Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Obca opowieść wigilijna

Grzegorz Wiśniewski
[1] 2 3 »
– Tak więc odkryłaś coś czego nie udało się znaleźć pod żadną z trzystu narodowych wersji choinki – odezwała się znów ruda jędza. Przekartkowała notatki i zaciągnęła się papierosem. – Prezent, który nie potrzebuje nosiciela, sam się przemieszcza i sam rozpakowuje – tak powiedziałaś. I wzbudza skoncentrowaną, absolutnie niemoralną radość, która samym swoim istnieniem godzi w zdrowe, prawe i moralnie zjednoczone społeczeństwo.

Grzegorz Wiśniewski
‹Obca Opowieść Wigilijna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorGrzegorz Wiśniewski
TytułObca Opowieść Wigilijna
Opis„Obca Opowieść Wigilijna” to trzeci z cyklu świątecznych tekstów Grega Wiśniewskiego. Tym razem niespodziewany atak Świąt czeka załogę statku „Baron Wrangl”.
Gatunekhumor / satyra, SF
I.
Ciemny kształt dryfował wolno, muskany skąpym światłem odległych gwiazd. Był raczej niewielki, owalny, kanciasty w tylnej części. Wyraźnie poznaczony upływem czasu. Oficerowie wachtowi nie dostrzegli go do ostatniej chwili i potężna, czarna bryła statku nie zwalniając sunęła na mu spotkanie.
W sumie trudno się dziwić – na mostku atomowego lodołamacza ratunkowego „Baron Wrangl” (ex-„Pułkownik Czapajew”) trwały właśnie imieniny kapitana. A na takich okrętach są świetne warunki do świętowania – na mostku szerokie szpalery między stanowiskami, na pulpitach mnóstwo dźwigni i pokręteł, za które można złapać w razie nagłej utraty równowagi – a i do toalety blisko. Kapitan miał gest: w Murmańsku przetoczono na pokład pół cysterny pierwszorzędnego samogonu, pierwotnie przeznaczonego do konserwacji rakietotorped na okrętach podwodnych. Samogon był naprawdę dobry – oficerowie wachtowi nie od niego oślepli. W każdym razie nie bezpośrednio. Dwóch śpiewało w chórze z kapitanem i sternikiem, a trzeci, z głową opartą o ekran radaru, cytował z pamięci ogólną teorię względności. Szczęściem „Baron Wrangl” miał na pokładzie nie tylko oficerów.
Nieznany obiekt zbliżał się na tyle wolno, że możliwa była próba przechwycenia. Z dziobu wychyliły się długie ramiona bosaków i przyciągnęły go do burty. W ślad za bosakami pojawił się jasny promień światła z punktowego reflektora. Dokładnie i bez pośpiechu przeczesał cały obiekt.
Był to nieznaczny odprysk lodowej góry, niewielka kra z małym śnieżnym pagórkiem pośrodku. Pagórkiem o dziwacznym, intrygująco podłużnym kształcie. Przyszpilony snopem światła zdradzał, że nie z samego śniegu i lodu się składa.
Musiał wyglądać faktycznie zachęcająco, bo zabłysł kolejny reflektor, a po nim pojawił się bosak z przymocowanym licznikiem Geigera. Licznik miarowo tykał już na pokładzie, a odsunięty od burty umilkł. W ślad za nim na krę zsunęły się więc dwie postacie w grubych kombinezonach przeciwradiacyjnych. Jedna na wszelki wypadek przyjrzała się licznikowi.
– Chyba bezpiecznie – odezwała się zmęczonym tonem. – Na ten bimber, który bosman pędził w obiegu pierwotnym reagował, nie Pietia? A teraz cisza.
– Ty, Wołodia, może zamarzł?
Wezwany potrząsnął energicznie instrumentem.
– Eee, chyba nie. Tylko coś w nim grzechocze.
Pieta wzruszył ramionami, zajęty obwiązywaniem okrętowej cumy wokół wbitego w krę bosaka. Gdy skończył, obaj podeszli do lodowego pagórka, oświetlając sobie drogę latarkami. Ostrożnie odgarnęli spiętrzony na nim śnieg.
