Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensji w Google

Nie nauczyłem się tanga

Roman Cielecki
[1] 2 3 5 »
Czy tango może stać się czymś w rodzaju obsesyjnej neurozy? Teoretycznie wszystko jest możliwe, na przykład u Prousta zapach margeritki wywoływał ciągi skojarzeń na kilkaset stron druku – a czymże jest pospolity kwiatuszek wobec argentyńskiego tanga?

Roman Cielecki
‹Nie nauczyłem się tanga›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRoman Cielecki
TytułNie nauczyłem się tanga
OpisZ opowiadaniem tym, najwyżej ocenionym w naszym konkursie (II nagroda) wiąże się pewna smutna historia. Telefonując do autora po wysłaniu dyplomu (autor nie podał swojego adresu e-mail, być może go nie posiadał), otrzymaliśmy bardzo smutną wiadomość – pan Roman Cielecki nie doczekał rozstrzygnięcia konkursu, umarł niedługo przed naszą informacją… Taka wiadomość pozwala inaczej spojrzeć na to niezwykle dojrzałe, mądre, refleksyjne, a jednocześnie pogodne i podnoszące na duchu opowiadanie. Nie należy ono do najpopularniejszego na łamach „Esensji” nurtu rozrywkowego, przywodzi na myśl dojrzałe głównonurtowe teksty Milana Kundery i Antoniego Libery. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że autor o takim talencie literackim nie zyskał szerszego rozgłosu, podczas gdy utwory twórców dużo mniej uzdolnionych zalegają półki księgarskie. Być może nigdy nie dowiedzielibyśmy o jego istnieniu, gdyby nie nasz konkurs, wydaje się, że jego śmierć jest dużą stratą dla polskiej literatury, z czego nawet nie zdaje ona sobie sprawy. Pozostawmy jednak te smutne rozmyślania – „Nie nauczyłem się tanga”, to tekst, choć momentami gorzki i refleksyjny, to jednak nadal pełen afirmacji życia, pogodny i zabawny. Zapraszamy do lektury – to naprawdę znakomita literatura.
Gatunekobyczajowa
1. FALSTART
Czy tango może stać się czymś w rodzaju obsesyjnej neurozy? Teoretycznie wszystko jest możliwe, na przykład u Prousta zapach margeritki wywoływał ciągi skojarzeń na kilkaset stron druku – a czymże jest pospolity kwiatuszek wobec argentyńskiego tanga?
U mnie musiał to być jeden z freudowskich kompleksów, jaki zakorzenił mi się dość późno, kiedy w ogólniaku na próbach zespołu folklorystycznego trenowaliśmy polki-galopki, mazury, walczyki murarskie, sztajery, hopaki i tego rodzaju produkcję etnologów ludu naszego oraz innych ludów przodujących tudzież uciskanych.
Wtedy właśnie objawiło mi się klasyczne tango, choć – na zdrowy rozum – nic takiego zdarzyć się nie miało prawa. Liceum było socjalistyczne, robotniczo-chłopska młodzież w stu procentach zorganizowana w ZMP, a program zajęć ściśle ukierunkowany na kulturę ludową w formie i narodową w treści.
Tylko że instruktorów mieliśmy jakby z innej planety. Nauczycielem tańca, z braku ideowych fachowców, dyrekcja mianowała szkolnego intendenta, pana Stanisława, albowiem – jak się w jego papierach okazało – był on przedwojennym fordanserem, w dodatku absolwentem szkoły profesora Wieczystego.
Na fortepianie przygrywał Adam Mickiewicz, „z tych” Mickiewiczów jak najbardziej: jego ojciec, Telesfor, był chrześniakiem Władysława, najmłodszego syna wieszcza. Za udział w powstaniu styczniowym odcierpiał katorgę, a że po Sybirze nikt nie mógł wrócić w rodzinne strony – czystym przypadkiem wybrał okolice naszego miasteczka na miejsce osiedlenia.
Imiennik poety był już siwiutkim staruszkiem; oczy miał całkiem wyblakłe, z maleńkimi źrenicami – ale mimo to walił w klawisze potężnie jak sam Paderewski. Intendent, o urodzie Mefista, musiał kiedyś mieć duże powodzenie u pań, bo nasze dziewczyny na wyścigi wpadały mu w ramiona, kiedy demonstrował nowe układy taneczne.
