Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 28 lipca 2017
w Esensji w Google

I od korka uchroń nas, Panie

[1] 2 3 4 »
Powlokłem się pieszo do następnego przystanku. Jak by nie patrzeć, autobus w końcu będzie wracał. Wtedy go złapię. Gdzieś. I oby w międzyczasie nic strasznego się nie wydarzyło.

Anna Wołosiak-Tomaszewska
‹I od korka uchroń nas, Panie›

WASZ EKSTRAKT:
80,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Wołosiak-Tomaszewska
TytułI od korka uchroń nas, Panie
OpisRocznik 1985, z wykształcenia filolog klasyczny. Miłośniczka antyku, kosmosu i westernów; fanka Star Treka, Muminków oraz Arthura C. Clarke’a. Wolę Predatora od Aliena, DC od Marvela, psy od kotów, a mój ulubiony maraton filmowy to trylogia Cornetto. Każdego listopada lubię zmuszać się do pisania powieści w miesiąc, każdego listopada też bardzo tego żałuję. Niezmiennie chcę wybrać się na wycieczkę Koleją Transsyberyjską.
Gatunekurban fantasy
Obserwując krzątającą się po kuchni Zofię Kowską, można było przypuszczać, że w swoim życiu zrytualizowała już każdą, najdrobniejszą nawet, czynność. Właściwie nie powinno to dziwić – nikt nie był w branży od tak dawna jak ona. Robiła to od… chyba od zawsze. Starzy precatorzy opowiadali, że kiedy zaczynali, Zofia Kowska już miała wieloletni staż. Nikt nie pamiętał jej początków. Gadali za to, że ponoć odkryła, jak modlić się do wewnątrz, i to temu zawdzięcza długowieczność. Chociaż jakoś nigdy nie mogłem w to uwierzyć. Przecież musiałaby zupełnie przenicować aurę. Chyba nie da się tego zrobić.
Niemniej Zofia Kowska była jak skała: odwieczna i nienaruszalna.
Gdy tak krzątała się po słonecznej kuchni, w fartuchu w drobne kwiatki i z tym spokojnym, błogim uśmiechem na pociągniętych ochronną pomadką ustach, sam już nie wiedziałem, co o tym myśleć. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała jak legenda. Dopiero kiedy nalewała wrzątku do dwóch porcelanowych filiżanek w siatkę kobaltową, przywiezionych z samego Sankt Petersburga, siadała przy starym, sfatygowanym stoliku, na którym zazwyczaj lepiła pierogi, i zaczynała rozmowę, coś się zmieniało. Jakby ulatywała z niej ta naiwna dobrotliwość. W oparach świeżo mielonej kawy Zofia Kowska zdawała się niemal magiczną istotą.
– Co ci Zbyszek o mnie nagadał? – zapytała znad filiżanki tamtego dnia, kiedyśmy się widzieli po raz pierwszy. Kiedy odwiedziłem Zofię Kowską w jej słonecznym, schludnym M1, bo gwardian uznał, że „nadam się”, choć nigdy nie wyjaśnił, co miał wtedy na myśli.
– Nic… – parsknąłem, dla wzmocnienia efektu obojętności wzruszając ramionami. A co miałem powiedzieć? Że kilkanaście razy powtórzył mi „Z Zofią Kowską nie ma żartów, synu. Słuchaj jej we wszystkim, a może się czegoś nauczysz. Zofia Kowska, niech Bóg ma ją w swojej opiece, zna czary”? Czy może miałem przytoczyć wszystkie te plotki, które szeptali między sobą w poczekalni?
Zofia Kowska jednak nie próbowała wyciągać ze mnie prawdy, mimo że uśmieszek i błysk w oczach zdradzały, że ani trochę mi nie wierzyła.
– Nie będziesz ze mną jeździł – podjęła po chwili milczenia, przerywanego jedynie siorbaniem kawy. – Nie trzeba dwojga.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, skinąłem więc tylko głową.
– Pewnie myślisz, że to takie proste, co? – Zofia Kowska przyjrzała mi się znad okularów, cierpliwie popijając gorący napój. – Że wystarczy siedzieć i mamrotać?
