Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Dixie w Krainie Czarów

[1] 2 3 7 »
To, co martwiło Richarda nie mniej od faktu, że nie widzi snajperów, to wątpliwość, czy tamci na pewno wiedzą, do kogo strzelają. Jeśli w tym… parku skrywali się lojalni Konfederaci, Anglik powinien dać im znać, że jest po ich stronie, bo najwyraźniej go nie rozpoznawali. Ale jeśli to Jankesi, to w ten sposób mógł się najwyżej jeszcze bardziej pogrążyć.

Anna Wołosiak-Tomaszewska
‹Dixie w Krainie Czarów›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Wołosiak-Tomaszewska
TytułDixie w Krainie Czarów
OpisAutorka pisze o sobie:
Rocznik 1985, z wykształcenia filolog klasyczny, z zawodu zaś – bibliotekarka. Uczyła się ośmiu języków obcych, w żadnym z nich nie potrafi do końca swobodnie się porozumiewać. Miłośniczka fantastyki, wszystkiego co słowiańskie i westernów. Plan minimum na nadchodzące lata to podróż Koleją Transsyberyjską oraz lot na Księżyc. Na razie jednak poprzestaje na wyczynowym spożyciu kawy.
GatunekSF
– Nie wydziwiaj, mój drogi. – Richard uśmiechnął się pobłażliwie i zapalił papierosa. – Jak głupim trzeba by być, żeby to przegrać? Mówimy o generale, a nie o dzieciach bawiących się w wojnę.
– A jednak. – Homo mechanicus zmierzył siedzącego naprzeciwko rozmówcę spojrzeniem wąskich, ciemnych oczu. – Generał też człowiek. Nie jest tajemnicą, że nienawidził Indian. A co gdyby uległ namiętności?
Richard wzruszył ramionami i wyjrzał za okno.
Śnieżna zadymka skutecznie uniemożliwiała podziwianie widoków. Wycie wiatru między drzewami mieszało się z miarowym stukotem kół pociągu. Jedynie po gęstniejącej ciemności podróżni mogli się zorientować, że najpewniej słońce już zaszło.
Trzeba było zostać na południu, myślał Richard, gładząc się po przyciętej w szpic rudej brodzie. Dixies mieli może swoje wady, ale przynajmniej u nich nie uświadczyło się śniegu. Że też musiało go podkusić na delegację! Co za los – zawsze wszystko kończy się tak samo: inni się żrą, a nieszczęsny Richard ma naprawić sytuację. Ech… Kiedy rudzielec opuszczał Anglię, Stary Katz uprzedzał, że tak będzie. Czemu w tej jednej kwestii akurat musiał mieć rację? Cholerny pomyleniec.
– Zed – zwrócił się Brytyjczyk do towarzysza. Homo mechanicus z przesadnym skupieniem zmarszczył poorane bliznami czoło. – A gdyby Sherman dotarł do Savannah?
– Naprawdę, sir… Rozważasz Shermana w Savannah, a nie chcesz zgodzić się na Little Big Horn?
– Bo twierdzisz, że doświadczony generał miałby wpaść w zasadzkę w szczerym polu. To głupota. A Sherman… to byłoby intrygujące.
– Nierealne, sir. Całe południe patrzyłoby, jak generał przechodzi z Chattanooga do samego morza? A co w tym czasie robiłby Hardee?
Richard nie zdążył odpowiedzieć, gdyż do przedziału wszedł przysadzisty konduktor w czarnym, spłowiałym uniformie. Zdjął czapkę i, gładząc się po łysym czerepie, bąknął nieśmiało do eleganckich pasażerów w szarych garniturach:
– Muszę panów prosić o zasłonięcie okna, zgaszenie światła i najlepiej, żebyście panowie położyli się na podłodze.
Rudzielec uniósł brew w oczekiwaniu na wyjaśnienie.
– Kawaleria, sir – odparł konduktor, na powrót założywszy czapkę, po czym opuścił przedział.
