Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tamdarej w innych światach

[1] 2 3 11 »
A więc noc. Na szybie wyskrobane mrozem paprociowe wzory. W spękanych dłoniach Dida pędzel z końskiego włosia, po którym spływa na papier Dębica. W kątach cienie, rozedrgane, pajęcze. Z tych cieni czerpie Did czarną farbę do obrazka: wystarczy sięgnąć pod parapet, za szafę, w miejsca, w które nikt nie zagląda – czerń lęgnie się tam sama.

Radosław Rak
‹Tamdarej w innych światach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRadosław Rak
TytułTamdarej w innych światach
OpisAutor pisze o sobie:
Rocznik 1987, mieszka w Dębicy. Lekarz weterynarii, pracuje w swoim zawodzie. Opublikował kilka opowiadań w czasopismach (ostatnio „Lilka” w Nowej Fantastyce, nr 3/2012), kolejne w planach. Aktualnie równolegle pracuje nad dwoma powieściami. Wielki miłośnik gór, lata i świętego spokoju. W internecie obecny pod nickiem Ajwenhoł.
Gatunekrealizm magiczny
1. Tamdarej i Czarna
To był sam początek czerwca, złoty i parny, gdy Tamdarej poznał smak pocałunków i uświadomił sobie, że rzeczy mogą istnieć na różne sposoby i wiele razy.
Tamdarej zbudził się prześwietlonym świtem i przez całe przedpołudnie brodził w miękkiej mgle półświadomości, balansował na pajęczej nici wysnutej jeszcze z osnowy snu. Zapach lip spowijał całą Dębicę, a wakacje wyrastały znad horyzontu i kłębiły się wyżej i wyżej zapowiedzią błogiej, pogodnej nudy.
Do szkoły Tamdarej co prawda poszedł, ale już przed dziewiątą kolana zaczęły swędzieć niespokojnie i boska tęsknota za słońcem drgała na wszystkich nerwach. Nie uważał, na marginesie zeszytu bazgrał głupoty, nic nieoznaczające wzory, zdeformowane postacie. O dziewiątej trzydzieści pięć, po drugiej lekcji, Tamdarej urwał się z zajęć.
Za szkołą był kościół, stary i tak spowity zielenią, że nad korony drzew wyrastała jedynie ostra iglica z zegarem, a dalej nad brzegiem potoku rozciągała się biała od dmuchawców łąka. Tamdarej położył się w białym puchu pod słońcem i zdziwił się, jak szerokie i wysokie było tego dnia niebo, bez jednej chmurki, tylko błękit marszczący się tam, gdzie stykało się z ziemią.
Tamdareja zbudziły dzwony na Anioł Pański. Wstał, oszołomiony słońcem; głowa go bolała, a świat przed oczami drgał lekko z gorąca. Chłopak pomyślał, że skryje się przed słońcem za grubymi murami szkoły, może nawet wróci na lekcje, ale wtedy spostrzegł Czarną, która właśnie skończyła zajęcia i szła do domu.
Tamdarej poznał Czarną zimą. To było w tym kościele tuż obok. Przestępował znudzony z nogi na nogę pod chórem, brudna woda mlaskała pod podeszwami butów. Przy komunii spojrzenia jego i Czarnej skrzyżowały się na chwilę, uśmiech, uśmiech, dziwaczne drżenie w śródpiersiu, od żołądka aż po gardło. Nie pamiętał nawet, kto uśmiechnął się pierwszy: chyba ona. Po mszy znikła gdzieś w tłumie. Nie dostrzegł jej, choć oglądał się wiele razy. Tydzień później Tamdarej poszedł do kościoła na tę samą godzinę i stanął w tym samym miejscu, ale Czarnej nie było.
Od tamtej pory szukał jej wzrokiem wszędzie. I czasem znajdywał, bo Dębica nie jest dużym miastem i ciężko tu się ukryć: raz widział ją w piekarni, raz mignęła mu w samochodzie na miejscu pasażera, gdy czekał na przejściu dla pieszych. Uśmiech i uśmiech, spojrzenia dłuższe niż przelotne.
Zaczął chodzić do kościoła na różne godziny. Minęła zima, mijała wiosna, aż wreszcie wypatrzył Czarną na wczesnej mszy, tej o wpół do ósmej. Tego samego wieczora napisał krótki liścik – że jej nie zna, że nie wie nawet, jak ona ma na imię, ale bardzo chciałby ją poznać, i jeśli ma ochotę, niech przyjdzie wieczorem do herbaciarni przy ulicy Kolejowej. Podpisał się prawdziwym imieniem. Zerknął na liścik: wyglądał obco, jakby to nie on go napisał. Przemknęło mu przez myśl, że ma całkiem przyzwoite pismo, ostre i zamaszyste, męskie, z dolnymi ogonkami liter długimi jak korzenie. Przeczytał karteczkę chyba ze sto razy, myśląc, jak bardzo jest głupi i jak się ośmiesza. Najdłużej zawsze wpatrywał się w imię na samym dole.
Tamdarej został Tamdarejem w pierwszej klasie liceum. Rocznica nadania szkole imienia króla Władysława Jagiełły, inscenizacja fragmentu „Krzyżaków”; Tamdarej, wysoki i ciemny, grał wtedy Ulryka von Jungingena, ponurym głosem fałszującego niemiecką pieśń, w której zamiast refrenu było „Tandaradei”. Przylgnął więc do niego ten „Tamdarej” jak druga skóra i nawet niektórzy młodsi nauczyciele zwracali się do niego w ten sposób. Kiedy sam Tamdarej zaczął myśleć o sobie w ten sposób – nie pamiętał dokładnie; myśli rzadko lęgną się w głowie upostaciowione, kłębią się raczej i przelewają w tej dziwnej ciemności za oczami. Po prostu Tamdarej któregoś ranka zbudził się, zjadł śniadanie, wyszedł do szkoły i był już Tamdarejem na dobre.
