Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Tamdarej w innych światach

« 1 2 [3] 4 5 11 »
Nie było to łatwe, bo w ciągu następnych tygodni i miesięcy ścieżki jej i Tamdareja krzyżowały się dziwnie często. To było tak, jak z tym dotykiem, o którym marzyła: przypadkowo, a może jednak nie? Dojrzewająca wiosna nagle zrobiła się pełna Tamdareja. Dziewczyna szukała go wzrokiem na ulicy, w szkole, w kościele. Miał miły uśmiech, po pierwszym spojrzeniu uciekał zawsze wzrokiem gdzieś w dół czy w bok, a potem znów zerkał na Czarną i pąsowiał. Może ten wszechobecny dębicki Bóg splatał ich drogi, a może Tamdarej ją śledził? Na tę myśl przyjemny dreszcz pełzł w dół po plecach Czarnej, kończąc się drżeniem w krzyżu. Po raz pierwszy stawała w roli tej, której się pragnie, w roli kobiety.
Tamtej niedzieli podeszła do Tamdareja sama, sama zaczęła rozmowę. Zdziwiła się – to chyba nie ona, na pewno nie ona, nie odważyłaby się przecież. To było tak, jakby oglądała film. Była na zewnątrz. Czarna, nie-Czarna. Słowa wypowiadały się same, nie wszystkie specjalnie mądre, ale nie obawiała się ośmieszenia. Przecież to nie była tak naprawdę ona.
Pierwszy dotyk, pierwszy pocałunek – wszystko to przyszło w ciągu paru następnych dni, nagle i naturalnie, jak burza na wiosnę. Dziwne: teraz żaden dzień nie miał prawa istnieć i skończyć się bez jego dotyku, jego oddechu, a jeszcze parę dni temu nie była nawet w stanie wyobrazić sobie siebie – siebie! – w męskich ramionach. Bo tak myślała o Tamdareju: mój mężczyzna. Nigdy: mój chłopak. Mój mężczyzna.
Najbardziej lubiła, gdy Tamdarej zabierał ją do herbaciarni przy ulicy Kolejowej. Pachniało tam cynamonem i wanilią, a obwieszone maleńkimi obrazkami i fotografiami ściany pomalowano we wszystkie barwy ognia. Wiotka kelnerka w brązach pojawiała się znikąd. Czarna i Tamdarej zamawiali herbatę, zawsze o egzotycznej nazwie – albo Kwiat Paproci, parzony na porannej rosie, świeży i miękki; albo Różę Pustyni, której drapiącą ostrość lekka nuta mięty raczej podkreślała niż łagodziła; albo jakąś jeszcze inną, równie niezwykłą. Z ulicy dobiegał gwar, przytłumiony i rozmiękły, bo gruba ściana dobrze wytłumiała stukot końskich podków, okrzyki dorożkarzy, nawoływania przekupek, ostre i szeleszczące głosy Żydów. Czarnej przychodziło do głowy, że to miejsce istnieje zupełnie poza czasem. Herbaciarnia była mała, maleńka, ledwie pięć stolików w środku i dwa na porosłej różami werandzie. Ale to akurat tyle, by móc schować swoje dłonie w szerokich dłoniach Tamdareja, by się w nich ukryć cała. Czarnej to wystarczyło.
Kiedy więc wakacje stały w pełni i miodowy lipiec zawisł nad Dębicą, Czarna oddała Tamdarejowi, co miała najcenniejszego.
Było upalnie, powietrze drgało żarem i brzęczeniem owadów. Czarna i jej mężczyzna szli, trzymając się za ręce, doliną Ostrej, zasapani, ciągle pod górę i pod górę. Brodzili po pachy w błękicie popołudnia tak rozgrzanym, że zatykało w piersi. Szczytem doliny szybował las. Czarna czuła na sobie spojrzenie Tamdareja, osmykujące się po jej ciele, niepokojąco przyjemne. Minęli żwirowisko, minęli dwanaście kostropatych wierzb. Las otworzył się przed nimi chłodnym zaduchem, ale Czarna nie poprowadziła Tamdareja w głąb, tylko wąską dróżką wzdłuż skraju. Ostrężynowe krzaki szarpały ubrania, znaczyły łydki krwawymi pręgami. Tamdarej rwał pełne garście pachnących lasem malin i kwaśnych jeżyn. Jedną mechatą malinę wrzucił Czarnej za dekolt – dała mu po łapach, ale śmiała się przy tym.
O kilka długich pocałunków dalej był ogród Czarnej. Właśnie tu, na skraju lasu, nieogrodzony niczym prócz paru rozchwianych brzózek, otwarty i szczery. Na wpół zdziczałe róże, strzeliste minarety różowych malw, powój cierpliwie pnący się po gładkiej korze buków. To z pewnością był ogród, bo rosły tu kwiaty ogrodowe, nie leśne, ale sprawiał wrażenie nie do końca celowego, nie jakiejś próby porządkowania świata, a raczej dokładania światu czegoś od siebie. Obdarzania zamiast ujarzmiania.
– Sama to wszystko urządziłaś? – spytał Tamdarej, siadając na ciepłej ziemi.
– Sama, nie-sama. Różę podkradłam ojcu z ogródka, do tej pory o tym nie wie. Prawda, że się pięknie rozrosła? Dziczeje tylko trochę, nie wiem, jak ją przycinać. Zresztą ma już trzy lata, to dużo jak na różę, ma prawo w tym wieku mieć swoje kaprysy, zdziwaczeć. Malwy też zasiałam umyślnie. A wiosną rosną tu zawilce, jest całkiem biało, aż pod tę brzozę, o, tam. Ich oczywiście nie siałam, każdej wiosny same rozkrzewiają się z lasu. Myślę wtedy, że las cieszy się z mojego ogrodu, że mi pomaga. Powoju nie siałam, wiatr pewnie przywiał. Dziwne, że akurat tutaj.