Richard westchnął, ale posłusznie wykonał wszystkie zalecenia. Na szczęście SCL utrzymywało składy w doskonałym porządku, więc konieczność ułożenia się na dywanie nie stanowiła problemu. Jedynie Zed nie umiał odnaleźć się w nowej sytuacji. Gdyby był normalnym człowiekiem, najpewniej miałby dotkliwe kłopoty z kręgosłupem. Jako homo mechanicus co prawda nie uskarżał się na żadne bóle, ale jego znaczący wzrost od czasu do czasu i tak nastręczał sporo problemów. Zdołał jednak złożyć się – tak właśnie zawsze kojarzyło się to Richardowi: Zed nie podkurczał nóg ani się nie kulił, on się… składał – na tyle, że nie wystawał na korytarz.
– Czego oni chcą w taką pogodę? – szepnął pod nosem rudzielec.
– Najpewniej zemsty, sir. Jak zwykle – odparł, jak zawsze spokojny, homo mechanicus.
• • •
Żądza zemsty, o której z taką lekkością mówił Zed, tliła się w USA od niemal stu lat, stopniowo doprowadzając kraj na krawędź całkowitego zdziczenia.
Po tym, jak Curtis poniósł klęskę pod Pea Ridge, a zapalenie płuc Buella pozwoliło Konfederatom na wzmocnienie pozycji w Tennessee i Kentucky, Jankesi stracili rozpęd i przeszli do defensywy. Potem wojna potoczyła się prędko: Oklahoma, Arizona i inne stany, jeden po drugim, opowiadały się po stronie CSA, bo nikt nie lubi zostawać na lodzie z przegrańcami. A w 1863 roku generał Sherman ostatecznie podpisał wyrok na Unię, wykrwawiając się w przemarszu z Chattanooga w stronę zachodniego wybrzeża. Rok później Lincoln podpisał kapitulację i podał się do dymisji.
Przez kolejne lata USA pogrążało się w coraz głębszym chaosie, a jankescy weterani wciąż nie potrafili pogodzić się z przegraną. Na południu widzieli najgorszego wroga i bestię, której w końcu ktoś powinien ukręcić łeb. Z braku regularnego wojska, jak grzyby po deszczu wylęgały się małe oddziały partyzanckie, zwane Kawalerią.
I tak było przez lata. Nienawiść pielęgnowano i przekazywano z pokolenia na pokolenie.
W tych warunkach prawdziwym sukcesem stało się przeprowadzenie linii kolejowej z Jacksonville przez Atlantę, Wirginię, aż do Quebeku. Kilka dywizji wojska musiało dniem i nocą strzec budowy i robotników, wystawionych na nieustanne ataki Jankesów.
A kiedy pociąg ruszył z Florydy, szybko okazało się, że to jeszcze nie koniec.
• • •
– Niedługo minie sto lat. Czas najwyższy, żeby zajęli się wreszcie jakąś porządną pracą – prychnął z irytacją Richard.
Zed przekręcił się na plecy, wyjął z kieszeni papierosa i zapałki, po czym na powrót ułożył się na łokciu. Wkrótce pojedynczy strzęp dymu uniósł się ku sufitowi. Homo mechanicus był prawdziwie dumny z tego, że nauczył się palić. Miał wrażenie, że to czyni zeń prawie człowieka.
– Ludzie potrafią długo nienawidzić, sir – odparł po chwili namysłu.
– Magowie mogliby coś z tym zrobić.
– Znasz kodeks, sir.
Richard po raz kolejny fuknął. Choć wielce prawdopodobne, że tym razem było to spowodowane głównie wetknięciem nosa w miękki dywan.
• • •
Tymczasem na zewnątrz w zawiei śnieżnej istotnie czerniły się niewyraźne sylwetki. Przez warkot silników przebijały jazgotliwe krzyki, natychmiast porywane przez wichurę i niesione pod niebo. Pociąg jeszcze chwilę toczył się po torach, ale wkrótce maszynista szarpnął za hamulec. Spod kół posypały się snopy iskier, kiedy żelazny kolos sunął po szynach już tylko siłą rozpędu.
A potem zapadła cisza.
• • •
Kilka niewyraźnych cieni przylgnęło do wagonów, po czym podążyło wzdłuż pociągu.
