Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wojownik i wiedźma

[1] 2 3 4 »
W ciemności, rozjaśnianej do brudnej szarości przez słabe światło świecy, słychać było tylko pojękiwania pobitego. Chłopiec długo nie mógł zasnąć i ignorował wszystkie próby nawiązania rozmowy. W ponurym milczeniu, zaciskając usta, uparcie wpatrywał się w ścianę. Kiedy wiedźma ułożyła się do snu na przygotowanym na podłodze posłaniu, on jeszcze nie spał.

Radomir Darmiła
‹Wojownik i wiedźma›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorRadomir Darmiła
TytułWojownik i wiedźma
OpisRadomir Darmiła (pseudonim), urodzony w roku 1976, z wykształcenia informatyk. Żonaty, posiada dwójkę dzieci. Pracuje obecnie na jednej z wyższych uczelni. Jego pierwsze opowiadanie, „Zabójca przedsmoków”, zostało opublikowane w kwietniu 2013 roku w magazynie QFant. Zdobył wyróżnienie w konkursie Pigmalion Fantastyki 2013 za „Sprawiedliwość grabarza”. W Esensji debiutował „Strunami umarłych” (10/2013). W lipcu 2014 wydrukowano jego opowiadanie „Trzy do dwóch dla Nowogóry” w Fantastyce Wydaniu Specjalnym.
Gatunekfantasy
Przejście otwarło się tuż przed południem, na zachód od wsi – dokładnie tak, jak obiecywała wiedźma. Mgła wirowała, rozbłyskując dziesiątkami barw – wszystko do tej pory bez jednego dźwięku i gdyby chłopiec stał ledwie sto kroków dalej, już nie zauważyłby dziejących się tu cudów – i nagle rozpękła się, ukazując jasny tunel o drżących ścianach. Równocześnie gwałtowny wiatr przewrócił chłopca na ziemię, a przeciągły grzmot przetoczył się po niebie. Rościk roześmiał się szczęśliwy. Widział wcześniej już wiele Przejść, a jednak za każdym razem był tak samo oczarowany. Wciąż leżąc, podniósł głowę i spojrzał ponownie w kierunku nowo powstałego tunelu. Natychmiast poderwał się na nogi. Ktoś nadchodził.
To nie był zwyczajny podróżny. Nie mógł być także kupcem, pielgrzymem ani wiedźmistrzem. Przy pasie nosił nóż, bardzo długi, z rękojeścią o dziwnym kształcie. Czaszkę miał wygoloną – oprócz jednego, długiego kosmyka czarnych włosów, zwisającego od samego czubka głowy aż do ramion. Tatuaż pokrywał jego pooraną licznymi bliznami twarz.
– Jak się nazywa ta dziedzina? – zapytał, przeciągając niektóre głoski. Rościk milczał, oszołomiony niezwykłym wyglądem nieznajomego. Tamten, zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi, pochylił się nad chłopcem i puknął go palcem w chudą pierś.
– Hej, ty? Nie słyszałeś? Niemowa mi się trafiła? A może strach cię sparaliżował?
– Staropole – wydobył z siebie głos Rościk. – Staropole, szlachetny panie.
– Nie słyszałem wcześniej. – Nieznajomy wyprostował plecy i rozejrzał się dookoła. – To duże miejsce?
– Nie, panie. Jedna wieś – odparł chłopiec, zastanawiając się, dlaczego obcy budzi w nim taki lęk. – Jestem Rościk, syn Frydka Garbarza.
– Kto wami rządzi? Macie księcia? Regenta, namiestnika?
– Starszy wsi, panie. Tam skąd przybyliście, panie, jest zima?
– W Kirdawie? – Nieznajomy podejrzliwie przyjrzał się Rościkowi. – Tak. Kirdawę mróz trzyma. Jak zgadłeś, chłopcze?
– Wasz ubiór, panie. – Rościk wzruszył ramionami. – Macie na plecach zwinięty płaszcz zimowy. Cały mokry, pewnie śnieg się stopił, gdyście przeszli w naszą dziedzinę. Buty też mokre. A więc to prawda? Że w każdej dziedzinie może być inna pora roku?