Co pewien czas panowie robili przerwę; pochylali się za pudłem fortepianu i po jakichś manipulacjach ukazywali ożywione, uśmiechnięte oblicza, ciumkając miętuska dla kamuflażu. Nie zważaliśmy na to – nawet imponowała nam ich szlachecko-burżuazyjna przeszłość, której ciekawsze fragmenty pan Stanisław czasem konfidencjonalnie ujawniał.
Na przykład, że w czasie okupacji pianista dawał koncerty muzyki Szopena, na których bywali partyzanci AK i narodowcy o takich pseudonimach, jakie dziś budziły drżączkę partyjnych mózgów i które to persony należało obrzydzać społeczeństwu i potępiać na okazjonalnych spędach.
Albo że pan Adam pracował jako taper w epoce niemego kina i stracił wzrok od śledzenia akcji na drgającym ekranie. Tak że musi sobie co pewien czas strzelić kielicha – wtedy otwiera mu się w oku maleńki otworek, jak łepek szpilki, ale wystarczający, by ujrzeć trochę świata bożego.
Pewnie tak było, bo na zajęcia zespołu prowadzała go żona, potem sam trafiał do domu. W każdym razie te zdrowotne zabiegi obu panów wcale nas nie gorszyły. Ba! To właśnie one sprowokowały, by rzec uczenie, ów epizod psychotyczny, jakiego nie miała w planach marksistowska pedagogia.
A stało się to podczas pieskiej pogody, kiedy pan Adam szczególnie często musiał poprawiać sobie wzrok. Po kolejnej przerwie artyści poszeptali tajemniczo, instruktor rozjarzył szatańskie oczka i klasnął w ręce:
– Mesdames, messieurs! Uwaga! Maestro – tango s′il vous plait!
Skłonił się przed moją partnerką Izą, z którą byłem na etapie nieśmiałych pocałunków, a która najszybciej załapywała nowe rytmy i kroczki, i pod twardo rąbany akompaniament „La Cumparsity” zaczęli wygibasy, jakich jeszcześmy nigdy nie oglądali – salonowych tańców przecież nie było w tradycji kulturowej naszych rodzin.
Staliśmy jak zaczarowani, z poczuciem dramatycznego rozdwojenia. W bierutowskiej Polsce objawił nam się Wielki Świat! Ale mniejsza z tym – był jeszcze inny powód, że ja wprost tchu nie mogłem złapać, tak mnie to trafiło w sam środek duszy. Jako młodzik w okresie nadpobudliwości seksualnej bystry byłem w erotycznych skojarzeniach, a to, co wyczyniał pan Stanisław z Izą, bez wątpienia ilustrowało grzech pierworodny! Kuszenie Adama, pozorny odwrót Ewy i wymuszona, choć z elegancją, męska dominacja. Tak jakby Adam wcale się nie speszył odkryciem, że oboje są w Raju nadzy.
Przetańczyli jedną rundę nieco utykając, w drugiej już poszło całkiem sprawnie. Iza rzeczywiście miała dryg do tańca i poddała się sprawnym rękom pana Stanisława, który na koniec ucałował jej dłoń, a nam kazał zejść ze sceny na salę gimnastyczną, żebyśmy mieli dość miejsca do rozpędu.
– Spróbujemy? – spytał retorycznie i zapewnił, że to nic trudnego, jeśli pamiętać, że tańczy się głową, a ręce i nogi same zrobią resztę. No więc zawsze cztery kroczki w rytmie: wolno, szybko-szybko, wolno; wolno, szybko-szybko, wolno. Jasne? To do roboty!
Ustawieni w dwuszereg chwyciliśmy partnerki ciaśniej niż w ludowych tańcach i zaczęło się odliczanie kroków w przód i w tył. Nie od razu poszło dobrze – na szkolnych zabawach i prywatkach dominowało szuranie nogami w nieśmiertelnym tempie „dwa na jeden”, tak że trudno było się przestawić.
Ale nastrój był wspaniały! Rozruszaliśmy się pomalutku i nadszedł czas na obroty; instruktor, zatankowany na poziomie gadatliwego rauszu, demonstrował kolejne figury popisując się znajomością angielszczyzny: guarter turs! closed promenadę! right rock turn! reverse turn, lady out-side!
Okazało się, że każda zmiana pozycji daje nam dodatkową przyjemność – dla wyhamowania pędu najlepiej było zderzyć się z partnerką. Ten łącznik, czyli progressive link, wykonywaliśmy z nadmiernym nawet zapałem; odkryłem przy tym, że Iza ładnie mi się zaokrągliła w biuście, czego pod szkolnym fartuszkiem wcale nie było widać.
