Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 sierpnia 2017
w Esensji w Google

Nie nauczyłem się tanga

Roman Cielecki
[1] 2 3 5 »
Czy tango może stać się czymś w rodzaju obsesyjnej neurozy? Teoretycznie wszystko jest możliwe, na przykład u Prousta zapach margeritki wywoływał ciągi skojarzeń na kilkaset stron druku – a czymże jest pospolity kwiatuszek wobec argentyńskiego tanga?

Roman Cielecki
‹Nie nauczyłem się tanga›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRoman Cielecki
TytułNie nauczyłem się tanga
OpisZ opowiadaniem tym, najwyżej ocenionym w naszym konkursie (II nagroda) wiąże się pewna smutna historia. Telefonując do autora po wysłaniu dyplomu (autor nie podał swojego adresu e-mail, być może go nie posiadał), otrzymaliśmy bardzo smutną wiadomość – pan Roman Cielecki nie doczekał rozstrzygnięcia konkursu, umarł niedługo przed naszą informacją… Taka wiadomość pozwala inaczej spojrzeć na to niezwykle dojrzałe, mądre, refleksyjne, a jednocześnie pogodne i podnoszące na duchu opowiadanie. Nie należy ono do najpopularniejszego na łamach „Esensji” nurtu rozrywkowego, przywodzi na myśl dojrzałe głównonurtowe teksty Milana Kundery i Antoniego Libery. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że autor o takim talencie literackim nie zyskał szerszego rozgłosu, podczas gdy utwory twórców dużo mniej uzdolnionych zalegają półki księgarskie. Być może nigdy nie dowiedzielibyśmy o jego istnieniu, gdyby nie nasz konkurs, wydaje się, że jego śmierć jest dużą stratą dla polskiej literatury, z czego nawet nie zdaje ona sobie sprawy. Pozostawmy jednak te smutne rozmyślania – „Nie nauczyłem się tanga”, to tekst, choć momentami gorzki i refleksyjny, to jednak nadal pełen afirmacji życia, pogodny i zabawny. Zapraszamy do lektury – to naprawdę znakomita literatura.
Gatunekobyczajowa
1. FALSTART
Czy tango może stać się czymś w rodzaju obsesyjnej neurozy? Teoretycznie wszystko jest możliwe, na przykład u Prousta zapach margeritki wywoływał ciągi skojarzeń na kilkaset stron druku – a czymże jest pospolity kwiatuszek wobec argentyńskiego tanga?
U mnie musiał to być jeden z freudowskich kompleksów, jaki zakorzenił mi się dość późno, kiedy w ogólniaku na próbach zespołu folklorystycznego trenowaliśmy polki-galopki, mazury, walczyki murarskie, sztajery, hopaki i tego rodzaju produkcję etnologów ludu naszego oraz innych ludów przodujących tudzież uciskanych.
Wtedy właśnie objawiło mi się klasyczne tango, choć – na zdrowy rozum – nic takiego zdarzyć się nie miało prawa. Liceum było socjalistyczne, robotniczo-chłopska młodzież w stu procentach zorganizowana w ZMP, a program zajęć ściśle ukierunkowany na kulturę ludową w formie i narodową w treści.
Tylko że instruktorów mieliśmy jakby z innej planety. Nauczycielem tańca, z braku ideowych fachowców, dyrekcja mianowała szkolnego intendenta, pana Stanisława, albowiem – jak się w jego papierach okazało – był on przedwojennym fordanserem, w dodatku absolwentem szkoły profesora Wieczystego.
Na fortepianie przygrywał Adam Mickiewicz, „z tych” Mickiewiczów jak najbardziej: jego ojciec, Telesfor, był chrześniakiem Władysława, najmłodszego syna wieszcza. Za udział w powstaniu styczniowym odcierpiał katorgę, a że po Sybirze nikt nie mógł wrócić w rodzinne strony – czystym przypadkiem wybrał okolice naszego miasteczka na miejsce osiedlenia.
Imiennik poety był już siwiutkim staruszkiem; oczy miał całkiem wyblakłe, z maleńkimi źrenicami – ale mimo to walił w klawisze potężnie jak sam Paderewski. Intendent, o urodzie Mefista, musiał kiedyś mieć duże powodzenie u pań, bo nasze dziewczyny na wyścigi wpadały mu w ramiona, kiedy demonstrował nowe układy taneczne.
