Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 marca 2017
w Esensji w Google

Zdrowaś Matko

[1] 2 3 15 »
Obecność pradawnego bytu wibrowała tuż pod ziemią. Bezduszna masa pochłaniała kolejne, coraz liczniejsze i bardziej złożone istnienia, a niebieskawa mgła zaczęła kłębić się zwartym gobelinem na wysokości pożółkłych źdźbeł trawy. Dopiero teraz Siedmiu poczuło zmianę.

Opowiadanie stanowi kontynuację tekstu pt. „Niepołomni”.

Julia Szajkowska
‹Zdrowaś Matko›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJulia Szajkowska
TytułZdrowaś Matko
OpisAutorka pisze o sobie:
Urodziłam się w Łodzi (wyborny rocznik ’81), a obecnie mieszkam w Oławie niedaleko Wrocławia. Skończyłam fizykę na Politechnice Łódzkiej. Zawodowo od lat zajmuję się tłumaczeniem z angielskiego na polski - głównie książek, ale nie tylko. Umiem i lubię czytać. Umiem też stawiać literki we właściwej kolejności, co w wolnych chwilach z upodobaniem robię. Ocenę tego, czy umiejętność układania ich w słowa i zdania przekłada się na umiejętność pisania (a może nawet Pisania), pozostawiam innym. Prywatnie mam jednego męża i jednego wrednego kota.
Gatunekfantasy
1.
W ciszę wieczoru, zakłócaną tylko równomiernym szumem silników coraz mniej licznych samochodów toczących się po ulicach Wrocławia, wbił się ostry, przenikliwie wibrujący dźwięk gitary elektrycznej. Chwilę później cały szutrowy plac przed klubem muzycznym High Jinks drżał już równomiernie, gdy z potężnych głośników Marshalla popłynęły pierwsze głębokie nuty basu Hirka Proszowskiego. Wygrywający dotychczas szaloną improwizację Michał „Crazy” Wysocki przeszedł płynnie w uporządkowane staccato trzydziestek dwójek, wypełniając niepokojem przestrzeń pozostawioną przez Proszowskiego.
„Turbina” rozpoczęła długo wyczekiwany przez wielbicieli zespołu, pierwszy po reaktywacji koncert i miała wyraźny zamiar pokazać, że ciągle jeszcze pamięta, jak należy grać heavy metal.
Nim wybrzmiały pierwsze dźwięki, pełny dotąd ludzi plac opustoszał niemal doszczętnie. Przed metalowymi drzwiami starego magazynu, w którym mieścił się klub, zostało zaledwie kilka osób. Zakończony właśnie występ supportu o dziwnej i niewiele im mówiącej nazwie „Synowie Welesa” sprawił, że nawet chłód październikowej nocy nie był w stanie ostudzić ich emocji. Rozedrgane, pełne napięcia, mocno podniesione głosy bez trudu przebijały się nawet przez wyczyny „Turbiny”.
– Ja pierdolę, stary, ale podegrali.
– Rozjebali system na całego.
– Weź, kurwa, nic nie mów. Jaki klimat napędzili!
– Gadałem z wokalistą przed koncertem. W pale się nie mieści po prostu. Wiara naszych przodków, czaisz bazę? Słyszałeś, jak śpiewał. Pierona, Twarożyca i innych, kurwa, powinniśmy czcić, a nie całe to judeo-chrześcijańskie gówno. Okradli nas, kurwie syny, z korzeni.
– Tomek, chodź. „Turbina” już gra – między męskimi, coraz bardziej podchmielonymi głosami zabrzmiał wyraźnie pełen skargi wyższy głos kobiety. – Zaraz pewnie poleci „Piaskownica”.
– Spokojnie, mała. Zwijamy się.
Chwilę później, gdy wszystkie butelki piwa zostały już opróżnione, a kurzone naprędce papierosy starannie dopalone do samych ustników, młodzi ludzie ruszyli na koncert ukochanej grupy, ale wrażenie, jakie wynieśli z przelotnego kontaktu z nieznanym sobie zespołem, odcisnęło na nich niezatarte piętno.
Ziarno zostało zasiane.
Ledwie zniknęli za drzwiami klubu, powietrze pod jedyną oświetlającą plac latarnią zafalowało nieco, a następnie zgęstniało, formując dwie niewyraźne postaci.
Cóż chciałeś mi ukazać? Ich? – Irytacja pobrzmiewająca w głosie kobiety nie była w stanie całkowicie ukryć niepokoju.
Towarzysząca jej istota nie odpowiedziała, spoglądała jedynie w kierunku miejsca, w którym przed chwilą jeszcze stali młodzi ludzie. Początkowo nie działo się nic, potem od starych, poniemieckich murów kolejowego magazynu otaczających plac odbiły się echem dźwięki zakończonego niedawno występu.
Krew ojców przelana na darmo
Chramy spalone, korzenie wyrwane
Zgliszcza ostały się jeno czarne
Bogowie starzy w milczeniu swym martwi

