Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 kwietnia 2017
w Esensji w Google

Trucizna duszy

[1] 2 3 8 »
Pomór spadł na miasto jak grom z jasnego nieba. Straszna wieść szybko dotarła nie tylko do wszystkich zakątków Hrabstwa, ale i do ościennych krajów. To było naprawdę coś niesamowitego. Oczywiście zielony kolor aury opisano już prawie dwieście lat temu, jednak dlaczego dysponujący nim potężny mag miałby zrobić coś takiego? Poza tym ludzie ze Zdolnościami na wysokim poziomie szybko stawali się osobami publicznymi, tymczasem nikt nie potrafił wskazać ewentualnego sprawcy tragedii.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Agnus Daphoe z powagą popatrzył na zebranych.
— Zaufanie przepowiedniom srebrnych nie jest sprawą wiary. To kolor jak inne. A co do własnych Zdolności nie zgłaszamy chyba wątpliwości?
Najlepsi magowie Gildii nie mogli zrobić nic innego, niż niechętnie przytaknąć.
— Srebrne dziecko, które pozyskałem w Zirrconium, mówi wyraźnie: rodzaj ludzki rozwija się niewiarygodnie szybko. Niebawem to, co my potrafimy, może okazać się niczym.
Nawet gdyby Daphoe nie był telepatą, mógłby teraz z łatwością odgadnąć ich myśli. Obawialiście się tego, ale woleliście chować głowy w piasek, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.
— Ile lat ma ta wieszczka?
— Siedem. — Wzruszył ramionami. — Ale to nie powód żeby lekceważyć jej słowa. Musimy przygotować się na zmiany. Wkrótce pojawią się magowie z nowymi Zdolnościami.
— Czy to nam zagraża?
— Zapewne. — Zakpił. — A teraz, skoro przekonaliście się, że miałem rację, posłuchajcie mojego planu. Sądzę, że okoliczności nie pozostawiają nam wielkiego wyboru.
• • •
Pomór spadł na miasto jak grom z jasnego nieba. Straszna wieść szybko dotarła nie tylko do wszystkich zakątków Hrabstwa, ale i do ościennych krajów. To było naprawdę coś niesamowitego. Oczywiście zielony kolor aury opisano już prawie dwieście lat temu, jednak dlaczego dysponujący nim potężny mag miałby zrobić coś takiego? Poza tym ludzie ze Zdolnościami na wysokim poziomie szybko stawali się osobami publicznymi, tymczasem nikt nie potrafił wskazać ewentualnego sprawcy tragedii.
Ivnebrall rozmyślał nad tą zagadką, gnając co koń wyskoczy do Zirrconium. Mijało już dwanaście godzin od zdarzenia i wkrótce odczytanie śladów graniczyłoby z cudem. Miał nadzieję, że któryś zespół znajdował się bliżej; że ktoś zdąży.
I wtedy wierzchowiec okulał. Tropiciel mógł go wymienić na następnej poczcie, ale znajdował się — cóż za zbieg okoliczności — akurat w połowie drogi między dwoma punktami. Kiedy dotarł do wsi, w której spodziewał się dostać nowego pocztowca, okazało się, że jedyny koń, którego akurat nie używał żaden goniec, czymś się zatruł. Z gospodarzami nie poszło lepiej: wszyscy jak nie pożyczyli to pogubili wierzchowce, a może po prostu kłamali. Wymachiwanie medalionem Gildii nie zdało się na nic. Jedynym rozsądnym wyjściem wydawało się przeczekanie w gospodzie. Ostatecznie Ivnebrall dotarł w pobliże Zirrconium dwadzieścia dwie godziny po pomorze, nie mając większych nadziei na znalezienie czegokolwiek. Już dawno zapadła głęboka noc, ale nawet o tej porze gościniec nie powinien być tak całkowicie pusty, ...wymarły.
Znajdował się już niecałe pół kilometra od bram, kiedy po raz pierwszy usłyszał w głowie obcy głos...
Zatrzymaj się! Miasto jest skażone. Czy jesteś tropicielem?
— Pokaż się! — Zawołał, bezskutecznie próbując cokolwiek dojrzeć i jednocześnie walcząc ze zdezorientowanym koniem.
JESTEŚ tropicielem. Gildia cię tu przysłała.
— To chyba naturalne, że zajmujemy się tą sprawą. Hrabia prosił nas o zbadanie...
Usłyszał wybuch śmiechu. Kobieta. Kilka metrów od traktu. Zeskoczył, ale natychmiast go powstrzymała.
Zostań, gdzie jesteś. Gdybym chciała, żebyś mnie zobaczył, nie chowałabym się w krzakach. Dobrze. A teraz porozmawiajmy. Nie masz po co tak się spieszyć do miasta, chyba że po śmierć.
Wdrapał się z powrotem na koński grzbiet i ruszył przed siebie.
Stój!
— Dość tych żartów. Mam zadanie. Jeśli będziesz przeszkadzać... Chyba nie należysz do Gildii? Masz ochotę się z nią zapoznać? Odczytałem już twój wzór i rozpoznam cię wszędzie.
Nie strasz mnie. Poza tym mówię ci, że jedziesz tam na własną zgubę.
— Cholera jasna, nie pouczaj mnie! Jeśli nie ma tam już maga, to nie ma też aury, co zatem miałoby mnie zabić? Sugeruję przestudiować choć jedną księgę, zanim zaczniesz się bawić Zdolnościami!
Popędził wierzchowca, który nieoczekiwanie stanął dęba. Zaskoczony Ivnebrall wypadł z siodła. Przez kilka sekund, po spotkaniu z ziemią, bał się poruszyć. Jeśli coś sobie złamał, to nie chciał się o tym dowiedzieć. Usłyszał szelest, potem kroki.
