Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tamdarej w innych światach

« 1 9 10 [11]
– Pod twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko…
Wtedy jest lepiej. Ale złe powraca, gdy tylko gaśnie słowo „amen”. Powoli zapada zmrok. Z cieni w kątach celi wyziera piekło. Jutro skończy się świat.
Did Puchacz ze świstem wypuszcza powietrze i jak najszybciej przechodzi do kolejnego obrazka.
Jest całkiem inny. Szaleje na nim biel. Kilka godzin wcześniej widać było jeszcze czarne ciała uśpionych drzew, ale teraz prócz śnieżnej kotłowaniny ciężko dostrzec cokolwiek. Tamdarej grzeje dłonie nad benzynowym kocherem. Zza jego pleców, z głębi ziemianki, dobiega spokojny oddech Poli. Śpi. Dziecko śpi również, ale jego oddech jest tak delikatny i płytki jak ruch motylich skrzydeł i Tamdarej nie słyszy go na progu.
Świat rozdzielił się na dwoje. Po jednej stronie była zamieć, po drugiej wilgotna bezpieczna ciemność ziemianki. To tam Pola wydała na świat swoje dziecko i położyła je w wysłanej słomą, zeschłymi liśćmi i starymi papierami skrzynce na ziemniaki. Urodziła szybko, raz-dwa i już. Tamdarej nie musiał nawet bardzo pomagać, tylko na początku dziecko zaparło się lewym barkiem, ale kowal nieraz odbierał o wiele cięższe porody u kobył. Potem delikatnie odjął łożysko, podwiązał i odciął pępowinę i podmył żonę roztopionym nad kocherem śniegiem. Pola zrobiła się chłodna, blada, tylko piersi miała gorące i nabrzmiałe i zaraz po pierwszym karmieniu zapadła w głęboki sen. Tamdarej odgarnął z jej czoła zlepione włosy i wrócił na próg. Na granicę światów.
Czuwał tak cały dzień, noc i jeszcze jeden dzień, z motyką w ręce na wypadek, gdyby ludzie Generała ich wywęszyli. Zadymka na zewnątrz nie ustępowała i bardziej niż złych ludzi zaczynał obawiać się, że w kocherze braknie paliwa, mimo że w ziemiance znalazł prawie pełen kanister benzyny. Jedzenia nie brakowało – kartofle, cebula, marchew. Gotował z tego cienką zupę. Smakowała mu bardziej niż cokolwiek, co jadł w życiu. Bezustannie modlił się o ustanie zawieruchy. Ostatecznie nie po to chyba Bóg i Jego matka ocalili Polę, dziecko i jego, żeby dać im teraz umrzeć od mrozu w piwniczce na ziemniaki.
Bo zaczęło się od tego, że Tamdarej ukrył przezornie swoją syrenę w lesie przed wjazdem do miasta, gdzie Pola przebywała w szpitalu, bo w radio mówili, że w tym mieście właśnie gromadzą się siły Generała. Potem dowiedział się od kogoś, że wojsko zajęło szpital. Bał się tam iść, bał się bardzo, ale nie było innej rady, więc poszedł. Po drodze wstąpił na chwilę do niewielkiego kościoła na szczycie wzgórza, żeby pomodlić się o odwagę. W głównym ołtarzu wisiał obraz Panny Marii, która gestem niemal kokieteryjnym odgarniała ciemne włosy za ucho, może po to, by lepiej słyszeć ludzkie modlitwy.
Prośby Tamdareja musiały zostać wysłuchane jeszcze przed ich wypowiedzeniem, bo po chwili rozpoznał w skulonej w ławie kobiecej postaci swoją żonę. Lekarz wyrzucił ją ze szpitala, błąkała się więc ulicami miasteczka i zziębnięta zaszła wreszcie do kościoła. Miała wrażenie, że ktoś woła ją stamtąd po imieniu; myślała, że już umiera.
To był zbieg okoliczności, że się spotkali. Zbieg okoliczności, ukochana maska Boga. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby się rozminęli, gdyby nie spotkali się pod obrazem Marii Panny Nasłuchującej (czy może Kokietującej), gdyby natknęli się na żołnierzy. Tamdarejem aż wstrząsnęło.
Potem była jazda bocznymi drogami przez nieużytki i lasy. Pola jak zwykle kroiła pomarańcze w ćwiartki i chciwie wysysała. Cały samochód przeszedł gorzkawą wonią. Śnieg dopadł ich, gdy do przeprawy na Wisłoce zostało ledwie parę kilometrów. Po półgodzinie syrena zaryła się w białym puchu i nie szło jechać dalej. Tamdarej zabrał z samochodu kocher i ciepłe koce i poprowadził żonę prosto przed siebie. Pola stawiała nogi w jego ślady. Droga znikła już całkiem i tylko skryte pod śnieżnymi czapami drzewa znaczyły jej bieg. Gdy dobrnęli do pierwszych domów – smutnych świateł na skraju lasu – Poli odeszły wody i zaczęła drżeć. Tamdarej walił i walił do drzwi, ale nikt nie otwierał, ludzie siedzieli w domach skamieniali ze strachu, bo zbyt blisko stąd było do Czerni i zbyt blisko do wojsk Generała.
Pola porodziła więc syna w ziemiance i położyła go w skrzynce na ziemniaki, bo nie było dla nich miejsca między ludźmi.
