Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Więcej się tu nie spotkamy

E.M. Thorhall
[1] 2 3 5 »
– A ty sobie zapamiętaj – Basia chyba czytała w jej myślach – że cielęciny nigdy nie kupuje się w sklepie, w którym nie zobaczysz w ladzie dużego kawałka cielaka. A i wtedy niech ci ją zmielą z tego, co jest w całości.

E.M. Thorhall
‹Więcej się tu nie spotkamy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorE.M. Thorhall
TytułWięcej się tu nie spotkamy
Opis„Thori” – niezależnie od świeczek na torcie zawsze ma 20 lat. :-) Z wykształcenia ekonomista. Zakochana w epoce średniowiecza, rycerzach i wikingach. Nieśmiały, energooszczędny introwertyk, czasami zgryźliwy i złośliwy. Zafascynowana R.A Salvatore’em i Tolkienem. Lubi pisać fantasy, satyrę i obyczajówkę. Przez własne dzieci zwana czasami nolifem z racji zamiłowania do gier oraz wredną matką (odwet za teksty o Gimbusównie). Niepoprawna optymistka ze skłonnościami do marudzenia. Zdarza jej się napisać artykuł dla Game Exe, Yggdrasilu czy portalu satyrycznego Sadurskiego. Posiadaczka strony internetowej: thorhall.republika.pl i bloga: emthorhall.kawerna.pl.
Gatunekobyczajowa
– Ale fajnie się kręci – rozbrzmiał głośny rechot jednego z dresiarzy, którzy tego wieczoru skracali sobie drogę przez park.
Pogrążone w mroku alejki nie kusiły obietnicą miłego spaceru. Padające z rozbitej latarni słabe światło wyłuskiwało z ciemności sylwetki mężczyzn zebranych pod jednym z drzew.
Dresiarz szturchnął naprężony sznur i zarechotał kolejny raz.
– Ludzie to debile – zawtórował mu drugi.
– Na psy to chyba trzeba zgłosić, czy jak? – rzucił kpiąco trzeci, ciskając na trawę opróżnioną puszkę po piwie i miażdżąc ją markowym adidasem.
– Stuknij się w łeb, kretynie – zauważył czwarty. – Nie dla psa kiełbasa!
Cała grupa wybuchnęła głośnym śmiechem, po czym oddaliła się spiesznie, znikając w ciemnych uliczkach parku.
• • •
Cztery tygodnie odpoczynku. Całe cztery tygodnie z dala od domu, dzieci, problemów i trosk. Agnieszka leżała na szpitalnym łóżku oddziału psychiatrycznego i gapiła się w sufit.
Wciąż był tak samo szary i popękany jak kilka lat temu. Wtedy jednak nie miała okazji przyjrzeć mu się dokładniej. Nie chciała tego robić. Nie mogła. A złożona drżącą dłonią parafka na wypisie na żądanie zobowiązywała.
Najprzyjemniejsze cztery tygodnie ostatnich lat. Jedzenie dostarczone pod nos.
Ciepło, przyjemnie. Jaka miła odmiana po niedogrzanym mieszkaniu.
Nikt nie poganiał, nie wrzeszczał, nikt niczego nie chciał.
Nawet alter ego – pyskata Aga – umilkło.
Agnieszka mogła przeczytać spokojnie książkę, rozwiązać krzyżówkę, napić się herbaty, zjeść posiłek, popatrzeć przez okno bez klamek na ośnieżone drzewa stojące w przyszpitalnym parku, czy ot, tak po prostu poleżeć i pogapić się w sufit.
Proste czynności, na które nie miała czasu w ciągu ostatnich dwunastu lat.
Czy jednak tego było trzeba?
W głowie kobiety wciąż krążył niepokój o dzieci. Jak sobie poradziły? Lekarze uspokajali, że rodzina się nimi zajęła.
Były jeszcze takie małe. Jędruś miał zaledwie dwanaście lat, Kaśka osiem.
Dobrze pamiętała słowa krzyczane przez ojca, podczas gdy sanitariusze wsuwali nosze do karetki. „Co ty sobie wyobrażasz? W tej chwili wstawaj! Dziećmi musisz się zająć! Jak zaraz nie wstaniesz, podam cię do sądu! Zabiorą ci dzieci! Nie nadajesz się na matkę! Znowu zachowujesz się jak wariatka!”
Krzyki umilkły na chwilę, gdy jedna z pielęgniarek odciągnęła starszego mężczyznę od karetki, kiedy próbował wyszarpnąć nosze z ręki sanitariusza.
Teraz to na niej skrupiła się cała złość.
„Wszyscy jesteście w zmowie! Miejsce matki jest przy dzieciach! Ma wstać i zająć się nimi! Obiad powinna im gotować! A nie mdleć na ulicy! Leniwa jest!”
Wrzaski odpłynęły w dal, ambulans zakołysał się lekko i zgrabnie włączył do ruchu ulicznego, zabierając ze sobą kobietę.
Oddział zamknięty.
Cztery tygodnie spokoju i wypoczynku.
Niepokój pojawiał się i znikał, a myśli Agnieszki pędziły już w stronę rzeczy, które będzie musiała zrobić po wyjściu do domu.
Leki działały nad wyraz skutecznie, zobojętniając ją na wszelkie ewentualne stresy. Potrafiła teraz na problem spojrzeć neutralnie, przyglądając mu się z boku, szukając możliwego rozwiązania. W głowie nie pojawiała się już setka natrętnych myśli, w piersiach nic nie uciskało, w gardle nie dusiło, a strach i lęk minęły.