– Tak. – Nieznajomy, wyraźnie uspokojony, roześmiał się i potargał Rościkowi czuprynę. – Nie tylko inna pora roku, chłopcze. Każda dziedzina ma swój własny klimat. Mniejsza z tym. Macie we wsi palantir? Nie wiesz, co to jest? Nie szkodzi. Nawet lepiej.
Obcy wypytywał dalej i wydawał się być coraz bardziej zadowolony z odpowiedzi chłopca. Przejścia w Staropolu pojawiały się wprawdzie często, nawet dwa razy w jeden dzień, ale niemal wszystkie prowadziły do miejsc dzikich i bezludnych. Te do dziedzin zamieszkanych otwierały się nieregularnie, bardzo rzadko, na dodatek za każdym razem do innej krainy.
– A Jaszery? Pojawiają się tutaj?
Rościk podrapał się po głowie.
– Wiesz o czym mówię? Słyszałeś kiedyś o Jaszerach?
– Słyszałem – ostrożnie powiedział chłopiec. – To oni pozwolili ludziom zasiedlić dziedziny, prawda? Ale nie, nigdy ich nie widziałem na własne oczy. Staropole jest za małe, by je odwiedzali.
Obcy zaśmiał się wesoło i jeszcze raz rozczochrał Rościkowi włosy.
– Wspaniale. Naprawdę wspaniale. A teraz prowadź mnie do wsi.
– Ale mamy za to wiedźmę – bąknął chłopiec. – Ciotkę Jarochę. Potrafi…
– Wiedźma też się przyda, ale potem – niecierpliwie przerwał przybysz. – A teraz już szybciej, pokaż mi drogę do waszej osady.
• • •
Wiedźma Jarocha westchnęła ciężko. Nienawidziła chwil takich jak ta. Tych spojrzeń pełnych rozpaczy, w których gniew i nienawiść walczyły z desperacką nadzieją. Tej ciszy, przerywanej tylko płaczem noworodka i ciężkim oddechem kobiety, układającej się z trudem na łóżku. I jeszcze te zaciśnięte usta położnej, trzymającej zawiniątko z noworodkiem.
– Dziecko wydaje się zdrowe, ciotko – cicho szepnęła Narastka. – Przyjmiesz je między ludzi?
– To jeszcze nie jest dziecko. Myślisz, że możesz w tak prosty sposób zmienić moje zdanie? Powiedziałam wszystko już miesiąc temu – odparła wiedźma zmęczonym głosem. – Tym razem nie chodzi o wadę fizyczną. Nic się nie da zrobić.
Podeszła do położnej i pochyliła się nad noworodkiem. Widziała płomyk jego duszy, chwiejny i słaby. Przypatrywała się mu tak, jakby oceniała jeszcze raz, ale to był tylko pozór – decyzję podjęła już wcześniej. Wyciągnęła rękę i dotknęła czoła noworodka. Zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, noworodek już nie oddychał. Stało się.
Nie patrząc na nikogo, wyszła z chaty. Nie chciała słyszeć płaczów. Nie chciała słuchać przekleństw. Nie dlatego, żeby się ich bała. Gdyby została, musiałaby zareagować, a na to nie miała ochoty.
Mężczyzna stojący na zewnątrz poderwał się na nogi. Wiedźma spojrzała mu prosto w oczy, chociaż wolałaby opuścić głowę.
– Możesz wejść do chaty – powiedziała. Pod mężczyzną ugięły się nogi.
Poszła szybkim krokiem przed siebie, podpierając się kosturem. Za nią biegła Narastka. Jarocha nie musiała jej widzieć, żeby wiedzieć, że dziewczyna pała chęcią zadawania pytań. Mimo tego wiedźma parła naprzód, krokiem szybkim i zdecydowanym. Gdy weszła do chaty, usiadła przy stole i oparła kostur o ścianę.
– Zamknij drzwi – poleciła Narastce, a gdy dziewczyna spełniła polecenie, niecierpliwie pokazała jej drugi stołek. – Siadaj. Pytaj.
