Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 sierpnia 2017
w Esensji w Google

Cichostopy

Aleksandra Janusz
Z początku nie potrafiłem długo chodzić na bosaka. Nie chciałem budzić sensacji, a trudno znaleźć pustą uliczkę w historycznym centrum Warszawy w ciągu dnia (samotne spacery po Starówce nocą są ryzykowne z innych przyczyn).

Aleksandra Janusz
‹Cichostopy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAleksandra Janusz
TytułCichostopy
OpisAleksandra Janusz – doktorantka w Pracowni Neurobiologii IBD PAN w Warszawie. Debiutowała w „Science Fiction” 4/2001 opowiadaniem „Z akt miasta Farewell”, jest autorką powieści „Dom wschodzącego słońca” wydanej nakładem wydawnictwa Runa. Publikowała opowiadania i artykuły publicystyczne w internetowym magazynie Fahrenheit, w magazynie mangi i anime „Kawaii” i w innych czasopismach. Uzależniona od książek, czyta wszystko; nie jest gatunkistką. Zawodowo zajmuje się molekularnymi mechanizmami związanymi z pamięcią i uczeniem się.
Gatunekrealizm magiczny
Musisz wysłuchać mnie uważnie. Brakuje ci wiedzy. Ta odrobina, którą zdobyłeś, narazi cię na niebezpieczeństwo, a mnie zmusi do działań, których wolałbym nie podejmować. Wolę, żeby tacy jak ty mi pomagali, zamiast zawadzać, toteż skup się na chwilę i przestań dziamgać.
Zacznijmy od podstaw. Uważam, że ludzkość zamieszkała w miastach, zanim naszemu gatunkowi udało się dojrzeć do tej idei. Nie rozumiemy ich. Nie zdajemy sobie sprawę ze skutków, jakie niesie zgromadzenie tak wielu odrębnych świadomości na niewielkiej przestrzeni, a jeszcze pogarszamy sprawę, budując wielopiętrowe mrówkowce. Ewolucja nie przygotowała nas na tworzenie gigantycznych, trwałych kolonii. Plemiona jaskiniowych Homo sapiens liczyły sobie najwyżej po trzydzieści osób i często zmieniały miejsce pobytu. Kolonie owadów mają królową matkę. My mnożymy urzędników, papierowych przywódców, a i tak tryby społeczeństwa co rusz się zacinają. Nikt nie ogarnia umysłem tak ogromnej populacji. Staramy się funkcjonować obok siebie, ale nie ze sobą, w małych stadach – znajomi, praca, krewni – jak wiele tysięcy lat temu.
Istnieją jednak siły, istoty, stworzenia – nawet teraz trudno mi nadać temu nazwę – które z chęcią wypełnią stworzoną przez nas niszę ekologiczną.
Pamiętam, kiedy to się zaczęło. Siedzieliśmy na Starym Mieście obok okienka z pączkami na wynos. Słońce wypalało oczy, kurz wypełniał nozdrza, a osy polowały na topiący się lukier. Wpierdalałem pączek z migdałami oraz wódkę z butelki po spricie jak student i pierwszy raz od tygodnia ogarnęło mnie uczucie błogości. Sandały ześlizgiwały się z nóg, więc je zdjąłem i oparłem stopy o przybrudzone, rozpalone kocie łby, nie dbając, że być może niedawno ulicę odwiedziły koniki.
Jak się poczułem?
Wyobraź sobie, że siedzisz na molo nad jeziorem, rozleniwiony i na wpół pijany. Mimo woli zanurzasz stopy w wodzie. Nagle, bez ostrzeżenia, ktoś cię do tego jeziora wrzuca. Lodowata woda wywołuje skurcz mięśni i natychmiast idziesz na dno.
A potem się orientujesz, że właśnie wyrosły ci skrzela.
Kiedy moje brudne stopy dotknęły staromiejskich kamieni, usłyszałem kości miasta. Nagle zdałem sobie sprawę z każdej przedwojennej piwnicy i każdego kawałka muru, który ocalał po bombardowaniu Warszawy. Uświadomiłem sobie dokładną liczbę turystów na Rynku, jakby zamiast po bruku spacerowali po mojej skórze. Poczułem zabliźnione rany odbudowanego Zamku i szorstkie skrobanie prac remontowych. Usłyszałem zadowolenie promieniujące z knajp i powagę, jaką emanował urząd stanu cywilnego. Wyraźne drgania powiedziały mi, że trasą WZ przejechały właśnie dwa tramwaje.
Zadławiłem się pączkiem i wizja znikła. Przez następne kilka minut Maciek tłukł mnie po plecach, a ja wysmarkiwałem wódkę z lukrem, czego nie życzę najgorszemu wrogowi. Buty wsunąłem odruchowo – zadziałał instynkt samozachowawczy. Wróciłem do domu, wytrzeźwiałem i przez kilka dni starałem się zapomnieć o tym dziwnym zdarzeniu. Ale ciekawość nie dawała mi spokoju. Wspominałem przysięgę, jaką wygłosiłem wcześniej po pijaku przy moście Świętokrzyskim.
Wreszcie wróciłem na Starówkę, usiadłem w jakimś spokojnym miejscu i znów zdjąłem buty.
Z początku nie potrafiłem długo chodzić na bosaka. Nie chciałem budzić sensacji, a trudno znaleźć pustą uliczkę w historycznym centrum Warszawy w ciągu dnia (samotne spacery po Starówce nocą są ryzykowne z innych przyczyn). Co rusz nadziewałem się na coś ostrego. Poza tym przytłaczało mnie miasto. Ale skóra na podeszwach stóp szybko rogowacieje, do tego akurat ewolucja przystosowała nas świetnie. A ja się przyzwyczajałem, rozciągałem, poznawałem nowe możliwości. Nasłuchiwałem wszędzie. Nie minęło wiele czasu, gdy zorientowałem się, że wizje nie ograniczają się do Starego Miasta, chociaż tam są wyraźniejsze. Równie dobrze mogłem wejść w symbiozę z płytami chodnika, kostką brukową, nawierzchnią bitumiczną na Mokotowie, Pradze, Ochocie, a nawet Ursynowie.