– Czego, jankeskie ścierwa?! – krzyknął w końcu jeden ze strażników w przedziale towarowym, ostrożnie zerkając przez zakratowane okienko.
Nie doczekał się odpowiedzi. To, czego przez lata uczyli się kawalerzyści w niebieskich mundurach, to że przede wszystkim muszą działać po cichu. Każdy z jankeskich partyzantów wiedział, że jedno słowo może zdradzić jego pozycję. A wtedy już tylko pojedynczy strzał i po ptakach.
Nie ze mną te numery, pierdoleni dixies, myślał więc Robert Craig, kiedy odgarniał mokre kosmyki włosów, przyklejone do czoła. Śnieżyca była dobra – wzmacniała element zaskoczenia. W taką pogodę strażnicy w wagonach zazwyczaj kimali, owinięci w dodatkowe koce. Nie zmieniało to faktu, że cholerny mróz i dostający się za kołnierz śnieg czyniły akcję jeszcze bardziej uciążliwą, a Robert po raz kolejny odpychał od siebie natarczywe pytanie, po jakiego chuja w ogóle wmieszał się w sprawy Jankesów. To nie była jego wojna. Cesarz Wilhelm na stare lata zaczął wszak wspierać separatystyczne dążenia Szkocji. Kto wie, może za kilka lat Craig mógłby wrócić do domu i wygonić stamtąd Angoli? Ale nie – siedział tu, w śnieżnej zamieci, w niebieskim mundurze po czyimś dziadku, i usiłował zrozumieć. A jeśli nie udawało mu się zrozumieć – próbował po prostu udawać przed samym sobą, że jest oddany sprawie. Jakiej, kurwa, sprawie?!
– Poruczniku? – rozległ się czyjś szept, stłumiony grubym szalem, owiniętym wokół głowy.
W końcu Robert ocknął się z zamyślenia i odbezpieczył wysłużonego remingtona. A więc już. Na trzy.
• • •
– Zed, możesz zerknąć, co tam się wyprawia? – poprosił rudzielec, z trudem prostując zdrętwiałą rękę, na której się do tej pory podpierał.
Homo mechanicus posłusznie uniósł głowę, a następnie kucnął, by przez szczelinę w zasłonkach lepiej widzieć, co się dzieje na zewnątrz.
– Dostali się do towarowego, sir – oznajmił po chwili. – Obawiam się, że rabują broń. Część weszła do pociągu. Myślę, sir, że należałoby sięgnąć po…
– Otwierać! – krzyknął ktoś schrypniętym głosem z korytarza.
Richard wydobył z wewnętrznej kieszeni płaszcza starą czterdziestkę czwórkę Kerra.
– Otworzymy, Zed? – spytał przyjaciela, odbezpieczając rewolwer. Homo mechanicus skinął głową, bezszelestnie się obrócił, po czym jednym kopnięciem wyłamał drzwi przedziału. Rudzielec oddał trzy strzały w ciemno, nim wyskoczył na korytarz, by rozejrzeć się za sensowną drogą ucieczki.
[1] 2 3 7 »
dodajdo

Komentarze

23 XI 2012   03:54:53

Cz. mechaniczny ładnie odmieniany :-) Koniec taki trochę mało końcowy. Czy to część większej całości? Tak czy inaczej dobrze mi się czytało, tymczasem w komentarzach jakoś tak pustką zieje. Przeto postanowiłem nieco wypełnić tę pustkę poprzez oznajmienie swojego pozytywnego wrażenia.

26 XI 2012   08:44:15

Dziękuję za komentarz i bardzo mnie cieszy pozytywne wrażenie :)

Nie, to nie jest część większej całości. To znaczy niby jest, ale nie jest. Jeśli kiedykolwiek powstanie ta większa całość, to jej akcja rozgrywa się kilka lat przed wydarzeniami z opowiadania. To po prostu pokutuje zamiłowanie autorki do otwartych zakończeń. ;)

12 XII 2012   19:04:39

Niezłe opowiadanko. Wciąga.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

I od korka uchroń nas, Panie
— Anna Wołosiak-Tomaszewska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.