– Nie rozumiem, ciotko, dlaczego.
Wiedźma potrząsnęła głową.
– Noworodek miał wadę. Nie wolno było pozwolić, by został człowiekiem.
– Nie zauważyłam u niego żadnej wady, ciotko.
– Ja jestem wiedźmą. Ty jesteś tylko uczennicą. Wada kryła się w umyśle, nie w ciele. Noworodek wyrósłby na niedorozwiniętego idiotę, całe życie będącym tylko ciężarem dla swojej rodziny. Wyśmiewanym przez wszystkich. Nie znalazłby żony, nie miałby dzieci. Byłby głęboko nieszczęśliwy.
Narastka opuściła głowę. Jarocha znała ją dość długo, by wiedzieć, że nie jest to oznaka pokory.
– Za czterdzieści lat we wsi mieszkałby mężczyzna nienawidzący własnego życia. Gdyby dać mu wybór, nie chciałby się w ogóle urodzić – tłumaczyła Jarocha. – Cierpiałby. A inni cierpieliby razem z nim.
– Nie możesz być pewna, czy tak by było. – Narastka uparcie nie podnosiła głowy. – Myślę, że gdyby żył, za nic nie chciałby umrzeć.
– To nie jest to samo, Narastko. Między „nigdy nie istnieć” a „umrzeć” jest bardzo wielka różnica. Lepiej zgasić płomyk noworodka, zanim stanie się człowiekiem, zanim zacznie rozumieć, myśleć, czuć. Nie rozumiesz? Nasza społeczność jest za mała, by móc sobie pozwolić na żywienie kogoś takiego. Kogoś, kto całe życie byłby tylko obciążeniem. Są pewne decyzje, które ktoś musi podjąć.
Narastka podniosła głowę i spojrzała na swoją mistrzynię. W jej oczach błyszczały łzy. Wiedźma westchnęła i pogłaskała dziewczynę po policzku.
– Myślisz, że ja sama nie cierpię? Narastko, cierpię. Gdybym mogła, płakałabym razem z matką noworodka. Ale jestem wiedźmą. Narastko, przyznam ci się do czegoś – dzisiaj o tym zapomniałam. Przestraszyłam się decyzji. Przestraszyłam się bólu, który miałam przynieść rodzicom. Pozwoliłam noworodkowi wziąć oddech. Pozwoliłam matce usłyszeć jego płacz. Powinien umrzeć jeszcze w łonie matki. Jednak czepiałam się nadziei, że może się mylę… Ale ja się nie mylę nigdy.
– Ale ja nie rozumiem… nie rozumiem dlaczego.
– Nauczysz się. Myślałaś, że tylko leczymy, może czasem radzimy? Gdyby tak było, ludzie by się tak nas nie bali.
– Myślałam, że pomagamy ludziom.
– Pomagamy. Po to są wiedźmy. By móc podejmować decyzje, które trzeba podjąć. By unikać niepotrzebnego cierpienia. Nie pozwolić, by na świat przyszło chore dziecko; pomóc przejść na tamten świat cierpiącym, dla których nie ma już żadnego ratunku. To też jest pomaganie ludziom.
Narastka nie wyglądała na przekonaną. Jarocha westchnęła. Nie miała dzisiaj ochoty na dyskusję i tłumaczenie zawiłych, filozoficznych spraw. Była na to zbyt zmęczona. Marzyła o miękkim posłaniu, odpoczynku, może krótkiej drzemce. Zastanawiała się, w jaki sposób szybko zakończyć tę rozmowę albo przynajmniej dać dziewczynie do zrozumienia, że kiedy indziej będzie dość czasu, by dokładnie wszystko wyjaśnić. Zanim coś wymyśliła, drzwi otworzyły się i do środka wpadł z impetem młody chłopiec. Rościk, brat Narastki – Jarocha nie od razu go poznała.
[1] 2 3 4 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Talenty Odmiennych Ludzi
— Radomir Darmiła

Struny umarłych
— Radomir Darmiła

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.