W tydzień po napisaniu liściku Tamdarej wsunął go do kieszeni całkiem spokojny – ostatecznie był podpisany jakimś obcym imieniem, więc tak naprawdę nie on go napisał. Ale kiedy w kościele Czarna przeszła obok, dłonie mu spotniały, zadudniło w skroniach i nie sięgnął nawet do kieszeni. Sklął się w duchu i obiecał sobie, że da karteczkę zaraz po wyjściu. Potem Czarna poszła do spowiedzi – dopiero teraz dostrzegła Tamdareja, uśmiechnęła się jak zwykle. Chłopak musiał wyjść na chwilę na zewnątrz, bo serce łomotało mu szybko i płytko, a świat ciemniał przed oczami od krawędzi do środka i z powrotem, ciemność pulsowała w tę i we w tę. Gdy trochę mu przeszło, zaczaił się przy drzwiach, by nie przeoczyć dziewczyny.
Msza skończyła się, Tamdarej wpatrywał się i wpatrywał w lejący się z gardzieli kościoła tłum.
– Cześć. – Czarna wyrosła tuż obok nie wiedzieć jakim sposobem, była przecież wysoka. – Zaśpiewałbyś psalm na wieczornym czuwaniu dla młodzieży we wtorek? Masz ładny głos, słyszałam w szkole.
Tamdareja wpierw zatkało, ale potem poszło dziwnie łatwo, z ust same wyrywały się słowa, które nic nie znaczyły, żywe i kolorowe. Ostatnie starsze kobiety wytoczyły się z kościoła pod wiosenne słońce, a Tamdarej i Czarna wciąż śmiali się i gadali. Aż wreszcie dziewczyna pożegnała się i zostawiła chłopaka na schodach. W ceglanej bramie prowadzącej na ulicę odwróciła się jeszcze, pomachała. A potem zostało tylko pachnące czerwcem przedpołudnie i Tamdarej zatopiony w jego świetle jak mucha w bursztynie, mnący w dłoniach rozmiękły od potu świstek papieru. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że mógł, durny, odprowadzić Czarną do domu. Ze złością zmiął karteczkę, cisnął na ziemię i poszedł w swoją stronę.
Nie zauważył nawet, jak z kruchty ostrożnie wychynął Jezus Chrystus, podniósł liścik z ziemi, rozprostował i przeczytał. Chwilę wpatrywał się w plecy Tamdareja, wsunął kartkę za połę szaty i wrócił do środka. Gęsta krew z jego ran krzepła na schodach w rdzawe plamy.
Więc tak to się zaczęło, tak się potoczyło: na wtorkowe czuwanie Tamdarej przyniósł różę, czerwoną i pachnącą. Wybierał ją sam. Na czas czuwania schował ją w przedsionku kościoła, za lipowym Chrystusem. Przez całą godzinę modlił się przede wszystkim o to, by nie oklapła; nie wiedział, że Jezus ukradkiem poił kwiat swoją krwią. I gdy wszyscy się już rozchodzili, a kościelny gasił świece, Tamdarej zatrzymał na chwilę Czarną w kruchcie. Było ciemno, nie widzieli swoich twarzy. Świat skurczył się do woni róży – ciężkiej i zawiesistej, jakby kadzidlanej, do zaskoczonego ni to śmiechu, ni to westchnienia, do zapachu włosów Czarnej.
– Nigdy jeszcze nie dostałam róży – powiedziała wreszcie, biorąc kwiat, a Tamdarej na moment dotknął jej chłodnej dłoni.
Wieczorem, leżąc w łóżku, długo wpatrywał się w niebieską noc i marzył o pocałunkach Czarnej.
Następnego dnia przyszła ta środa, gdy Tamdarej poszedł na wagary i przypadkiem spotkał Czarną. A potem był park, słońce, świat wirował jak pijany światłem zielonym od liści; lato i wakacje nadeszły trzy tygodnie wcześniej niż zwykle. Tamdarej i Czarna gonili się wokół pomazanego sprejem czołgu na małej górce, huśtali na jego lufie, odpoczywali, dysząc na ławce w piaskowym półcieniu, oddechy rwały się w piersiach, serca waliły szybko, bardzo szybko. Tamdarej chłonął woń dziewczęcego potu. Ledwie widoczny meszek na dekolcie Czarnej pod światło wyglądał jak brzoskwiniowy puch.
To Tamdarej pocałował ją pierwszy. Była chyba zaskoczona, pocałunek wyszedł suchy i twardy. Zanim cisza, która potem zapadła, zdążyła zrobić się krępująca, Czarna przyciągnęła chłopaka bliżej. Drugi pocałunek był przeciągły i słony, zupełnie inny niż się Tamdarej spodziewał – bardziej podniecający, bardziej organiczny. Śliski.
Czerwcowy dzień kapał leniwie. Kupili lody i zlizywali sobie nawzajem ze spoconych dłoni topniejącą słodycz. Tamdarej wodził kleistymi palcami po wewnętrznej stronie łokci Czarnej, wzdłuż niebieskich żyłek, i obserwował uważnie, jak stają jej ciemne włoski na przedramionach. Czuł bicie jej serca, tętnienie krwi w szyi.
Tego wieczora Tamdarej przewracał się długo z boku na bok. Komary bzujczały za uchem i nie dawały spać, ale gorsze od nich było dziwne napięcie ramion i ud. Nocny powiew wydął firankę prawie do połowy pokoju i wtedy Tamdarej dostrzegł na parapecie Czarną.
– Co ty tu robisz?! – szepnął, wyskoczył z łóżka i wciągnął dziewczynę do środka. Pachniała miętową pastą do zębów i nocą. – Spadniesz!
– To parter, nie spadnę.
– Rodzice…
– Śpią przecież. Już prawie pierwsza. – Czarna przysunęła się blisko, nocna koszula zatańczyła wokół białych ud. Dziewczyna wpatrywała się w Tamdareja dziwnie, natarczywie, jej oczy w ciemności były wielkie, atramentowe. Ręka chłopaka bezwiednie musnęła jej biodro, potem niżej i niżej i wtedy Tamdarej zorientował się, że Czarna nie ma pod spodem nic, nic…
[1] 2 3 11 »
dodajdo