Jak dobrze… Pełna równowaga… Tyle że wymuszona przez lekarstwa. Muszę się nauczyć tak, abym umiała ją zachować, kiedy odstawię już te tabletki, przemknęło jej przez myśl.
– Agnieszko, doktor Wojtasik chciała jeszcze z tobą porozmawiać, zanim wyjdziesz – dobiegł ją głos innej pacjentki wchodzącej do sali.
Agnieszka uśmiechnęła się lekko i zwlokła leniwie z łóżka.
– No to idę – odparła i otuliwszy się szlafrokiem, wyszła z sali.
Gabinet psychiatry mieścił się na samym końcu długiego żółtego korytarza. Idąc nim, kolejny raz przyglądała się powieszonym na ścianie pracom pacjentów. Tu jakieś wyszywanki, tu wydzieranki, a dalej obrazki namalowane akwarelami. Musiała przyznać jedno. Wielu chorych Bóg obdarzył talentem. Talentem, którego zapewne nigdy nie ujrzy świat. Bo i kogo mieli interesować ludzie walczący sami ze sobą w codziennej nadziei na lepsze jutro.
Odrapane nieco drzwi z dumną cyfrą „siedem” nie zachęcały do wejścia.
Nazbyt dobrze pamiętała, kiedy znalazła się tutaj pierwszy raz. To było okropne.
Ona stojąca w drzwiach, otępiała nieco z powodu tabletek i ten babsztyl po drugiej stronie biurka. Patrzący groźnie zza szkieł wciśniętych w czerwone oprawki, kontrastujące z czarnymi, upiętymi wysoko w kok, włosami.
Dzisiaj jednak Agnieszka czuła się lekko i swobodnie. Dzisiaj ten straszny babsztyl nie był już strasznym i przerażającym babsztylem, a kobietą próbującą pomóc.
Nacisnęła klamkę i spokojnie weszła do środka.
– Chciała pani ze mną porozmawiać – rzuciła od progu, rozglądając się po gabinecie.
– Właśnie, właśnie, pani Agnieszko. – Pani psychiatra ściągnęła okulary i odłożyła je na biurko.
Jak zwykle piętrzył się na nim stos papierów. W glinianym kubeczku stały zaostrzone ołówki i kilka długopisów. Agnieszka nie zdążyła jeszcze przyjrzeć się nowemu kwiatkowi, kiedy lekarka wskazała krzesło.
– Proszę usiąść. – Popatrzyła uważnie. – Jutro pani wychodzi już do domu, prawda? – upewniła się.
– Tak – odpowiedziała pacjentka, poprawiając pasek szlafroka.
– Pamięta pani o wszystkich moich zaleceniach?
– Mam się nie denerwować, nie zwracać uwagi na natrętne myśli i lęki. – Uśmiechnęła się lekko. – Wyciszyć, nie brać udziału w wyścigu szczurów. Zadbać o siebie.
Całą listę zaleceń miała w głowie. Najważniejsze to nie denerwować się, starać odnaleźć tę równowagę, której zabrakło po kilkunastu latach i skończyło się tak, jak się skończyło. Dłuższym, przymusowym urlopem na oddziale psychiatrii.
– Tak, tak, ale pamięta pani również, żeby nie przerywać brania tabletek? – spytała lekarka łagodnie, bawiąc się długopisem. – W pani przypadku ważne jest podjęcie dalszego leczenia. Zaraz po wyjściu proszę ustalić sobie termin wizyty u psychiatry i terapeuty. Z pani bagażem doświadczeń życiowych… – zaczęła, ale Agnieszka wyłączyła się już po pierwszych słowach.
Znała je na pamięć.
„Mam być pod kontrolą psychiatry, brać grzecznie leki i zacząć terapię dla takich jak ja.” Wyrzutków społeczeństwa, jak nazywała to na swój prywatny użytek. Ludzi o obniżonej odporności na stres, podatnych na załamania nerwowe, wrażliwych, jak mówił jeden z lekarzy. Nerwica lękowa z atakami napadowymi lęku oraz depresja, jak ładnie to zdiagnozowano.
– Oczywiście pamięta pani, że to dopiero początek? – Głos „babsztyla” wdarł się w myśli kobiety.
– Tak – odparła machinalnie, zastanawiając się przez krótką chwilę, o co lekarce może chodzić. Myślami była już w domu, sprzątała, prała, gotowała. Jak dobrze zaprogramowany robot wielofunkcyjny, który po naprawie w serwisie gwarancyjnym wraca na swoje miejsce.
– Nie przeciążać się, nie brać znowu na siebie całej odpowiedzialności za dom i rodzinę. Dzieci są coraz większe, kilka zadań może pani śmiało przenieść na ich barki. Wyrzucenie śmieci czy pozmywanie po obiedzie jeszcze żadnemu nastolatkowi nie zaszkodziło.
Agnieszka kiwnęła potakująco głową.
– I jak najwięcej relaksu. Odpoczywać. Powoli, małymi kroczkami, a wyjdzie pani z tego. Najważniejsze to zmiana sposobu myślenia. Pamięta pani o tym? – Nie czekając na odpowiedź, pani Wojtasik kontynuowała: – Nie podejmować się zbyt wielu zobowiązań. Po to pani ma zwolnienie lekarskie, żeby dojść do siebie. Żeby znów mogła pani być sobą.
– Jasne – zgodziła się Agnieszka.
– Mam nadzieję, że więcej się tu nie spotkamy. – Psychiatra podniosła się zza biurka, dając znak, że rozmowa zakończona.
– Też w to wierzę. – Na ustach pacjentki pojawił się wątły uśmiech.
– Akurat – mruknęła w jej myślach Aga.
• • •
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

