Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 26 lutego 2017
w Esensji w Google

Piaskowe dziecko

Maria Dunkel
[1] 2 3 6 »
Uniósł spoconą twarz do słońca, płonącego nad nimi jak lampion. Zlizał językiem słone krople znad górnej wargi. Pustynia była ogromna, nie istniał żaden sposób, aby wytropić na niej smoka, w dodatku władającego żywiołem ziemi. Zresztą, pomsta nie przywróciłaby ludziom życia.

Maria Dunkel
‹Piaskowe dziecko›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaria Dunkel
TytułPiaskowe dziecko
OpisAutorka pisze o sobie:
Rocznik 1993. Studiuje na Politechnice Śląskiej informatyczny kierunek o nieprzyzwoicie długiej nazwie. Lubi wiele rzeczy, przede wszystkim fantastykę, herbatę i wchłanianie zbędnych informacji. Debiutowała w 2012 tekstem w „Esensji”, a na papierze rok później w „Fantastyce Wydaniu Specjalnym”. Obecnie cierpliwie czeka, aż tryby procesu wydawniczego przemielą jej pierwszą powieść.
Gatunekfantasy
Prawdziwe życie na pustyni rozpoczynało się wraz z zachodem słońca. Jaszczurki, gryzonie, insekty i pustynne lisy wynurzały się z kryjówek. Korzystając z nocnego chłodu, szukały pokarmu oraz wody. Koczownicy kończyli przerwę w podróży, zwijając namioty i siodłając porykujące wielbłądy.
Niewielkie osady, rozrosłe wokół oaz, jako jedyne tętniły życiem pod bezlitosnym słońcem. Nie wyczekiwały z upragnieniem chwili, gdy dzień skryje się za horyzontem, a na niebie wykwitną gwiazdy. Posiadały dostęp do tego, co na Południu jest cenniejsze od złota – wody.
Nad jedną z takich osad zniżył swój lot smok, stworzenie rozmiarami zbliżone do konia, ze skrzydłami o rozpiętości dwukrotnie przekraczającej długość tułowia. Opadł w blasku krwawo wschodzącego słońca, złoto-czarne łuski odbijały czerwone refleksy. Wylądował wśród domów, szerokimi łapami ryjąc w sypkim piachu. Złożył skrzydła z szelestem czarnych, lśniących piór. Pierzastym wachlarzem na ogonie odpędził niedbale kilka ociężałych much i rozejrzał się wkoło żółtymi ślepiami, nieruchomiejąc jak sfinks.
Oaza przypominała wiele innych na Złotej Pustyni. Pudełkowate, jasne domy, z wejściami zasłoniętymi szmatami, zebrane w krąg wokół błotnistego bajora. Wśród nich pleniła się krótka trawa, ogryziona niemal do ziemi, prawdopodobnie przez kozy. Dwie palmy chyliły ku sobie pióropusze zielonych liści, odbijające się w wodzie.
Nigdzie nie było żywej duszy, jeśli nie liczyć owadów, bzyczących niemrawo.
Z grzbietu smoka zsunął się jeździec, niewysoki mężczyzna w spodniach z piaskowego płótna, noszących ślady wielu podróży i niedbalstwa. Za wierzchnie okrycie służyła mu tunika z naszytymi łuskami jego nieludzkiego towarzysza. Zrzucił z głowy kaptur, odsłaniając twarz przeciętą ukośną, szpetną szramą. Miał skórę czarną jak smoła i popielate włosy, niedbale zwinięte w węzeł na karku. Policzki i brodę pokrywał mu może tygodniowy zarost. Szare oczy szybko omiotły scenerię.
– Bardzo przyjazne miejsce – zauważył ironicznie.
Smok zasyczał jak kobra, sygnalizując w ten sposób ponure rozbawienie.
Przez chwilę stali obok siebie, kontemplując ciszę, zakłócaną tylko przez natrętne owady. Wreszcie człowiek ruszył się z miejsca, odsunął szmatę w drzwiach najbliższego domu i zajrzał do środka.
– Jeżeli pełno tam wzdętych, zniszczonych zarazą trupów, nie zbliżaj się do mnie więcej – powiedział smok. Jego głos chrzęścił jak piasek w zębach.
– Nikogo nie ma – odrzekł człowiek. – Nikogo i niczego interesującego. Zabrali maty, ozdoby, wszystko. – Wycofał się i zajrzał do kolejnego domu. – To samo. – Odsunął trzecią już szmatę, bez wielkich nadziei. – To samo. Cholernie dziwna sprawa.
– Cholerny brak zapasów – sprecyzował smok i podreptał do bajora, by napić się wody.
Człowiek podążył za nim, klęknął obok. Zanurzył dłonie w ciepłej, mętnej wodzie. Opłukał twarz z prawdziwą ulgą. Pomimo faktu, że ciecz cuchnęła stęchlizną, przynosiła ukojenie rozgrzanej słońcem skórze. Również jej smak pozostawiał wiele do życzenia, lecz zaspokajała pragnienie.
– Co o tym myślisz, Devi? – spytał mężczyzna, gdy już się napił.
Odpiął od pasa bukłak i zaczął niespiesznie go napełniać.
– Nad czym tu myśleć? – Smok położył się, przymknął ślepia. – Mieszkańcy odeszli. Coś ich stąd z pewnością wypłoszyło. Dla nas oznacza to, że nie mamy od kogo kupić zapasów, ale za to mamy gdzie spać… przy założeniu, że zachowamy czujność i to, co wypędziło tutejszych, nie wypędzi także nas.
– Spróbuj ustalić, w którym kierunku udali się ci ludzie, dobrze? Może znajdziesz jeszcze jakieś ślady. Przeszukam pozostałe domy.