Tamdarej nie wiedział za bardzo, co odpowiedzieć. Nie wiedział nawet, co pomyśleć. Ogród w lesie.
– Nie boisz się, że ktoś tu przyjdzie i zniszczy? – odezwał się wreszcie.
– A jak ty mnie skrzywdzisz, to co? – odparła Czarna, nagle poważna. – Dlatego, uważasz, powinnam odgrodzić się od ciebie drutem kolczastym? Mój ogród jest po to, by się nim cieszyć. Jasne, mogę go obwarować, ogrodzić, zamknąć się w nim. Tylko, po pierwsze, nie byłby już wtedy tym, czym jest, a po drugie – jakie miałabym prawo to zrobić? To nie jest mój własny las. Nie posiadam go. Chcesz, możesz przyjść, cieszyć się nim ze mną. Chcesz, możesz zdeptać i zniszczyć.
Czarna umilkła. Od łąk poniżej bił zielny zaduch. Tamdarej nic nie odpowiedział, tylko przyciągnął Czarną bliżej i pocałował.
– Wiesz, czasem myślę, że ktoś mi tu pomaga – powiedziała po dłuższej chwili.
– Mmm?
– No, ten powój. I kwiatki na kamieniach, te żółte – jak z jakiegoś skalniaka. Ja ich nie sadziłam. A w lesie nie rosną na pewno.
Znowu cisza.
– Ale wiesz, nawet jak ktoś oprócz mnie tu przychodzi, to na pewno nie wie o jednej rzeczy. Chodź, zobacz! – Pociągnęła Tamdareja pod kolczasty krzak głogu, rozgarnęła wysoką trawę.
Rósł tam buk, mały, poskręcany jak drzewko bonsai. Miał ze dwie dłonie wysokości i ledwie kilkanaście dziurawych listków.
– Był tu pierwszy – szepnęła Czarna z dumą. – Przed różami. Na samym początku. Parę lat temu zasadziłam bukowy orzeszek w doniczce i wyrósł, a potem go tu przeniosłam. Kiedyś będzie wielki i piękny. – Przerwała na chwilę, ujęła Tamdareja za szorstką dłoń. – Bo widzisz, będziesz się pewnie śmiał… Chciałabym, żeby nasza noc poślubna była tutaj. Tu. Nasza pierwsza noc.
Tamdarej zesztywniał, więc Czarna przywarła do niego mocniej i zrobiło jej się strasznie głupio, aż zapiekły policzki. Nie powinna była, rzeczywiście to niezbyt mądre.
Mijały tygodnie, z końcem sierpnia wakacje rozmyły się i znów trzeba było wracać do szkoły. Czarna jednak przestała żałować tej wzmianki o nocy poślubnej, bo Tamdarej najwidoczniej zrozumiał, skończyło się wrzucanie malin za dekolt i błądzenie rękami pod jej bluzką. Czasami – często – Czarna żałowała, ale tak było lepiej. Będzie i na to czas.
Zima ścisnęła Dębicę w listopadzie. Pewnego popołudnia Czarna i Tamdarej przedzierali się po skrzypiącej bieli przez pustacie pod lasem w dolinie Ostrej, mróz chlastał twarze jak żyletką. Do ogrodu Czarnej zaszli przypadkiem – teraz wyglądał jak każde inne miejsce na skraju lasu. Dopiero po chwili zobaczyli, że mały buk pękł od mrozu na dwoje. Zielone łyko rozpaczliwie błyskało na tle śniegu. Czarna wyrwała sobie gruby włos i razem związali ze sobą obie części, a potem przysypali śniegiem i zeschłymi liśćmi i odeszli.
Na wiosnę drzewko zrosło się prawie bez śladu.
4. Ogród Czarnej
Ani Czarna, ani Tamdarej nie wiedzieli, że tym, kto pomagał uprawiać ogród na skraju lasu, był Bóg. Bóg, jak to Bóg, znikał gdy tylko człowiek zaczynał przeczuwać Jego obecność. Dostrzegało się w takich chwilach najdrobniejsze szczegóły świata, złote kółka zębate rzeczywistości i jej ukryte mechanizmy – ale nigdy samego Boga, który zakładał ulubioną przez siebie maskę zbiegu okoliczności i znikał.
Gdy pękło drzewko, a Czarna i Tamdarej związali je włosem dziewczyny, Bóg przez całą zimę ogrzewał je ciepłem swych rąk. Drżał, palce Mu najpierw zsiniały, a potem sczerniały, a skóra na wierzchniej stronie dłoni popękała, ale nie odstąpił małego buka ani na krok.
Nadszedł kwiecień. Dopiero poczuwszy pod korą miękkie tętnienie soków, Bóg wypuścił drzewko z rąk i na powrót zstąpił do Dębicy.
5. Tamdarej i Czarna
Przy Czarnej Tamdarej nauczył się kłamać.
Nie chodziło o drobne, codzienne kłamstewka. Tamdarej zaczął wznosić kłamstwo potężne i wielopiętrowe. Tamtego wieczora po pierwszym pocałunku wszystko wzięło się w nawias: Czarna, Dębica, świat. To, co w nawiasie, było jawne i oczywiste, poza nim była ciemność i rzeczy, których wypowiedzieć nie wolno. Tamdarej żył w tym nawiasie za dnia, bywało, że nawet przez parę tygodni pod rząd. Ale zawsze, zawsze przychodził taki tętniący pragnieniami wieczór, gdy Czarna nawiedzała go w oddechu nocy, zimną żądzą pętała ręce i nogi. Gdy kończyli, leżeli długo obok siebie oddychając głęboko, a Tamdarej wodził dłonią po jej ciele – porcelanowym w blasku księżyca albo prawie czarnym, gdy było całkiem ciemno.
« 1 2 [3] 4 5 11 »
dodajdo

