Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 1 maja 2017
w Esensji w Google

Piaskowe dziecko

Maria Dunkel
[1] 2 3 6 »
Uniósł spoconą twarz do słońca, płonącego nad nimi jak lampion. Zlizał językiem słone krople znad górnej wargi. Pustynia była ogromna, nie istniał żaden sposób, aby wytropić na niej smoka, w dodatku władającego żywiołem ziemi. Zresztą, pomsta nie przywróciłaby ludziom życia.

Maria Dunkel
‹Piaskowe dziecko›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaria Dunkel
TytułPiaskowe dziecko
OpisAutorka pisze o sobie:
Rocznik 1993. Studiuje na Politechnice Śląskiej informatyczny kierunek o nieprzyzwoicie długiej nazwie. Lubi wiele rzeczy, przede wszystkim fantastykę, herbatę i wchłanianie zbędnych informacji. Debiutowała w 2012 tekstem w „Esensji”, a na papierze rok później w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”. Obecnie cierpliwie czeka, aż tryby procesu wydawniczego przemielą jej pierwszą powieść.
Gatunekfantasy
Prawdziwe życie na pustyni rozpoczynało się wraz z zachodem słońca. Jaszczurki, gryzonie, insekty i pustynne lisy wynurzały się z kryjówek. Korzystając z nocnego chłodu, szukały pokarmu oraz wody. Koczownicy kończyli przerwę w podróży, zwijając namioty i siodłając porykujące wielbłądy.
Niewielkie osady, rozrosłe wokół oaz, jako jedyne tętniły życiem pod bezlitosnym słońcem. Nie wyczekiwały z upragnieniem chwili, gdy dzień skryje się za horyzontem, a na niebie wykwitną gwiazdy. Posiadały dostęp do tego, co na Południu jest cenniejsze od złota – wody.
Nad jedną z takich osad zniżył swój lot smok, stworzenie rozmiarami zbliżone do konia, ze skrzydłami o rozpiętości dwukrotnie przekraczającej długość tułowia. Opadł w blasku krwawo wschodzącego słońca, złoto-czarne łuski odbijały czerwone refleksy. Wylądował wśród domów, szerokimi łapami ryjąc w sypkim piachu. Złożył skrzydła z szelestem czarnych, lśniących piór. Pierzastym wachlarzem na ogonie odpędził niedbale kilka ociężałych much i rozejrzał się wkoło żółtymi ślepiami, nieruchomiejąc jak sfinks.
Oaza przypominała wiele innych na Złotej Pustyni. Pudełkowate, jasne domy, z wejściami zasłoniętymi szmatami, zebrane w krąg wokół błotnistego bajora. Wśród nich pleniła się krótka trawa, ogryziona niemal do ziemi, prawdopodobnie przez kozy. Dwie palmy chyliły ku sobie pióropusze zielonych liści, odbijające się w wodzie.
Nigdzie nie było żywej duszy, jeśli nie liczyć owadów, bzyczących niemrawo.
Z grzbietu smoka zsunął się jeździec, niewysoki mężczyzna w spodniach z piaskowego płótna, noszących ślady wielu podróży i niedbalstwa. Za wierzchnie okrycie służyła mu tunika z naszytymi łuskami jego nieludzkiego towarzysza. Zrzucił z głowy kaptur, odsłaniając twarz przeciętą ukośną, szpetną szramą. Miał skórę czarną jak smoła i popielate włosy, niedbale zwinięte w węzeł na karku. Policzki i brodę pokrywał mu może tygodniowy zarost. Szare oczy szybko omiotły scenerię.
– Bardzo przyjazne miejsce – zauważył ironicznie.
Smok zasyczał jak kobra, sygnalizując w ten sposób ponure rozbawienie.