— No, dalej. Nic ci nie jest. Wstań.
Poczuł narastającą wściekłość. Ignorując ból, zerwał się na nogi i zacisnął dłonie w pięści. Naprawdę miał ochotę komuś przyłożyć. Widok przeciwnika w sekundę go rozbroił. Telepatka była drobna, znacznie niższa od niego i najwyraźniej sama. Oblicze ukrywała pod kapturem.
— Czego ty chcesz, kobieto?
— Wytrop go dla mnie.
Uzdolniona wariatka. Zapewne w szoku — zdecydował. Bardzo starając się zachować spokój, przejechał dłonią po twarzy, co nie okazało się dobrym pomysłem. Umazana błotem rękawica zostawiła smugi brudu.
— Pozwól. — Z kieszeni płaszcza wydobyła chusteczkę.
Odtrącił jej rękę.
— Przeklęte zwierzę. — Mruknął, szukając wzrokiem konia. Słabe światło gwiazd niewiele pomagało. Otrzepując ubranie, zaczął iść w stronę miasta. — Wracaj do domu, panienko. Jeśli tylko przestaniesz mi przeszkadzać, zrobię wszystko, żeby znaleźć...
— Posłuchaj mnie nareszcie, idioto! Gildia posłała cię na śmierć. Nie można się jeszcze zbliżać do Zirrconium. Zresztą nie tam powinieneś szukać, ale w starej warowni na wzgórzu. Przebywał tam przez kilka dni mag fioletu...
— Twój kolega?
— ...razem z zielonym. Uważam, że sprawca pomoru został do tego zmuszony.
Syknął i złapał ją za ramiona, celowo troszkę zbyt mocno.
— No, teraz ty posłuchaj. Wygadujesz bzdury. Daj mi spokój, albo naprawdę źle się to dla ciebie skończy. Idę do miasta. Tam nic groźnego się już nie dzieje, za to z każdą minutą zacierają się ślady. Muszę się spieszyć, a ty musisz się leczyć. Dobranoc.
Narzucił dobre tempo i stawiał długie kroki, ale to jej nie zniechęciło. Trzymała się z tyłu i milczała, jednak uparcie szła za nim. Kilka razy musiał walczyć z chęcią odwrócenia się. Nie potrafił stwierdzić, czy próbowała go w ten sposób zatrzymać. Nie miał wielkiego doświadczenia z fioletowymi. W pewnym momencie stwierdził, że został sam i wkrótce natknął się na strażników. Medalion wymownie zalśnił w świetle pochodni.
— Taak... Dobrze by było, żeby Gildia dorwała tego sukinsyna. — Warknął oficer.
— Czy ktoś już przybył?
— Owszem, jedna tropicielka. Z tego co wiem, rozłożyła ją ta sama choroba, co całą resztę. Ci, którzy jeszcze żyją, są w lecznicy, piętnaście kilometrów na zachód.
— Na pewno ta sama choroba? — Ivnebrall przypomniał sobie ostrzeżenia nieznajomej i nagle poczuł się dość niepewnie.
Strażnik wzruszył ramionami.
— Pan też nieszczególnie wygląda. — Zauważył złośliwie.
— Koń mnie zrzucił. Gdybyście go zobaczyli...
— Jasne. — Zapewnił z entuzjazmem świadczącym, że nie pofatygowałby się, żeby złapać zwierzę, nawet gdyby samo próbowało mu wcisnąć lejce w dłonie.
— Nie macie tu wielu ludzi.
— Jeśli jest jakaś korzyść z całej sprawy, to taka, że wytruła się większość szabrowników. — Zarechotał. — Tak po prawdzie, to hrabia bardziej nas potrzebuje w stolicy. Nie wyobraża pan sobie, co tam się teraz wyprawia.
Tropiciel ruszył ku bramom miasta. Niesamowita cisza aż grała w uszach.
Mijał właśnie ruiny jakiegoś dawno spalonego budynku, kiedy zza jedynej pozostałej ściany wyszła fioletowa magini.
— W porządku. Z tej odległości powinieneś już coś zobaczyć. — Powiedziała stanowczo.
Ogarnęło go dziwne, bardzo nieprzyjemne uczucie. Nagle stwierdził, że po prostu musi posłuchać. Nie zamierzał robić trudności, przecież po to przyjechał. Usiadł na środku drogi i zamknął oczy.
Z ciemności powoli zaczęły wyłaniać się niewyraźne szare kształty, niepodobne do migotliwych, srebrnych reprezentacji żywych istot. Miasto zamieszkiwały teraz gasnące widma. Było ich nieprawdopodobnie wiele. Do Ivnebralla w końcu dotarło, że miał przed sobą obraz śmierci całego wielkiego Zirrconium. Najdziwniejsze, że ludzie ci najwyraźniej umierali w różnym czasie. Obok cieni właśnie odchodzących w nicość, migotały całkiem jeszcze wyraźne. Skoncentrował się, szukając jakiegoś wspólnego wzoru. Śmiercionośna moc, która dotknęła mieszkańców, pozostawiła po sobie skazę wpisaną w ich widma. Coś się jednak nie zgadzało. Piętno na starszych reprezentacjach było nieco inne, ale one już się dopalały i wkrótce całkiem rozwiały. Czy to zresztą takie istotne? Zadaniem tropiciela było odczytanie pozwalającego na identyfikację wzoru, a ten — mimo drobnych różnic — niewątpliwie w każdym przypadku należał do tej samej osoby.
Wymarłe miasto rozbłysło nagle złotymi iskrami.
[1] 2 3 8 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Opad
— Barbara Uznańska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.