– Wcale nie – bąknąłem niepewnie. Byłem przekonany, że to jakaś próba. Zastanawiałem się tylko, czy to jest tak proste, jak się wydaje, czy też tkwi w tym wszystkim haczyk.
– Czemu chcesz zostać precatorem? – zapytała nagle Zofia Kowska, z cichym dzwonieniem porcelany odstawiwszy filiżankę na spodek.
– Tata był – odparłem, tym razem zgodnie z prawdą.
Chyba ta odwieczna precator się zdziwiła. A przynajmniej lubię myśleć, że tak było. Cienkie, siwe brwi podjechały ku górze, a przez oblicze przemknął cień zaskoczenia. Tylko tyle i aż tyle. Nie słyszałem nic o tym, by komukolwiek udało się osiągnąć choć taki efekt. Być może mi też się nie udało, może wszystko to sobie uroiłem. Ale teraz to wszystko jedno. Powiedzmy, że zaskoczyłem Zofię Kowską. Niech to będzie moim własnym kawałkiem legendy.
– Jak się nazywasz, młody człowieku? – zapytała po chwili.
– Sobol.
Zofia Kowska złożyła ręce i westchnęła. Nie zdziwiło mnie to – przecież na pewno znała tatę. Wszyscy precatorzy się znali. Musieli, inaczej nie mogliby pracować.
– Piotruś – szepnęła bardziej do siebie niż do mnie.
– Michał – poprawiłem ją, sam właściwie nie wiem po co. Przecież jasne było, że mówiła o moim ojcu. Tak czy owak, ostatecznie nie miało to żadnego znaczenia. Dla niej na zawsze zostałem Piotrusiem.
• • •
Z tatą to w ogóle była dziwna historia. Nie był nigdy takim normalnym precatorem. Po pierwsze: miał rodzinę. To znaczy – na początku. Potem mieliśmy wypadek, ciężarówka wjechała w bok autobusu. No i zostaliśmy już tylko my dwaj: tata i ja. Wtedy też w naszym życiu pojawili się precatorzy.
– Witam pana serdecznie, moje najgłębsze kondolencje z powodu straty. Mam nadzieję, że znajdzie pan jeszcze światło w życiu – zaczął trajkotać wysoki, chudy jak szczapa staruszek, energicznie potrząsając dłoń mojego ojca, który ledwie zdążył otworzyć drzwi. Myślałem, że jakiś akwizytor albo Jehowita, ale nie słyszałem żadnej oferty. Ani pytań, czy mamy Jezusa w sercu. Oczywiście, mogłem nie słyszeć wszystkiego – podsłuchiwałem z łazienki. Jedno wiem na pewno: nieznajomy miał bardzo przyjemny, ciepły głos. I kiedy tak prawił te swoje komunały, człowiekowi naprawdę robiło się jakoś tak lżej na sercu.
– Co? Kim pan jest? – odezwał się mój tata zmęczonym głosem. Doskonale potrafiłem sobie wyobrazić jego czerwone od skrywanego płaczu oczy.
– Nie mogę wprowadzić pana w szczegóły naszej działalności, ale proszę przyjąć moje słowo, że jest nam niezmiernie przykro, naprawdę niezmiernie. Osoba… współodpowiedzialna za ten straszliwy, tragiczny wypadek poniesie dotkliwą karę. Choć, muszę przyznać, sama świadomość popełnionych błędów i ich konsekwencji przepełnia ją bezbrzeżną rozpaczą i bez tego. Gwarantujemy panu, że nigdy więcej nic takiego nie zagrozi panu ani pana bliskim.
– Gwarantujecie, co? – W ojca wstąpiła jakaś dzikość. Gwardian Hołysz, bo przecież to on wtedy przyszedł do nas, opowiadał później, że nawet się trochę przestraszył taty. Że tata się na niego rzuci i go zabije na tej klatce schodowej.
– Wiem, że to w żaden sposób nie wynagrodzi – podjął wtedy Hołysz, ale ojciec mu przerwał:
– Ależ nie, wszystko cacy. Wy mi gwarantujecie! – Nieprzyjemny, gorzki śmiech wypełnił przedpokój. – To ja chcę na piśmie. Z pieczątką, o. I adres, gdzie mam iść z reklamacją w razie czego.
I tak jakoś, od słowa do słowa, gwardian naprawdę dał tacie adres. I telefony jakieś, wizytówki. Ojciec to wszystko przepisał do kajecika, a otrzymane świstki schował między kryształami po swojej matce, w kredensie.