– Jak sobie życzysz, Ravkenie, mój panie i władco – odrzekł ironicznie Devi, ociężale podnosząc się na łapy.
Rozeszli się. Smok okrążył osadę tylko raz, nim nawiązał telepatyczną łączność z towarzyszem.
Odeszli na północ. Sądząc po zapachach i śladach nie wcześniej niż tej nocy. Znowu mamy szczęście – dodał sarkastycznie.
Przeznaczenie – rzekł enigmatycznie Ravken.
W domach, do których zaglądał, nie było nic ciekawego. Ciasne, prostokątne pomieszczenia wypełniał piach. Śmierdziało myszami, lęgnącymi się wszędzie tam, gdzie jest trochę pokarmu i wody. Światło wpływało przez kwadratowe okna, ale nie było wielu rzeczy, na które mogło paść. Meble. Sklecone z kości i drewna stoły, łóżka, siedziska. Niekiedy miotła, wyprężona w kącie jak strażniczka. Żadnych osobistych rzeczy, zapasów jedzenia, sentymentalnych pamiątek i ozdób. Cała osada zgodnie spakowała się i wyruszyła na północ z sobie tylko znanych przyczyn.
W siódmym z kolei budynku Ravken usłyszał ciche miauknięcie. Zamarł w progu. Miauknięcie powtórzyło się. Cichy, płaczliwy pisk, jaki wydaje porzucony kociak. Dochodził z łóżka, na którym spiętrzono kupę szmat. Krążyły nad nimi leniwie wielkie, pustynne muchy.
Ravken położył dłoń na rękojeści pozłacanego sierpa, który nosił u pasa. Na ostrzu zabłysły runy. Mężczyzna przywołał dżiny, niewidoczne duchy żywiołu ognia, manifestujące swą obecność poprzez energię cieplną. Wyczuł delikatne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, które rozpełzło się po całym ciele.
Mam coś – powiedział do smoka. – Widzisz?
Oczywiście – zapewnił Devi, bo dla naturalnego telepaty, jakim był każdy smok, nie stanowiło wielkiego wyczynu odbieranie bodźców połączonego z nim człowieka. – Pachnie moczem.
Dzięki, panie oczywisty, czuję.
Mogę się w ogóle nie odzywać.
Ravken zignorował smocze fochy, do których zdążył przywyknąć, chowając Deviego od jego dzieciństwa. Ostrożne zbliżył się do zawiniątka, które znowu zamiauczało płaczliwie. Chwycił skraj materiału i odrzucił go szybkim ruchem, spięty, jakby miało zaatakować go stado jadowitych węży.
– Och, na duchy pustyni – powiedział na głos.
Wśród szmat i zasikanych pieluszek, skomląc płaczliwie, z twarzą zaślinioną, czerwoną i mokrą, leżało niemowlę.
• • •
Ravken Łowca Plugastwa znał się na zabijaniu potworów, kartach i piwie, ale nie na niańczeniu dzieci. Starał się, i to bardzo. Obmył niemowlaka w wodzie oazy, przy czym niemowlę skręcało się i skomlało, jakby robił mu poważną krzywdę. Skorzystał ze szmat, w których znalazł dziecko, wybierając te najczystsze. W tak uzyskane, prowizoryczne pieluchy starannie owinął znajdę. Za trzecim razem udało się mu to na tyle dobrze, że całość nie rozwinęła się z powrotem przy podniesieniu dziecka na ręce.
Przez cały czas Devi pomagał. Zrzędząc.
– Źle to robisz. Zawiń tutaj. Naprawdę nie umiesz sklecić węzła?
Konstruktywnych rad oczywiście nie udzielił.
Wszystkie wysiłki zaowocowały tym, że dziewczynka przestała piszczeć i zaczęła się wydzierać. Jej krzyk wznosił się i opadał niczym aria elfiej pieśni, wwiercając się w uszy człowieka i smoka.
– Na pewno w wodzie nie było pijawek? – spytał Devi.
– Nie mam pojęcia – odrzekł Ravken, bardzo intensywnie kołysząc niemowlę w ramionach. Skutek był taki, że arie stały się rwane, jakby mała co chwilę przygryzała sobie język. – Jakaś dziwna jest, prawda?
Rzeczywiście, dziewczynka miała złocistą skórę tutejszych koczowników, jednak jej włosy i oczy przybrały identyczny odcień, co było już nietypowe. Poza tymi dwoma szczegółami, nie wyróżniała się niczym. Pucułowate policzki, drobny, okrągły nos, szerokie usta, nawet podłużny kształt twarzyczki cechowała zupełna pospolitość.
– Nigdy w życiu nie widziałem kogoś tak żółtego – ocenił Devi. – Wygląda jak babka piaskowa.
– Dokładnie – potaknął Ravken. – Chociaż kształt się może nie zgadza.
– Nie łap mnie za słówka, po prostu ją ucisz.
– Nie sądzę, żebym był w stanie to zrobić, Devi. Tu potrzeba cycka.
Smok westchnął i rozłożył skrzydła.
– Cycek odszedł na północ – powiedział. – Jeszcze go dogonimy.
– Swoją drogą, jak można zapomnieć dziecka?
– Zwyczajnie, Ravkenie. Kto by się nimi przejmował?
Łowca pokręcił głową z rezygnacją. Większość smoków porzucała swe młode zaraz po wykluciu, w zasadzie więc nie wiedział, czemu spodziewał się po Devim zrozumienia. Wgramolił się na smoczy grzbiet, chwytając jedną ręką za pętlę obwiązaną wokół smoczej szyi. Drugą przytrzymywał wrzeszczące wniebogłosy niemowlę.
[1] 2 3 6 »
dodajdo