Wróćcie do nas, do synów tej ziemi
Kłamliwe słowa na proch wnet zetrzemy
Oddajcie nam wiarę, oddajcie nam dumę
Od dziś i na zawsze niech Perun panuje
To przecież nic nie znaczy – zapewniła nieco zbyt gorliwie. – Nieraz wzywali już nas w wierszach, w pieśniach. Znamy swoje miejsce. Zgodziliśmy się…
Nie wszyscy. – W słowach anioła próżno było doszukiwać się złości czy nagany. On zwyczajnie stwierdzał fakt. – Teraz jest ktoś, kto odpowie.
Nie powiedział nic więcej, nie groził, nie ostrzegał. Wystarczyło, że przez chwilę pozwolił jej poczuć, czym będzie, gdy tysiącletni pakt przestanie obowiązywać.
Potem znikł.
Mokosz stała w bezruchu, zdruzgotana bezsilnością. Po raz pierwszy od chwili, gdy pojawiła się na świecie, doświadczyła strachu i natychmiast zrozumiała, że nie pozwoli sobie nigdy więcej poczuć czegoś tak odrażającego, niezależnie od ceny, jaką miałaby za to zapłacić.
• • •
Grafitowe chmury, ledwie odcinające się na tle nocnego nieba, przemykały nad przełęczą w zawrotnym tempie gnane szarpiącym wiatrem, z rzadka tylko odsłaniając najwyższy szczyt masywu z wzniesionym na nim symbolem – wyznaniem wiary. Zimne, śliskie macki wilgoci wciskały się bezlitośnie we wszystkie szczeliny, także pod wełniany płaszcz okrywający postać stojącą na zboczu, które pokrywał przybrudzony śnieg.
Zapomniana bogini wzniosła ramiona ku niebu we władczym geście. Sięgnęła poza granicę tego, co widzialne, głęboko, aż do fundamentów świata. Po chwili jej myśli splotły się z osnową czasu. Początkowo wartki strumień nadawał im kierunek, lecz stopniowo wola bogini stawała się jednym z upływającymi sekundami. Wtłoczyła nurt w niewidzialne koryto, a posłuszny jej świat zareagował natychmiast. Płynące dotąd wartko chwile zgęstniały, rozleniwiły się i ostatecznie zamarły w oczekiwaniu na uwolnienie spod rozkazu.
Ołowiane pasma przesuwające się dotąd szybko nad głową Mokoszy zastygły w bezruchu. Prześwit w chmurach uwolnił blade promienie księżycowego światła, które padły na ziemię u stóp Wielkiej Matki.
Bogini z rozkoszą sięgnęła do mocy nagromadzonej przez stulecia wznoszonych modłów. Kipiące nią słowa zabrzmiały między skalistymi szczytami Tatr, odbiły się echem od wapiennych ścian i wniknęły głęboko do serca ziemi.
Nie musiała czekać długo. Ciągle jeszcze wzywała zapomnianą jaźń, uśpioną przed tysiącem lat, gdy ziemia pod jej stopami zadrżała lekko. Srebrzysta smuga przesunęła się w kierunku ściany masywu, ukazując na niej niewidoczną wcześniej szczelinę. Jednocześnie bogini poczuła na skraju świadomości obecność czegoś monumentalnego, myśli starsze od własnych, nieskończenie powolne, acz zaciekawione.
Bądź pozdrowiony, Wieczny. Przybyłam, by dopełniły się śluby. Uwolnij to, co niegdyś zostało spętane. Otwórz drogę do swego wnętrza, pozwól złamać pieczęć wiążącą Siedmiu – zażądała.