Wiesz, jestem przekonany, że Grzesiukowi też w taki sposób śpiewała Warszawa. Tyle że wtedy nikt nie zwracał uwagi na ludzi, którzy chodzą boso.
Ilustracja: Agnieszka Dauksza
Ilustracja: Agnieszka Dauksza
Musisz sobie uświadomić, w jakim mieście żyjesz. Istnieją varsavianiści, którzy uważają, że jego sercem i najistotniejszą częścią są budynki ocalałe po wojnie. Dla nich Warszawa zginęła w Powstaniu. Wszystko, co zbudowano później, to ciało obce, dzieło radzieckiej okupacji lub pasożytnicza narośl młodego kapitalizmu. Tymczasem Warszawa jest jak drzewo trafione piorunem, którego główny pień obumarł, ale znalazł kontynuację w bocznych odroślach. Chimerycznym, niespójnym, pulsującym miastem ciągłych zmian. Pałac Kultury, Rotunda i Dworzec Centralny, palma na rondzie de Gaulle’a i galerie handlowe, ursynowska plątanina bloków i Kopa Cwila1), mokotowskie domy studnie, multipleksy – to wszystko jest Warszawa.
Również na tym głębszym poziomie. Mistycznym, duchowym, nie wiem – nie jestem teologiem, tylko praktykiem.
Warszawa ciągle rośnie, a ja razem z nią. W przenośni i dosłownie. Kiedyś mierzyłem niecałe metr siedemdziesiąt, teraz jestem kilkanaście centymetrów wyższy, a minęła zaledwie dekada. Nie wiem, czy za pół wieku stanę się olbrzymem, czy w pewnym momencie wzrost się zatrzyma. Może zacznę tyć. Może nie dożyję. Nie mam pojęcia. Zmieniam się stopniowo. Mało brakowało, a stałbym się warszawskim złym duchem. Nadal walczę z pewnymi impulsami.
Pierwszy raz, kiedy znalazłem nielegalną rozbiórkę, poczułem krew w ustach. Każdy wyszarpnięty ze starego muru kamień bolał jak ząb wyrwany na żywca. Zanim zdążyłem to przemyśleć, już byłem na miejscu. Przyglądałem się pracom zza płotu, chociaż tak naprawdę nie musiałem patrzeć, wiedziałem przecież, ilu ich jest i co robią. Przed oczyma miałem czerwoną mgłę, serce tłukło się jak młot na kowadle. Wiedziałem, że załatwię to w pięć minut, nawet nie skumają, co ich trafiło.
W ostatniej chwili uświadomiłem sobie, co właściwie rozważam. Uciekłem przerażony samym sobą.
Wiesz, próbowałem jakoś wywikłać się z tej sytuacji. Spotkałem się nawet – anonimowo – z egzorcystą, ale w niczym mi nie pomógł. W ich terminologii nie istnieje opętanie przez ducha miasta. Zresztą nie jestem pewny, czy można mnie zdefiniować jako opętanego. Właściwie wpadłem w ten kompot na własne życzenie.
Tydzień przed tym, jak wszedłem w symbiotyczny kontakt z miejskim brukiem, rzuciła mnie narzeczona. Nie chcę o tym opowiadać, w całej historii istotne jest tylko jedno – kupiłem już obrączki. Wziąłem więc małe eleganckie pudełeczko i poszedłem nad Wisłę, wcześniej doprowadziwszy się do stanu mocno wskazującego. Początkowo chciałem skoczyć z mostu, ale skończyło się inaczej. Wygłosiłem długą, bardzo pijacką przemowę u stóp – a raczej ogona – Syrenki Warszawskiej, podczas której wyznałem jej miłość i oznajmiłem, że od tej pory jedyną moją kobietą pozostanie Warszawa.
Wiem, to już samo w sobie jest żałosne. Ale mnie się udało zrobić coś jeszcze gorszego. Po wylewnych oświadczynach wrzuciłem jedną obrączkę do Wisły.
Zanim druga poszła w ślad za pierwszą, poczułem przytłaczającą, cichą zgodę.
W popłochu wróciłem do domu. Drugą obrączkę nieopatrznie zabrałem ze sobą.
Myślisz, że nie próbowałem się jej pozbyć? Odwiedziła jubilera, antykwariat i dwa lombardy. Zostawiłem ją na Dworcu Centralnym i wrzuciłem do kanału. Zawsze rano znajdowałem ją pod poduszką. Wreszcie pogodziłem się z sytuacją. Mógłbym próbować na niej zarobić, ale mam wrażenie, że wyprowadziłbym kogoś – albo coś – z równowagi.
Musiałem nawiązać kontakt z organizacjami, które chronią zabytki w nieco bardziej dyplomatyczny sposób. Warszawa to duże miasto, nie mogę codziennie obejść całego i sprawdzić wszystkich zagrożonych miejsc. A powinienem pomagać. Również w taki sposób, o którym nikt nie musi wiedzieć.
Ściany pozwalają mi przez siebie przejść. Mury poruszają się i przesuwają, gdy im rozkażę. Osłonięty ich cieniem staję się niewidzialny. Żeliwne bramy miękną i zmieniają kształty, chwytając ludzi jak rosiczka. Boso prawie osiągam prędkość dźwięku. Mógłbym biec jeszcze szybciej, ale hałas jest w tej pracy niewskazany.
Czasem wspieram pożyteczne inicjatywy – na przykład budowa metra znacznie przyspieszyła, odkąd się włączyłem. Ale budowniczy przeważnie sobie radzą, jeżeli im nie przeszkadzać. Moją uwagę najczęściej zwracają niszczyciele. Tutaj nie wypali ładunek wybuchowy, tam przewróci się maszyna. Moją specjalnością są nawiedzone budowy oraz ruiny pułapki. Dla inspiracji oglądam horrory. Nie patrz tak na mnie. Nikogo jeszcze nie zabiłem, chociaż złamane kończyny czasem się zdarzają.
Dobrze. Wiesz już wszystko. Dość gadania, czas wziąć się do roboty.
Widzisz tamten dźwig z kulą na łańcuchu?
Teraz uważaj. Zdejmuję buty…
koniec
22 marca 2012
1) Cwil był jednym z inżynierów nadzorujących budowę Ursynowa Północnego. Kiedy pytano go – Panie, pan powie gdzie rzucać tę ziemię? – mówił: – O tam! I tak powstała Kopa Cwila.
dodajdo