Komentarze

28 XII 2012   16:12:03

Bardzo ładne. Marquez w "Stu latach..." tak naprawdę ani na chwilę mnie nie wciągnął, a "Tamdarej" owszem. Pewnie trochę dlatego, że klimat jest mi bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej swojski niż ten z powieści Latynoamerykanina. (Nawet jeśli jestem i zawsze byłem z Wielkiego Miasta, to oczywiście do Dębicy mam bliżej, dosłownie i w przenośni, niż do Kolumbii). Na pewno jednak duża w tym zasługa zręczności autora. Muszę przyznać, że w "Tamdareju" potencjalne, alternatywne światy przechodzą bardzo płynnie jeden w drugi, w historię, w mit oraz los bohaterów. Z przyjemnością pozwoliłem się unieść narracji i czekałem na klejnociki -- jak metafizyczne uwagi o jedności, czy wizje artysty, który poprzez sztukę ma moc półboską, wielki wpływ na ludzi i rzeczywistość. Poza tym nawet chwilami wierzyłem w bohaterów i się o nich martwiłem.

Mimo wszystko realizm magiczny nie jest konwencją, która mi odpowiada. Moim zdaniem lepszą dlań nazwą byłby "nierealizm magiczny". Zbyt nieprawdziwy, właściwie wszystko może się zdarzyć bez uzasadnienia. Raz na jakiś czas mogę coś takiego poczytać, ale preferuję czytanie opowieści ze ściśle wykreowaną rzeczywistością, czytanie o przeżyciach postaci, z którymi (nawet przez sam tylko fakt, że konstrukcja świata ogranicza ich możliwości) jestem w stanie odczuwać prawdziwą więź empatii. Dlatego wolę choćby -- przykład pierwszy z brzegu -- fantasy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.