Tamdarej czuwa na zewnątrz układu matka-dziecko, zmęczony, lecz ciągle czujny. Słyszał dawniej o mężczyznach, których żony po narodzeniu dziecka spychały poza granicę swojego życia; oboje z Polą dziwili się temu, podśmiewali się nawet z takich sytuacji. A teraz zauważył, że sam znalazł się na takiej orbicie, i wydało mu się to nagle tak naturalne jak to, że mężczyzna ma twarde, wystające prącie, a kobieta miękkie piersi i tę cudowną szczelinę, na dnie której stają się światy, i że role mężczyzn i kobiet od początku czasu są określone. Świat Poli i dziecka pachniał teraz mlekiem i nie było w nim miejsca dla nikogo z zewnątrz. Tamdarej był w tym wszystkim potrzebny, ale na zewnątrz, jako obrońca, dzięki któremu ziemianka stawała się miejscem ciepłym i bezpiecznym. Domem.
Drugą oczywistością było to, że zawarli z Polą małżeństwo dla tego dziecka. Nie dla niego czy dla niej, ale dla tego nowego świata, który nawet nie potrafił jeszcze określić siebie i był siebie świadom na sposób zwierzęcy, a nie ludzki. Może wszystkie małżeństwa są tak zawierane i nie może być inaczej, nawet gdy dzieci są dopiero swoją własną zapowiedzią, połowicznymi bytami zamkniętymi w jajnikach i jądrach?
Tamdarej spogląda i myśli, bo pustka i biel rodzą myśli bardzo łatwo. Jutro bez względu na pogodę muszą spróbować przeprawić się przez rzekę, inaczej skończy się benzyna.
Na zewnątrz Tamdareja jest biel, na zewnątrz Dida Puchacza – Czerń. Stary malarz kiwa się w krześle nad obrazkiem, kręci głową. Herbata w kubku wystygła. Ile jeszcze zakończeń może mieć ta historia?
I w tym momencie dziwna myśl błyska mu z tyłu głowy. Did Puchacz ujmuje w przemarzniętą, poznaczoną fioletowymi garbami żył dłoń biurowy spinacz i prostuje zewnętrzną pętlę. Delikatnie zeskrobuje Czerń z obrazków, tak by nie osłabić zbyt mocno struktury papieru, raz za razem zdmuchuje białe i czarne opiłki. Czerń znika wpierw z małych obrazków, tych rysowanych kredkami. Tutaj idzie gładko, a na tak powstałe przestrzenie Did nanosi zwykłe kształty w barwach jasnych i szczerych. Trochę trudniej jest z pierwszym obrazem, na który wypełzła Czerń – to akwarela, farba wpiła się głęboko. Did mozolnie usuwa wszystkie przebarwione włókienka, aż do najgłębszego. Gdy operacja dobiega końca, jest już wieczór, ale opłaciło się: nocna Dębica zostaje uzdrowiona, a toczący ją rak – wycięty.
Tylko że to jeszcze nie koniec. Zostaje ostatnie malowidło, największe, które wypączkowało poza ramy na sąsiednie płótna, a nawet na ścianę. Trupia wieża pośrodku rynku wciąż ma się dobrze.
Did Puchacz chwilę mierzy wzrokiem spotworniały kształt, po czym ujmuje nóż do rozcinania gazet i podważa zewnętrzne warstwy olejnej farby. Pęka łatwo, złuszcza się płatami jak strup, odsłaniając pod spodem szare blizny. Płótno za płótnem znika kościana wieża, a te jej gałęzie i wyrośla, które wypuściła aż na ściany, Did zdziera wraz z tapetą. A potem nie ma jej, nie ma jej wcale. Świta już, gdy Did zabiera się za opracowywanie i szycie posępnej rany po wieży.
A więc piaskowa płaszczyzna rynku, zupełnie pusta pośrodku, a wokoło kamienice ziewają gębami bram jak ludzie, co wstali zbyt późno; a nad tym wszystkim niebo, przepastne i blade, a na tym niebie ptaki. I kiedy wojska Generała wkraczają rankiem do Dębicy, zastają ją szczerą, otwartą i zdumioną tym wtargnięciem. Niektórzy mieszkańcy wylegają z domów myśląc, że to jakieś święto i wojskowa parada sunie główną ulicą. Parę dziewczynek w lekkich sukienkach rzuca pod stopy żołnierzy białe kwiatki, podobne do margerytek, które rosną na łąkach na stokach wzgórz i w dolinie Ostrej. Jedyne, co pozostało po Czerni, to zdechła wrona na spalonej słońcem płycie rynku.
Żołnierze spoglądają po sobie skonsternowani, aż wreszcie jakiś dowodzący natarciem pułkownik daje hasło: misja wykonana, miasto zdobyte. Wojsko wycofuje się rakiem, trochę niezręcznie, niezgrabnie. W drzwiach jednego z domów staje kobieta z dzieckiem na ręku, chłopiec wpatruje się w maszerujących żołnierzy z rozdziawioną buzią.
– Zrób żołnierzom pa, pa – mówi kobieta i macha pulchną rączką dziecka. Jej paznokcie są pobrudzone ziemią, jakby właśnie wróciła z ogrodu.
Aż wreszcie na rynku pozostaje tylko pluton egzekucyjny – mają rozstrzelać jakiegoś zbrodniarza oskarżonego o sprzyjanie Czerni. Tylko jak tu go rozstrzeliwać, skoro Czerni nie ma, skoro Czerni nigdy nie było, i co to w ogóle za zbrodniarz? Więc i pluton rozchodzi się wreszcie chyłkiem po uliczkach, gdzie jest chłodno i nie sięga lejący się z nieba żar.
Na rynku bawią się dzieci.
Dębica-Lublin, marzec 2012
koniec
« 1 9 10 [11]
22 grudnia 2012
Podziękowanie
Dziękuję Oli Brożek, Rafałowi Sali i Witowi Szostakowi, wobec których zaciągnąłem już tak potężne literackie długi, że chyba nigdy nie uda mi się im odwdzięczyć.
dodajdo