Masyw Giewontu wyrwany z letargu po tysiącach lat niechętnie scalał zatraconą w czasie tożsamość. Dźwięki powoli nabierały znaczenia, wiadomości płynące z wiatrem zyskiwały sens, a drgania gruntu potwierdzały, że olbrzym nie jest już sam. Irytująca, mała istota uparcie wwiercała się w otępiałą świadomość ducha góry, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie odejdzie, dopóki on nie dotrzyma danego niegdyś słowa.
Przeciągły jęk rozdarł górskie powietrze, a ze ściany wznoszącej się przed oczyma bogini osypały się kamienie. Najpierw nieduże, przypominające żwir, potem coraz większe, aż wreszcie krawędzie oświetlonej światłem księżyca szczeliny rozeszły się na tyle, by człowiek mógł bez trudu wejść do ciągnącego się za nią korytarza.
Ledwie opadł biały pył skruszonego wapienia, Mokosz ruszyła pewnie przed siebie w kierunku mrocznego otworu. Była tu wcześniej zaledwie jeden raz, lecz to wystarczało w zupełności, by teraz mogła pozwolić sobie na przejście wąskim korytarzem bez chwili wahania. Wnętrze góry pozostało przecież niezmienione.
Szła długo. Przesmyk między pożłobionymi ścianami schodził coraz niżej pod powierzchnię ziemi, nieznacznie się przy tym rozszerzając. Z każdym metrem powietrze stawało się coraz bardziej stęchłe i coraz zimniejsze. Wilgoć osadzała się na skałach niewielkimi kroplami. Te pęczniały i spływały po twardym podłożu wąskimi strużkami, lecz w ciemnościach nie można było ich dostrzec; słyszało się tylko ich delikatny szmer.
W jednej chwili, bez najmniejszego ostrzeżenia, sklepienie biegnące dotąd zaledwie o szerokość dłoni nad głową bogini poszybowało nagle w górę – korytarz w jednej chwili przekształcił się w jaskinię. Nawet Mokosz nie potrafiła powiedzieć, czy pieczara istniała tu zawsze, czy pojawiała się wyłącznie, gdy nieproszeni goście zakłócali spokój ducha gór. Wapienna skała ginęła teraz w mroku, nie pozwalając ocenić faktycznych rozmiarów groty – ściany przejścia, które dotąd zdawały się napierać na boginię, oddaliły się równie niespodziewanie, co sufit wąskiego przesmyku.
Przy wejściu, tuż obok sporych rozmiarów głazu, ciągle żarzyło się na wpół rozkopane palenisko. Gdy Mokosz stanęła nad tlącymi się pomarańczowo szczapkami, zapadła cisza tak głucha, że nie sposób było pomyśleć, by ktoś jeszcze mógł znajdować się pod ziemią. Bogini schyliła się, by dołożyć do przygasającego żaru jedną z leżących obok cieńszych gałązek.
– Nie rozniecaj ognia, bo ich zbudzisz – doleciał ją niewyraźny szept.
[1] 2 3 15 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

W mieszkaniu Tobiasza
Dorota Dziedzic-Chojnacka

18 II 2017

Zamieszkująca parter staruszka była przekonana, że jej życiu zagrażają obcy, którzy wychodzą ze wszystkich możliwych szczelin w mieszkaniu. Dlatego pani Kicińska spędzała cały swój czas w domu na gotowaniu wody i zalewaniu wrzątkiem rozmaitych dziur, rur i otworów.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

PINKK
— Julia Szajkowska

Dwa procent
— Julia Szajkowska

Niepołomni
— Julia Szajkowska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.