30 IV 2014   11:13:07

Przygnębiające, ale dobre

04 V 2014   02:33:21

Przygnębiające?!- to nie przygnębia, to tylko opisuje rzeczywistość samotnej matki z depresją. Sceny w przychodni- jakbym nie bywał to bym nie uwierzył, na szczęście jeszcze jestem zdrowy (chociaż tylko na ciele). W zakończeniu nie powinno być informacji o tym co powiesiła.

16 V 2014   11:08:01

@freynir - nie zgodzę się w kwestii zakończenia, które uważam za bardzo dobre, bo zmieniające wydźwięk całości.

10 XII 2014   22:18:17

Drogi freynir. Opisem rzeczywistości zajmuje się reportaż. Oczywiście koleżanka E.M. Thorhall mogłaby pokusić się o reportaż, ale wtedy musiałaby zapomnieć o fikcji i trzymać się faktów z wszelkimi uciążliwościami z tą decyzją związanymi. A gdyby się już namęczyła, to chciałaby być odpowiednio wynagrodzona. Z tego co wiem, esensja nie płaci za teksty, czyli reportaż powędrowałby gdzie indziej, może nawet do jakiejś prasy, do tygodnika społeczno-politycznego i nie czytalibyśmy go w esensji. Błędne koło się zamyka

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.