Komentarze

23 II 2015   12:38:38

Nieśmiało zwrócę uwagę na fakt, że noworodki przeważnie nie płaczą łzami :)

01 IV 2015   22:07:34

fajne czytanko

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

W mieszkaniu Tobiasza
Dorota Dziedzic-Chojnacka

18 II 2017

Zamieszkująca parter staruszka była przekonana, że jej życiu zagrażają obcy, którzy wychodzą ze wszystkich możliwych szczelin w mieszkaniu. Dlatego pani Kicińska spędzała cały swój czas w domu na gotowaniu wody i zalewaniu wrzątkiem rozmaitych dziur, rur i otworów.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Tam, gdzie kwitną jabłonie
Marcin Dolata

21 I 2017

Nikt, kto porywał się na boską istotę, nie mógł być pewien spokojnej starości, ale ona pragnęła tylko jednego. Chciała, żeby Wielka Królowa cierpiała choćby przez chwilę tak jak ona. Ani się obejrzała, a krucza bogini stała się jej obsesją.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Ostatni taki fan
Sebastian Wójcik

7 I 2017

Jeśli zabiję cię dzisiaj, twoje wnuki dostaną po jedenaście milionów dolarów. Zależy mi na tym, żeby dostały, bo mają w planach budowę okazałego muzeum na twoją cześć. W którym z pewnością dostałbym dobrze płatną posadę.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Biblioteka
— Maria Dunkel

Iskra w ciemności
— Maria Dunkel

Wilk wśród jagniąt
— Maria Dunkel

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.