Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 kwietnia 2017
w Esensji w Google

Biały

[1] 2 3 »
A w zaciszu izby Jenna ze zgrozą obserwowała, jak jej mąż staje się zakonnikiem. Łysina, habit, woda i chleb – tak teraz żył. Tak umierał. Był niby, ale nie było go wcale. Jak gdyby nie chciał istnieć; jak gdyby nie w smak mu było dalej przebywać na tym świecie. Gapił się na wszystko jedynym okiem i nic mu się nie podobało, na wszystko burczał.

Maciej Ficner
‹Biały›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMaciej Ficner
TytułBiały
OpisAutor pisze o sobie:
Maciej Ficner, rocznik 80. Jestem w trakcie studiów magisterskich filologii angielskiej i licencjatu z języka niemieckiego. Jeśli chodzi o twórczość, to od dziecka bazgroliłem. I chciałem pisać, a nie wychodziło nijak. Teraz z kolei rysunek prawie całkiem porzuciłem i zajmuję się głównie pisaniem. Pomysłów dużo, czasu wystarczająco, samozaparcia tylko z reguły brak. Na szczęście, przyjaciele gnają mnie do pracy i wspierają w tym, co robię.
Gatunekgroza / horror
Sapnął ciężko, zrobił cierpką minę i pokręcił głową. Minęły już dwa tygodnie, a Dan, jak i wszyscy mieszkańcy wyspy, żył jeszcze tym jednym wydarzeniem. Choć z drugiej strony niewiele trzeba było, żeby w miasteczku wrzało i huczało przez miesiąc wciąż o tym samym. W małej, hermetycznej społeczności, stłoczonej na wyspie Icel Ayshan, nic nie umykało uwadze ogółu, niczego nie przemilczano, o niczym nie zapominano za szybko. A żeby zająć ludzi, żeby dać im rozrywkę na kilka dni, wystarczył romansik, plotka, jakaś drobna kradzież, czyjaś łezka. Wtedy szło błyskawicznie po mieścinie, że ten-a-ten zrobił to-i-to, że taka-a-taka to-i-to z takim-a-takim, tam-a-tam. Dyskutowali na sto głosów – jak to, czemu, skąd to? I łamali ręce, że jak tak można, że kto to słyszał A jak jedna afera przygasła, to zaraz druga była – jak na życzenie. Czasem początek nowej zachodził na koniec starej.
Jednak to wydarzenie znacznie zakłóciło ten rytm. Miało miejsce niedługo po tym, jak szemrać zaczęto, że młody Bill Bailey smali cholewki do Róży Gunssen. Nawet jeszcze nie wszyscy o tamtym wiedzieli, a tu już nowe wieści. Zdarzyło się coś, co przerastało pojęcie cichych wyspiarzy – plotkarzy bo plotkarzy, ale spokojnych ludzi, mimo wszystko. Przytłaczające i straszne zajście.
Znaleziono trupa. Gdzieś na wschodnim brzegu, parę kroków od wody. Nikt go prawie nie widział, prócz rybaka, co w tej okolicy mieszkał, księdza, który – wezwany do nieboszczyka – pędem na piechotę przybył, i paru chłopów, co go grzebać pomagali. Mimo że przy wodzie znaleziony, nie od wody zginął. Nagi, siny, ale suchy. Obcy. Przypłynął pewno i i zaraz po wyjściu z morza ducha wyzionął. I jeszcze coś było, czego świadkowie nie mogli pominąć, ani też zbyt szczegółowo omawiać. Każdy bąkał o strasznych oczach – ale nic więcej.
I poszło w tłum o bladych zwłokach przy wodzie i o strasznych oczach. I każdy – nie wiedząc, jak wyglądały naprawdę – wymyślił sobie takie, jakie sam uważał za przeraźliwe. Jeden mówił o czerwonych. Z innych stron dochodziły słuchy o ślepiach białych zupełnie – ani niebieskich, ani zielonych, ani brązowych.
