kot okazał się sympatyczny i szczery – o ile oczywiście wolno mi użyć tego słowa w odniesieniu do kota. Podopieczna go uwielbia, Podopieczny lubi, a Fagas zachowuje się względem niego jak starszy brat. Ja? Cóż, ja jestem, powiedzmy, kolegą starszego brata. Ale naprawdę go lubię, mimo że chwilami wydaje się nieco nierozgarnięty. Zresztą może jeszcze zrobię z niego porządnego psa.
– Ja też nie – dramatycznie przekazał Fagas. – Chociaż w moim przypadku w grę wchodzi wczorajszy wieczór. Rozstaliśmy się pod piwnicami. Każdy poszedł w swoją stronę. Tyle, że ja rano wróciłem.
– Tam była wczoraj jakaś rozróba – zauważyłem. – Wiem od Rudego. Kocie sprawy bez wątpienia, bo kto inny walczyłby tak zajadle o dostęp do śmietnika.
Fagas najeżył się – przepraszam, uniósł się honorem.
– Co ty możesz o tym wiedzieć, biały psie – sarknął. Pewnie sądził, że jest obraźliwy, ale według mnie po prostu przedawkował Karola Maya. – Nie wiesz, jaka to odpowiedzialność opiekować się rozległym terytorium. Chronić przed obcymi. Wizytować…
– … imponować panienkom? – wpadłem mu w słowo.
[1] 2 3 7 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Selekcja naturalna
Anna Grzanek

20 V 2017

Dalej było już tylko dziwniej. Inny Poznań zaczął się pojawiać również w dzień; najpierw tylko na ułamki sekund, ale jednak. Śmiali się, że przestał być Nocnym Poznaniem, ale był to bardzo nerwowy i niepewny śmiech.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Obca opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Matriksowa Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Dobrzy, źli ludzie
— Grzegorz Wiśniewski

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.