Pod spodem odnaleźli kanciasty obrys jakiegoś pojazdu. Raczej długi, w kolorze trudnym do zidentyfikowania w świetle latarek. Najwyraźniej bez dachu, ale za to z kadłubem przypominającym krzywiznami kwiat narcyza. Pietia zdrapał warstewkę lodu na burcie pojazdu. W oczyszczonym miejscu dostrzegł kontur wpisanej w okrąg gwiazdy.
– Wołodia, zobacz! Zobacz! – zawołał do kolegi, który właśnie oczyszczał ze śniegu lewą, wydłużoną część pagórka. – Mercedes!
Znalezisko spotkało się jednak ze sceptycznym przyjęciem.
– Nie może być – zawyrokował Wołodia wracając do odśnieżania. – To kabrio. Kto wybrałby się czymś podobnym w te strony?
Pietia przyjrzał się jeszcze raz wygrawerowanemu symbolowi.
– Sam nie wiem – mruknął kontynuując odgarnianie śniegu. – Ale widywałem już dziwniejsze rzeczy…
– Ale po samogonie bosmana – przypomniał mu Wołodia. – A wszystkie te… – nagle umilkł w pół słowa i przerwał odgarnianie.
Pietia obejrzał się, poświecił latarką. Wołodia odsłonił chyba większość z tego, co znajdowało się przed pojazdem. Teraz stał, wsparty pod boki i krytycznie oglądał to, co wyłoniło się spod śniegu. Wyglądało, że pojazd był zaprzężony w cztery, teraz zamarznięte, renifery.
Obejrzał się na Pietię.
– Jeżeli to jest to o czym myślę… – powiedział z niedowierzaniem.
– Wiem, wiem – Pietia wpadł mu w słowo. – Dla mnie to też najdziwniejszy Mercedes jakiego widziałem w życiu…
Wołodia tylko parsknął coś w mroźne powietrze.
– A co ty znalazłeś?
Pietia odgarnął ręką jeszcze kilka porządnych pryzm i aż gwizdnął.
– Ktoś tu jest. Na tylnym siedzeniu.
Wołodia zbliżył się pospiesznie i oświetlił całość swoją latarką.
To była kobieta. Młoda i atrakcyjna, odziana w gustownie skrojony futrzany kombinezon i czerwoną czapeczkę z długim ogonem, który zawadiacko spływał jej na ramię. Była mocno zamarznięta. Bladą skórę twarzy pokrywał szron.
Pietia pochylił się i szybko zbadał kobietę. Gdy się prostował, pozwolił sobie na pełne żałości westchnienie.
– Nawet nie ma roleksa – oświadczył smętnie.
– Ty głupi, – Wołodia ofuknął go – mówiłem ci, że to nie mercedes.
Jeszcze raz omietli spojrzeniem zamarzniętą kobietę.
– To co, idziemy? – zaproponował Pietia.
– Czekaj – Wołodia rozpiął przód kombinezonu – zmarzłem nieco. Najpierw po razie – zza pazuchy wydobył ołowianą piersiówkę i odkręcił ją. Przytroczony do pasa Geiger zaterkotał.
– Zamknij się – burknął, podając piersiówkę Pietii. – Mówiłem, że nie jest zamarznięty. – dodał.
Pietia upił porządny łyk i już zamierzał zwrócić naczynie, gdy jakaś gwałtowniejsza fala podrzuciła krą i zepchnęła ją na kadłub. Obaj marynarze zdołali utrzymać równowagę, ale z niedomkniętej piersiówki wydostał się na zewnątrz spory strumyk samogonu.
– Nu, żesz ty, uważaj… – rzucił nerwowo Wołodia, przekrzykując zachłystującego się terkotem Geigera. W tym czasie strużka samogonu sięgnęła twarzy zamarzniętej kobiety, opłukała bladą skórę i przez półotwarte usta spłynęła w dół gardła.
Kobieta westchnęła głęboko. Pietia i Wołodia spojrzeli po sobie zawiedzeni.
– I, cholera, znaleźnego też nie będzie…
Ilustracja: Michał Romanowski
Ilustracja: Michał Romanowski
II.