Przez chwilę stali obok siebie, kontemplując ciszę, zakłócaną tylko przez natrętne owady. Wreszcie człowiek ruszył się z miejsca, odsunął szmatę w drzwiach najbliższego domu i zajrzał do środka.
– Jeżeli pełno tam wzdętych, zniszczonych zarazą trupów, nie zbliżaj się do mnie więcej – powiedział smok. Jego głos chrzęścił jak piasek w zębach.
– Nikogo nie ma – odrzekł człowiek. – Nikogo i niczego interesującego. Zabrali maty, ozdoby, wszystko. – Wycofał się i zajrzał do kolejnego domu. – To samo. – Odsunął trzecią już szmatę, bez wielkich nadziei. – To samo. Cholernie dziwna sprawa.
– Cholerny brak zapasów – sprecyzował smok i podreptał do bajora, by napić się wody.
Człowiek podążył za nim, klęknął obok. Zanurzył dłonie w ciepłej, mętnej wodzie. Opłukał twarz z prawdziwą ulgą. Pomimo faktu, że ciecz cuchnęła stęchlizną, przynosiła ukojenie rozgrzanej słońcem skórze. Również jej smak pozostawiał wiele do życzenia, lecz zaspokajała pragnienie.
– Co o tym myślisz, Devi? – spytał mężczyzna, gdy już się napił.
Odpiął od pasa bukłak i zaczął niespiesznie go napełniać.
– Nad czym tu myśleć? – Smok położył się, przymknął ślepia. – Mieszkańcy odeszli. Coś ich stąd z pewnością wypłoszyło. Dla nas oznacza to, że nie mamy od kogo kupić zapasów, ale za to mamy gdzie spać… przy założeniu, że zachowamy czujność i to, co wypędziło tutejszych, nie wypędzi także nas.
– Spróbuj ustalić, w którym kierunku udali się ci ludzie, dobrze? Może znajdziesz jeszcze jakieś ślady. Przeszukam pozostałe domy.
– Jak sobie życzysz, Ravkenie, mój panie i władco – odrzekł ironicznie Devi, ociężale podnosząc się na łapy.
Rozeszli się. Smok okrążył osadę tylko raz, nim nawiązał telepatyczną łączność z towarzyszem.
Odeszli na północ. Sądząc po zapachach i śladach nie wcześniej niż tej nocy. Znowu mamy szczęście – dodał sarkastycznie.
Przeznaczenie – rzekł enigmatycznie Ravken.
W domach, do których zaglądał, nie było nic ciekawego. Ciasne, prostokątne pomieszczenia wypełniał piach. Śmierdziało myszami, lęgnącymi się wszędzie tam, gdzie jest trochę pokarmu i wody. Światło wpływało przez kwadratowe okna, ale nie było wielu rzeczy, na które mogło paść. Meble. Sklecone z kości i drewna stoły, łóżka, siedziska. Niekiedy miotła, wyprężona w kącie jak strażniczka. Żadnych osobistych rzeczy, zapasów jedzenia, sentymentalnych pamiątek i ozdób. Cała osada zgodnie spakowała się i wyruszyła na północ z sobie tylko znanych przyczyn.
W siódmym z kolei budynku Ravken usłyszał ciche miauknięcie. Zamarł w progu. Miauknięcie powtórzyło się. Cichy, płaczliwy pisk, jaki wydaje porzucony kociak. Dochodził z łóżka, na którym spiętrzono kupę szmat. Krążyły nad nimi leniwie wielkie, pustynne muchy.
Ravken położył dłoń na rękojeści pozłacanego sierpa, który nosił u pasa. Na ostrzu zabłysły runy. Mężczyzna przywołał dżiny, niewidoczne duchy żywiołu ognia, manifestujące swą obecność poprzez energię cieplną. Wyczuł delikatne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, które rozpełzło się po całym ciele.
Mam coś – powiedział do smoka. – Widzisz?
Oczywiście – zapewnił Devi, bo dla naturalnego telepaty, jakim był każdy smok, nie stanowiło wielkiego wyczynu odbieranie bodźców połączonego z nim człowieka. – Pachnie moczem.