Co pewien czas panowie robili przerwę; pochylali się za pudłem fortepianu i po jakichś manipulacjach ukazywali ożywione, uśmiechnięte oblicza, ciumkając miętuska dla kamuflażu. Nie zważaliśmy na to – nawet imponowała nam ich szlachecko-burżuazyjna przeszłość, której ciekawsze fragmenty pan Stanisław czasem konfidencjonalnie ujawniał.
Na przykład, że w czasie okupacji pianista dawał koncerty muzyki Szopena, na których bywali partyzanci AK i narodowcy o takich pseudonimach, jakie dziś budziły drżączkę partyjnych mózgów i które to persony należało obrzydzać społeczeństwu i potępiać na okazjonalnych spędach.
Albo że pan Adam pracował jako taper w epoce niemego kina i stracił wzrok od śledzenia akcji na drgającym ekranie. Tak że musi sobie co pewien czas strzelić kielicha – wtedy otwiera mu się w oku maleńki otworek, jak łepek szpilki, ale wystarczający, by ujrzeć trochę świata bożego.
Pewnie tak było, bo na zajęcia zespołu prowadzała go żona, potem sam trafiał do domu. W każdym razie te zdrowotne zabiegi obu panów wcale nas nie gorszyły. Ba! To właśnie one sprowokowały, by rzec uczenie, ów epizod psychotyczny, jakiego nie miała w planach marksistowska pedagogia.
A stało się to podczas pieskiej pogody, kiedy pan Adam szczególnie często musiał poprawiać sobie wzrok. Po kolejnej przerwie artyści poszeptali tajemniczo, instruktor rozjarzył szatańskie oczka i klasnął w ręce:
– Mesdames, messieurs! Uwaga! Maestro – tango s′il vous plait!
Skłonił się przed moją partnerką Izą, z którą byłem na etapie nieśmiałych pocałunków, a która najszybciej załapywała nowe rytmy i kroczki, i pod twardo rąbany akompaniament „La Cumparsity” zaczęli wygibasy, jakich jeszcześmy nigdy nie oglądali – salonowych tańców przecież nie było w tradycji kulturowej naszych rodzin.
Staliśmy jak zaczarowani, z poczuciem dramatycznego rozdwojenia. W bierutowskiej Polsce objawił nam się Wielki Świat! Ale mniejsza z tym – był jeszcze inny powód, że ja wprost tchu nie mogłem złapać, tak mnie to trafiło w sam środek duszy. Jako młodzik w okresie nadpobudliwości seksualnej bystry byłem w erotycznych skojarzeniach, a to, co wyczyniał pan Stanisław z Izą, bez wątpienia ilustrowało grzech pierworodny! Kuszenie Adama, pozorny odwrót Ewy i wymuszona, choć z elegancją, męska dominacja. Tak jakby Adam wcale się nie speszył odkryciem, że oboje są w Raju nadzy.
Przetańczyli jedną rundę nieco utykając, w drugiej już poszło całkiem sprawnie. Iza rzeczywiście miała dryg do tańca i poddała się sprawnym rękom pana Stanisława, który na koniec ucałował jej dłoń, a nam kazał zejść ze sceny na salę gimnastyczną, żebyśmy mieli dość miejsca do rozpędu.
– Spróbujemy? – spytał retorycznie i zapewnił, że to nic trudnego, jeśli pamiętać, że tańczy się głową, a ręce i nogi same zrobią resztę. No więc zawsze cztery kroczki w rytmie: wolno, szybko-szybko, wolno; wolno, szybko-szybko, wolno. Jasne? To do roboty!
Ustawieni w dwuszereg chwyciliśmy partnerki ciaśniej niż w ludowych tańcach i zaczęło się odliczanie kroków w przód i w tył. Nie od razu poszło dobrze – na szkolnych zabawach i prywatkach dominowało szuranie nogami w nieśmiertelnym tempie „dwa na jeden”, tak że trudno było się przestawić.
Ale nastrój był wspaniały! Rozruszaliśmy się pomalutku i nadszedł czas na obroty; instruktor, zatankowany na poziomie gadatliwego rauszu, demonstrował kolejne figury popisując się znajomością angielszczyzny: guarter turs! closed promenadę! right rock turn! reverse turn, lady out-side!
Okazało się, że każda zmiana pozycji daje nam dodatkową przyjemność – dla wyhamowania pędu najlepiej było zderzyć się z partnerką. Ten łącznik, czyli progressive link, wykonywaliśmy z nadmiernym nawet zapałem; odkryłem przy tym, że Iza ładnie mi się zaokrągliła w biuście, czego pod szkolnym fartuszkiem wcale nie było widać.