To było nudne zebranie. Nudne i nieprzyjemne. Stała sama, u szczytu stołu konferencyjnego, wokół którego zgromadziły się główne szyszki kompanii StClaus-ZbytTani (Doskonałe święta już za 9.99 bez VATu!). Wszyscy odziani jak przystało na oficjalne spotkanie, w gustowne czerwone kombinezony z białymi obrębieniami. Co bardziej zasłużeni nosili białe brody, długością reprezentujące ich staż w firmie oraz osiągnięte sukcesy. Szefowie pionów dodatkowo zjawili się ze swoimi reprezentacyjnymi workami. Ale ich miny dalekie były od dobrotliwych uśmiechów, tak znanych z tablic reklamowych kompanii.
Śnieżynka Powtórka już opowiedziała im wszystko. Skąd wzięła się na krze, dlaczego tak szaleńczo uciekała. Była porządną, oddaną swej pracy śnieżynką. Śnieżynką z poczuciem misji. Prawdziwą Florence Snowin′ Gale. Święty Mikołaj miał tak dużo na głowie, a należało zadbać o tak wiele prezentów. Śnieżynki starały się w tym pomagać. Jednak tym razem z przygotowywaniem prezentów było coś nie tak – sprawy naprawdę wymknęły się spod kontroli.
Ale Kompania za nic nie chciała przyjąć tego do wiadomości.
– Nie rozumiem – odezwała się znów śnieżynka. – Siedzimy tutaj już trzy i pół godziny. Na ile sposobów mam powtarzać to samo?
– Proszę spojrzeć na to z naszego punktu widzenia – odezwał się prezes WAN Leon. Wystudiowanym ruchem zarzucił na plecy wielkiego pompona, który wieńczył ogon jego czapki. – Proszę – wskazał dłonią krzesło.
Usiadła.
– Przyznaje się pani do zajeżdżenia reniferów i w rezultacie zniszczenia sań wigilijnych klasy M. To raczej kosztowny kawałek sprzętu.
– Czterdzieści dwa miliony dolarów. Bez podatku – podpowiedziała jędza z księgowości. Jako jedyna z kobiet w kadrze kompanii miała prawo do brody. Wbrew przepisom zafundowała sobie rudą. – Nie licząc zawartości worków.
– Autopilot sań częściowo potwierdza pani wersję – podjął WAN Leon. – Odwiedziła pani domek Świętego Mikołaja. Następnie oddaliła się stamtąd i zajeździła renifery – z powodów nieznanych.
– Nie z nieznanych. Odwiedziłam domek Świętego Mikołaja na polecenie Kompanii, żeby zabrać jakiś nowy prezent, który tymczasem zdemoralizował wszystkie gnomy, po czym spłoszył do zajeżdżenia wasze cenne renifery.
– Zespół śledczy zbadał sanie centymetr po centymetrze i nie znalazł śladu po prezencie, który opisałaś.
– Bo wypchnęłam go z gondoli w powietrze! – śnieżynka oklapła. – Jak już zresztą mówiłam.
Jeden z szefów pionów rozejrzał się po sali.
– Czy kiedykolwiek doręczaliśmy już podobne prezenty? – zapytał.
– Nie – odparła jędza. – Nigdy.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Z tego cyklu

Tolkienowska opowieść wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Matriksowa Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Imperialna Opowieść Wigilijna
— Grzegorz Wiśniewski

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Listopad 2014
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Paweł Micnas, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Chwała ogrodów, błoto i morze
— Michał R. Wiśniewski

Kategoria A
— Michał R. Wiśniewski

Niewielka wojna
— Michał Kubalski

Noel Profesjonał
— Grzegorz Wiśniewski

Tygrys! Tygrys! Tygrys!
— Grzegorz Wiśniewski

Pies, czyli kot
— Grzegorz Wiśniewski

Dobrzy, źli ludzie
— Grzegorz Wiśniewski

Płomień Tiergarten
— Grzegorz Wiśniewski

Mój brat, Kain
— Grzegorz Wiśniewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.