Po kilku dniach powiedział do mnie:
– Ja ich wszystkich sprawdzę. Zobaczysz.
Ale nie zobaczyłem.
Prawda jest taka, że to był ostatni raz, kiedy widziałem ojca. To nie tak, że zniknął bez śladu. Wysyłał mi pieniądze na utrzymanie, często dzwonił, interesował się, jak sobie radziłem w szkole i w domu. Co jakiś czas powtarzał, że już niedługo wróci, ale jakoś tak coraz rzadziej i rzadziej, aż w końcu zupełnie porzucił ten temat, a ja nie chciałem go popędzać. Najwyraźniej naprawdę odnalazł się… gdziekolwiek był. Najzabawniejsze, że wiele osób go widywało: ot, ukłonił się komuś na przystanku, zamienił parę słów wysiadając z autobusu, czasem ktoś spotkał go w spożywczym. Ale ja – nigdy.
• • •
Zginął w wypadku drogowym. Inni precatorzy nie lubili o tym mówić, więc nigdy nie poznałem szczegółów – nawet nie wiem, czy jego autobus brał w tym udział. Jego bezimienny grób jest gdzieś na Łostowickim, ale nie udało mi się go znaleźć.
Jak więc mówiłem, ojciec nie był zwykłym precatorem.
• • •
Po jego śmierci nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Pieniądze powoli się kończyły, należało rozejrzeć się za pracą. Pójście w ślady taty wydało mi się naturalne. Odnalazłem wizytówki i zadzwoniłem do gwardiana Hołysza. Zaprosił mnie do siebie, porozmawialiśmy chwilę – no i oto byłem tutaj. U Zofii Kowskiej, starej jak sama komunikacja miejska, w jasnej kuchni, pochylałem się nad filiżanką w siatkę kobaltową i czekałem, jakie zadanie dostanę. I tylko zapach kawy gryzł mnie w nozdrza.
Nie cierpię kawy.
• • •
– Piotruś nie jest gotów – upierała się Zofia Kowska, dźgając palcem chudą pierś gwardiana.
To było już wiele tygodni po naszym pierwszym spotkaniu. Staliśmy w opuszczonym budynku starej zajezdni tramwajowej w Oliwie. Na gruzach i sterczących, połamanych deskach przycupnęli precatorzy – wyglądali jak stare gołębie, które obsiadły każdy wolny spłachetek ziemi w oczekiwaniu na rękę, która posypie im chleba. Wszyscy o głowach przyprószonych siwizną, nierzadko okaleczeni przez wiek lub chorobę.
Gwardian dawno już wstał z obdartego, czerwonego fotela i widać było, że bardzo chciałby wyrwać się spod karcącego spojrzenia Zofii Kowskiej, która bezceremonialnie przyparła go do ściany. Mógłby, oczywiście, czmychnąć przez jedno z pozbawionych szyb okien, miał je za plecami, jednakże zachowanie takie nie licowało ani ze statusem Hołysza, ani z jego wiekiem.
[1] 2 3 4 »
dodajdo

Komentarze

17 X 2016   09:47:57

W tramwajach powinni to wywieszać na oparciach foteli. Jakby wtedy weszła jakaś starowinka, to na wszelki wypadek wszyscy by ustępowali miejsca ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:wolffowna@gmail.com'>Magdalena Wolff</a>

Zmiana
Małgorzata „windlady” Binkowska

24 VI 2017

Badania nie wykazały żadnych zmian w mózgu, nic niepokojącego. Psychiatra również nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy. Była absolutnie zdrową, młodą kobietą – spełnioną w pracy, szczęśliwą w domu. Nic jej nie dolegało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Selekcja naturalna
Anna Grzanek

20 V 2017

Dalej było już tylko dziwniej. Inny Poznań zaczął się pojawiać również w dzień; najpierw tylko na ułamki sekund, ale jednak. Śmiali się, że przestał być Nocnym Poznaniem, ale był to bardzo nerwowy i niepewny śmiech.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Dixie w Krainie Czarów
— Anna Wołosiak-Tomaszewska

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.