Rozpaliło nas to tango niesamowicie, ale nie ma miłości bez bólu. Nagle ponad melodię i komendy instruktora przebił się jakże nam znany, samonapędzający się wrzask oburzenia. Stanęliśmy; pan Stanisław jakby poszarzał – tylko pianista spokojnie zakończył grę wyszukanym pasażem.
Ilustracja: <a href='mailto:a_wawrzaszek@wp.pl'>Artur Wawrzaszek</a>
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
W drzwiach sali miotał się zastępca dyrektora do spraw polityczno-wychowawczych; ucho miał wprawdzie drewniane, jednak burżujską melodię rozpoznać potrafił. Więc tu taka krecia robota??? Co to w ogóle jest??? Na pasku światowego imperializmu młodzież się prowadza?
Wystraszył nas, ale już nie w takim stopniu, jak tego wymagały ówczesne standardy. Słowo daję, pół godzinki tanga zupełnie nas zbuntowało; ani pomyśleliśmy o rytualnej samokrytyce. Byliśmy raczej rozdrażnieni i niecierpliwi, kiedy ta fanatyczna pała wreszcie sobie pójdzie.
No bo co mógł nam zrobić? Batiuszka Stalin legł już w mauzoleum obok Lenina, przebąkiwało się o jakiejś odnowie. A my byliśmy wizytówką szkoły; nasze występy oklaskiwali na akademiach towarzysze miejscy, gminni i powiatowi, znała nas publiczność z fabryk, pegeerów i spółdzielni produkcyjnych. W żaden sposób ani nas, ani instruktorów ruszyć nie mogli.
Grono nauczycielskie już nie było ideologicznie popędliwe – wychowawca pogadał z nami z przymrużeniem oka i sprawa przyschła. Może i przedwcześnie skusił nas ten zakazany owoc, aleśmy jeszcze parę razy poćwiczyli tango; na wszelki wypadek rezerwowy kolega wyskakiwał „na czuja”, czy przypadkiem politruk nie wybiera się na hospitację zajęć pozalekcyjnych.
Niedługo potem nadeszło przedmaturalne półrocze, nasze miejsca w zespole przejął narybek z młodszych klas i urwała się szkolna przygoda z tangiem; nie opanowaliśmy go należycie, ale zdążyliśmy się w nim rozsmakować.
Dla mnie tango miało jeszcze sporo niespodzianek – anim myślał, że kryje się w nim tyle odmian i znaczeń. I jakże odległych od czystego tańca!
2. HABANERA
Na studiach nie miałem okazji dotrzeć zdobytej umiejętności i zabłysnąć figurowym tangiem. Gomułka zapowiedział liberalizację i przy okazji wypuścił z podziemia jazz. Zaraz potem przyszła moda na rock′n roll i każdy wydział roił się od domorosłych kapel w najdziwniejszych składach – a my, zamiast wkuwać, szaleliśmy w tańcu, prześcigając się w wymyślnych kroczkach, zwrotach i przerzutach.
Mimo tych okoliczności tango czekało na mnie cierpliwie. Zaliczałem już czwarty rok, kiedy uniwerek zorganizował wycieczkę do Leningradu. Obsiedliśmy cały wagon, ekscytując się tyleż wypadem do miasta Piotra I, Puszkina i Mickiewicza, co i towarem, jaki miał być opędzlowany w Sojuzie.
Wieźliśmy tandetną namiastkę Zachodu: kwieciste koszulki, krawaty z nagimi babkami, płaszczyki z imitacji ortalionu, skarpety w kolorowe paski, welwetowe spodnie-rurki, nabijane błyszczącymi ćwieczkami, długopisy ze striptiserką i tego rodzaju ponętne na Rusi artykuły. I ten groszowy chłam przyniósł niebotyczną górę rubli!
Nie mieliśmy aż takich talentów handlowych – sukces umożliwił nam Alosza, pilot wycieczki z „Inturista”, który czekał na nas w punkcie kontroli celnej w Grodnie. Początkowo udawał sztywnego komsomolca, ale gdy walnął dwie lufy „Wyborowej” pod pęto „swojskiej” kiełbasy, a jedna z dziewczyn ochotniczo zagrała rolę jego ukochanej – już był nasz. Wskazał nam punkty podziemnego handlu i zdradził najkorzystniejsze przeliczniki.
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.