Rozpaliło nas to tango niesamowicie, ale nie ma miłości bez bólu. Nagle ponad melodię i komendy instruktora przebił się jakże nam znany, samonapędzający się wrzask oburzenia. Stanęliśmy; pan Stanisław jakby poszarzał – tylko pianista spokojnie zakończył grę wyszukanym pasażem.
Ilustracja: <a href='mailto:a_wawrzaszek@wp.pl'>Artur Wawrzaszek</a>
Ilustracja: Artur Wawrzaszek
W drzwiach sali miotał się zastępca dyrektora do spraw polityczno-wychowawczych; ucho miał wprawdzie drewniane, jednak burżujską melodię rozpoznać potrafił. Więc tu taka krecia robota??? Co to w ogóle jest??? Na pasku światowego imperializmu młodzież się prowadza?
Wystraszył nas, ale już nie w takim stopniu, jak tego wymagały ówczesne standardy. Słowo daję, pół godzinki tanga zupełnie nas zbuntowało; ani pomyśleliśmy o rytualnej samokrytyce. Byliśmy raczej rozdrażnieni i niecierpliwi, kiedy ta fanatyczna pała wreszcie sobie pójdzie.
No bo co mógł nam zrobić? Batiuszka Stalin legł już w mauzoleum obok Lenina, przebąkiwało się o jakiejś odnowie. A my byliśmy wizytówką szkoły; nasze występy oklaskiwali na akademiach towarzysze miejscy, gminni i powiatowi, znała nas publiczność z fabryk, pegeerów i spółdzielni produkcyjnych. W żaden sposób ani nas, ani instruktorów ruszyć nie mogli.
Grono nauczycielskie już nie było ideologicznie popędliwe – wychowawca pogadał z nami z przymrużeniem oka i sprawa przyschła. Może i przedwcześnie skusił nas ten zakazany owoc, aleśmy jeszcze parę razy poćwiczyli tango; na wszelki wypadek rezerwowy kolega wyskakiwał „na czuja”, czy przypadkiem politruk nie wybiera się na hospitację zajęć pozalekcyjnych.
Niedługo potem nadeszło przedmaturalne półrocze, nasze miejsca w zespole przejął narybek z młodszych klas i urwała się szkolna przygoda z tangiem; nie opanowaliśmy go należycie, ale zdążyliśmy się w nim rozsmakować.
Dla mnie tango miało jeszcze sporo niespodzianek – anim myślał, że kryje się w nim tyle odmian i znaczeń. I jakże odległych od czystego tańca!
2. HABANERA
Na studiach nie miałem okazji dotrzeć zdobytej umiejętności i zabłysnąć figurowym tangiem. Gomułka zapowiedział liberalizację i przy okazji wypuścił z podziemia jazz. Zaraz potem przyszła moda na rock′n roll i każdy wydział roił się od domorosłych kapel w najdziwniejszych składach – a my, zamiast wkuwać, szaleliśmy w tańcu, prześcigając się w wymyślnych kroczkach, zwrotach i przerzutach.
Mimo tych okoliczności tango czekało na mnie cierpliwie. Zaliczałem już czwarty rok, kiedy uniwerek zorganizował wycieczkę do Leningradu. Obsiedliśmy cały wagon, ekscytując się tyleż wypadem do miasta Piotra I, Puszkina i Mickiewicza, co i towarem, jaki miał być opędzlowany w Sojuzie.
Wieźliśmy tandetną namiastkę Zachodu: kwieciste koszulki, krawaty z nagimi babkami, płaszczyki z imitacji ortalionu, skarpety w kolorowe paski, welwetowe spodnie-rurki, nabijane błyszczącymi ćwieczkami, długopisy ze striptiserką i tego rodzaju ponętne na Rusi artykuły. I ten groszowy chłam przyniósł niebotyczną górę rubli!
Nie mieliśmy aż takich talentów handlowych – sukces umożliwił nam Alosza, pilot wycieczki z „Inturista”, który czekał na nas w punkcie kontroli celnej w Grodnie. Początkowo udawał sztywnego komsomolca, ale gdy walnął dwie lufy „Wyborowej” pod pęto „swojskiej” kiełbasy, a jedna z dziewczyn ochotniczo zagrała rolę jego ukochanej – już był nasz. Wskazał nam punkty podziemnego handlu i zdradził najkorzystniejsze przeliczniki.
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.