Dreszcz niepojęty zdjął wszystkich. Wewnątrz społeczności stosunki pozostały nienaruszone; co więcej, ludzie zjednoczyli się bardziej, połączeni tym samym lękiem przed nieznanym. Bo kto wie, czy nieboszczyk nie przyniósł ze sobą zarazy – niby szczur. I dlaczego umarł tam, tak na uboczu? I czy nie pomógł mu ktoś – klątwą czy rękami? Sobie wyspiarze ufali, ale na obcych zawsze patrzyli spode łba – i to na każdego bez wyjątku. Jak na zbójów, morderców. A teraz w każdym widzieli potencjalnego trupa, którego znajdą nazajutrz, ze strasznymi oczyma. Jak przypłynął ktoś handlować, to brali towar, wciskali zapłatę w dłoń jak szantażyście i wycofywali się. A kiedy patrzyli na obcych, wyglądali tak dziko i straszliwie, że przybysze tak brali pieniądze, jakby im dżdżownice do rąk wkładali. W końcu przestali przypływać.
Dan McAbber sapnął, zrobił cierpką minę i pokręcił głową. Okropność. I zaraz pomyślał, że trzeba dalej żyć, a nie umierać ze strachu. Wziął rozmach i uderzył w drzewo. Poszły drzazgi.
• • •
Krótko po tym, jak słońce minęło zenit, lasem wstrząsnął niesamowity huk. Tylko ten, kto gdzieś już – poza wyspą, oczywiście – go słyszał, powiedziałby, że to wystrzał z broni palnej. Drwale przerwali robotę i każdy spojrzał w innym kierunku – jeden w górę, drugi za siebie, trzeci w lewo – bo huk rozniósł się po całym lesie i przychodził ze wszystkich stron.
Dan McAbber kątem oka dostrzegł, jak niewidzialna siła zdziera korę z drzewa po jego lewej. W lewym oku poczuł ból. A potem ciepło pulsującej krwi wypływającej z tego miejsca.
Niepewnie, jak gdyby przemyśliwał – zrobić to, nie zrobić? – przewrócił się na plecy.
– E, McAbber! Co ci?
– Umieram… – stęknął Dan.
– O do diabła! Co żeś zrobił, McAbber?
Drwal przyłożył sobie do rany swoją wielką łapę, zakrywając oko i pół czoła. Widać było, jak czerwona krew wypływa spod nadgarstka i spomiędzy palców. Scott pomyślał, że olbrzym na pewno uderzył się narzędziem pracy w brew – bo to i boli okrutnie, i krew tryska, że aż strach.
Ale McAbber zsunął dłoń i pokazał mu buchającą krwią jamę, z tkwiącym w niej pociętym na kawałki okiem. Drugie miał kurczowo zaciśnięte – jak gdyby chronił je przesadnie. Ból wykrzywił mu twarz, jak gdyby ktoś usiłował go karmić czosnkiem.
– Doktora! Wołać doktora, do diabła! – ryknął Scott. A potem mamrotał nad Danem, wzywał bogów, pytał – jak? kto? dlaczego?
Dan nic, tylko leżał. Nie odpowiadał, nie nasłuchiwał. Ból zatkał mu uszy i usta.
Scott musiał się sam doszukiwać przyczyny.
Poszukał wzrokiem Danowej siekiery. Znalazł ją dwa łokcie dalej. Była czysta; ani kropli z tej krwi, co się lała z McAbbera.
I tylko jedno drzewo, na lewo od powalonego Dana – co sam był mocarny jak pień – nosiło dziwne ślady. Niby ranę – jakby zadaną przez zwierza, co szarpie, by zabić, a nie, by się najeść. Strzał z broni palnej. Tak jakby ktoś zamierzał się, z jakichś dziwnych powodów, na las – a Danowi się oberwało przypadkiem, bo strzał krzywo poleciał. Albo jak gdyby ktoś opętany chciał ubić McAbbera i nie trafił, a tylko uszkodził. Tylko czemu ktoś tego chłopa chciałby do trumny posłać? Przecież to dobry był człowiek…
• • •
Ilustracja: Łukasz ′Lukas′ Kozłowski
Ilustracja: Łukasz ′Lukas′ Kozłowski
Lekarz popatrzył i orzekł, że oko już do niczego. Pocisk – bo wszyscy zgodzili się, że McAbber oberwał rykoszetem – przerobił gałkę na miazgę. Powieki nietknięte, o dziwo, ale ślip trzeba wyciągnąć, bo w oczodole zepsuje się tylko i ciało całe zarazi. Kilku wzięło Dana pod bary i próbowali podnieść – czemu on się nie sprzeciwiał, ale też nie pomagał. A ciężki był sam jeden tak jak półtora innego chłopa. Koniec końców podnieśli go jednak, postawili na nogach, i podtrzymywali za ramiona, by nie upadł. Zwiesił głowę. Oko spłynęło na ziemię.