Komentarze

28 XII 2012   16:12:03

Bardzo ładne. Marquez w "Stu latach..." tak naprawdę ani na chwilę mnie nie wciągnął, a "Tamdarej" owszem. Pewnie trochę dlatego, że klimat jest mi bliższy, bardziej zrozumiały, bardziej swojski niż ten z powieści Latynoamerykanina. (Nawet jeśli jestem i zawsze byłem z Wielkiego Miasta, to oczywiście do Dębicy mam bliżej, dosłownie i w przenośni, niż do Kolumbii). Na pewno jednak duża w tym zasługa zręczności autora. Muszę przyznać, że w "Tamdareju" potencjalne, alternatywne światy przechodzą bardzo płynnie jeden w drugi, w historię, w mit oraz los bohaterów. Z przyjemnością pozwoliłem się unieść narracji i czekałem na klejnociki -- jak metafizyczne uwagi o jedności, czy wizje artysty, który poprzez sztukę ma moc półboską, wielki wpływ na ludzi i rzeczywistość. Poza tym nawet chwilami wierzyłem w bohaterów i się o nich martwiłem.

Mimo wszystko realizm magiczny nie jest konwencją, która mi odpowiada. Moim zdaniem lepszą dlań nazwą byłby "nierealizm magiczny". Zbyt nieprawdziwy, właściwie wszystko może się zdarzyć bez uzasadnienia. Raz na jakiś czas mogę coś takiego poczytać, ale preferuję czytanie opowieści ze ściśle wykreowaną rzeczywistością, czytanie o przeżyciach postaci, z którymi (nawet przez sam tylko fakt, że konstrukcja świata ogranicza ich możliwości) jestem w stanie odczuwać prawdziwą więź empatii. Dlatego wolę choćby -- przykład pierwszy z brzegu -- fantasy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.