Komentarze

28 XII 2012   16:12:03

Bardzo ładne. Marquez w "Stu latach..." tak naprawdę ani na chwilę mnie nie wciągnął, a "Tamdarej" owszem. Pewnie trochę dlatego, że klimat jest mi bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej swojski niż ten z powieści Latynoamerykanina. (Nawet jeśli jestem i zawsze byłem z Wielkiego Miasta, to oczywiście do Dębicy mam bliżej, dosłownie i w przenośni, niż do Kolumbii). Na pewno jednak duża w tym zasługa zręczności autora. Muszę przyznać, że w "Tamdareju" potencjalne, alternatywne światy przechodzą bardzo płynnie jeden w drugi, w historię, w mit oraz los bohaterów. Z przyjemnością pozwoliłem się unieść narracji i czekałem na klejnociki -- jak metafizyczne uwagi o jedności, czy wizje artysty, który poprzez sztukę ma moc półboską, wielki wpływ na ludzi i rzeczywistość. Poza tym nawet chwilami wierzyłem w bohaterów i się o nich martwiłem.

Mimo wszystko realizm magiczny nie jest konwencją, która mi odpowiada. Moim zdaniem lepszą dlań nazwą byłby "nierealizm magiczny". Zbyt nieprawdziwy, właściwie wszystko może się zdarzyć bez uzasadnienia. Raz na jakiś czas mogę coś takiego poczytać, ale preferuję czytanie opowieści ze ściśle wykreowaną rzeczywistością, czytanie o przeżyciach postaci, z którymi (nawet przez sam tylko fakt, że konstrukcja świata ogranicza ich możliwości) jestem w stanie odczuwać prawdziwą więź empatii. Dlatego wolę choćby -- przykład pierwszy z brzegu -- fantasy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.