Obwiązali mu głowę, zakrywając oczodół. Ktoś miał w koszyku z prowiantem czystą chustę, nadała się. Ponieśli go do wozu, w którym, wieczorem, mieli wieźć drzewo do tartaku i tam wśród kłód ułożyli – sztywnego, zdrewniałego. Jego – Dana McAbbera, okaz zdrowia, męskości. Jego – modelowego Szkota, rudego, brodatego, wąsatego, wysokiego na sześć stóp siedem cali; muskuły jak bochny chleba, ramiona grube, mocarne i szerokie jak Krzyż Pański. Pierś jak tarcza, wyspę by całą od wroga uchroniła, gdyby przyszedł. Dan McAbber, o którym mówili, że z niedźwiedziem mógłby iść w zapasy, teraz leżał i ledwo dyszał.
– Umieram… – szepnął do Scotta, który siedział przy nim na kłodach, gdy wieźli ich wozem do miasta.
– A gadasz głupoty, chłopie!
Scott swoje wiedział, a Dan swoje. Gotował się na śmierć. Niby oko wypłynęło, a razem z nim tkwiące w krwawej tkance nasienie zgrozy, ranny czuł jednak, że zdążyło w nim zapuścić korzenie, które pulsowały, wiły się i wrastały w jego ciało. Ułożył się na wozie, na którym podrzucało go i trzęsło, najwygodniej dla siebie i dla archanioła, którego się spodziewał: wyciągnął się jak długi, ramiona przycisnął do boków, dłonie ułożył na brzuchu, splótł palce, po to, aby posłaniec z zaświatów niepotrzebnie się z nim nie trudził, by nie musiał przesuwać, szarpać, poprawiać – bo jak by się rozeźlił, to gotów jeszcze przydusić, czy o konwulsje przyprawić i śmierć okrutną przeciągnąć. Dan zaś chciał – jeśli już musiał umierać – odejść spokojnie, tak żeby sam nie zauważył.
Wtedy, na tym trzeszczącym wozie, w połowie drogi do domu McAbberów, gdzie mieszkał z żoną i synem, Dan w myślach ujrzał jeszcze raz straszne oczy trupa znad wody. Bladoniebieskie, o źrenicach jak ukłucie szpilki. I wyobraził sobie siebie z tymi oczyma. Ten obraz nękał go całą drogę i nijak nie szło go odgonić, bo choć Dan nie miał jednego oka, to drugie – solidarnie, czy też z żalu – przestało widzieć.
• • •
Dan McAbber nie umarł. Nie doszedł też do siebie. Rozchorował się na dobre. Przez kilka tygodni leżał w łóżku, majaczył i gotował się we własnym ciele. Nadeszła późna wiosna, a on tkwił pod kołdrami i pocił się cały boży dzień. Najpierw spuchł i cały był wiśniowy od gorączki. Jak gdyby śmierć chciała go zjeść pasteryzowanego. A Dan nie jadł nic. Nijak nie dało się go nakarmić – wypluwał wszystko. Tylko wodę łykał, gdy mu dzbanek przytrzymano przy ustach. Skoro nie jadł, to chudł. Nie robił nikt popłochu jeszcze, bo przecież chłop był potężny i choroba nie mogła zjeść go tak szybko. Żonie jednakże, co sama z nim w domu po nocach siedziała – bo syna odesłała do babki – siwizna ze zgryzoty pojawiła się wśród włosów, bo mąż jej się między palcami przelewał jak piasek. Po trzech tygodniach siedziała nad chuchrem, co nie wyglądało wcale jak jej małżonek. Ktoś obcy zupełnie zajmował łoże Dana. Blady, wychudły i siwy. Z głową obwiązaną tak, że oko miał zakryte.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.