Dzięki, panie oczywisty, czuję.
Mogę się w ogóle nie odzywać.
Ravken zignorował smocze fochy, do których zdążył przywyknąć, chowając Deviego od jego dzieciństwa. Ostrożne zbliżył się do zawiniątka, które znowu zamiauczało płaczliwie. Chwycił skraj materiału i odrzucił go szybkim ruchem, spięty, jakby miało zaatakować go stado jadowitych węży.
– Och, na duchy pustyni – powiedział na głos.
Wśród szmat i zasikanych pieluszek, skomląc płaczliwie, z twarzą zaślinioną, czerwoną i mokrą, leżało niemowlę.
• • •
Ravken Łowca Plugastwa znał się na zabijaniu potworów, kartach i piwie, ale nie na niańczeniu dzieci. Starał się, i to bardzo. Obmył niemowlaka w wodzie oazy, przy czym niemowlę skręcało się i skomlało, jakby robił mu poważną krzywdę. Skorzystał ze szmat, w których znalazł dziecko, wybierając te najczystsze. W tak uzyskane, prowizoryczne pieluchy starannie owinął znajdę. Za trzecim razem udało się mu to na tyle dobrze, że całość nie rozwinęła się z powrotem przy podniesieniu dziecka na ręce.
Przez cały czas Devi pomagał. Zrzędząc.
– Źle to robisz. Zawiń tutaj. Naprawdę nie umiesz sklecić węzła?
Konstruktywnych rad oczywiście nie udzielił.
Wszystkie wysiłki zaowocowały tym, że dziewczynka przestała piszczeć i zaczęła się wydzierać. Jej krzyk wznosił się i opadał niczym aria elfiej pieśni, wwiercając się w uszy człowieka i smoka.
– Na pewno w wodzie nie było pijawek? – spytał Devi.
– Nie mam pojęcia – odrzekł Ravken, bardzo intensywnie kołysząc niemowlę w ramionach. Skutek był taki, że arie stały się rwane, jakby mała co chwilę przygryzała sobie język. – Jakaś dziwna jest, prawda?
Rzeczywiście, dziewczynka miała złocistą skórę tutejszych koczowników, jednak jej włosy i oczy przybrały identyczny odcień, co było już nietypowe. Poza tymi dwoma szczegółami, nie wyróżniała się niczym. Pucułowate policzki, drobny, okrągły nos, szerokie usta, nawet podłużny kształt twarzyczki cechowała zupełna pospolitość.
– Nigdy w życiu nie widziałem kogoś tak żółtego – ocenił Devi. – Wygląda jak babka piaskowa.
– Dokładnie – potaknął Ravken. – Chociaż kształt się może nie zgadza.
– Nie łap mnie za słówka, po prostu ją ucisz.
– Nie sądzę, żebym był w stanie to zrobić, Devi. Tu potrzeba cycka.
Smok westchnął i rozłożył skrzydła.
– Cycek odszedł na północ – powiedział. – Jeszcze go dogonimy.
– Swoją drogą, jak można zapomnieć dziecka?
– Zwyczajnie, Ravkenie. Kto by się nimi przejmował?
Łowca pokręcił głową z rezygnacją. Większość smoków porzucała swe młode zaraz po wykluciu, w zasadzie więc nie wiedział, czemu spodziewał się po Devim zrozumienia. Wgramolił się na smoczy grzbiet, chwytając jedną ręką za pętlę obwiązaną wokół smoczej szyi. Drugą przytrzymywał wrzeszczące wniebogłosy niemowlę.
[1] 2 3 6 »
dodajdo

Komentarze

23 II 2015   12:38:38

Nieśmiało zwrócę uwagę na fakt, że noworodki przeważnie nie płaczą łzami :)

01 IV 2015   22:07:34

fajne czytanko

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Biblioteka
— Maria Dunkel

Iskra w ciemności
— Maria Dunkel

Wilk wśród jagniąt
— Maria Dunkel

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.