Komentarze

22 III 2012   11:03:20

To tak na poważnie?

22 III 2012   11:16:43

Świetne. Przeczytane jednym tchem.

22 III 2012   14:39:33

Czekam na "Mandalę" i trzymam kciuki

23 III 2012   14:16:08

Kurcze, w chwili w której rozsiadłem się wygodniej w fotelu, przygotowany na dłuższą gawędę, historia się skończyła! Tak się ludziom nie robi...
Bardzo przyjemny tekst.

09 VIII 2014   23:07:31

Niesamowity tekst.

12 XI 2014   21:16:47

a ja czekam Czekam na kolejną powiesc, zapowiedzianą w Domu wschodzącegoi słońca.

13 XI 2014   00:17:09

W jednym z komentarzy sama autorka napisała, że ma już gotowe dalsze tomy tylko wydawcy nie ma :(

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Vivat Academia, vivant cantatrices!
— Anna Nieznaj

Doskonały przepis na placek po bretańsku
— Zofia Marduła

Całkiem zwyczajny czarodziej
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Wrzesień 2016
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Przeczytaj to jeszcze raz: Bliżej nas bale naszej wyobraźni
— Beatrycze Nowicka

Maestro
— Aleksandra Janusz

Magia, przyjaźń i rock’n’roll
— Agnieszka Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.