Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 sierpnia 2017
w Esensji w Google

Owieczki

[1] 2 3 11 »
Onegdaj czcigodny Lusin nazwał napar z liści fienalli trucizną, lecz dopiero wyciąg z korzenia tej rośliny w pełni zasługiwał na takie miano. Zaledwie jedna kropla dodana do jadła albo napoju sprowadziłaby długi sen, graniczący z letargiem, trzy zaś wystarczyły aż nadto, by ten, komu podano ów środek, nie obudził się nigdy.

Iwona Kowalczyk
‹Owieczki›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorIwona Kowalczyk
TytułOwieczki
OpisAutorka pisze o sobie:
Jestem absolwentką łódzkiego kulturoznawstwa. Zawodowo zajmuję się nauczaniem języka angielskiego, a dla przyjemności snuciem opowieści ze świata fantasy.
Gatunekfantasy, kryminał
1.
– Chyba nigdzie nie pojedziecie w taką pogodę? – Starszy mężczyzna odruchowo zatarł dłonie, gdy kolejna fala deszczu, niesiona wiatrem, uderzyła o okiennice.
Sineth uśmiechnął się, potrząsnął głową. Napił się grzanego wina obficie zaprawionego korzeniami oraz miodem i z zadowoleniem wyciągnął nogi w kierunku otwartego komina, na którym wesoło buzował ogień.
– Chętnie przez kilka dni skorzystam z waszej gościny.
– Jesteście mile widziani, jak zawsze. – Kapłan sięgnął po dzban, który jeden z młodszych akolitów dopiero co postawił na stole, i dolał im obu do kubków. – A to? – Wskazał na tuzin kart rozmaitego formatu, które Saldarczyk, przeczytawszy, niedbale rzucił na pryczę. Dwie z nich zaopatrzono nawet w herbowe pieczęcie, inne były zaledwie skrawkami pergaminu zwiniętymi w rulonik lub złożonymi na czworo. – Trochę się nazbierało od waszej ostatniej bytności.
Sineth wzruszył ramionami. Ostatni raz przebywał w tej okolicy ponad pół roku temu. Służba pod znakiem Saldar oznaczała, że nieustannie był w drodze, znajdując chwilowe schronienie w królewskich stanicach lub u szarych kapłanów Boga. Gdy ktoś miał doń jakąś sprawę, zawsze mógł w jednym z tych miejsc pozostawić wiadomość.
– Myślałby kto, że plaga czarnoksięstwa nęka tę okolicę. – Kapłan pokręcił głową. Doskonale wiedział, że w większości były to skargi niemające żadnego uzasadnienia. Jako starszy tutejszej świątyni sam niektóre spisywał pod dyktando niepiśmiennych petentów.
– Istotnie, można by tak pomyśleć, czcigodny – odparł Sineth ze śmiechem. – Pewna kobieta na przykład skarży się na sąsiadkę, że ta rzuciła urok na jej małżonka. Albo szacowny członek cechu bednarzy, któremu drugi odbiera zarobek. No, bo jakże może tak być, że tamtemu beczki nigdy nie ciekną? Tylko czarodziejskim sposobem.
– No tak. – Starzec również pozwolił sobie na krzywy uśmieszek.
Sineth przeciągnął się, rozleniwiony ciepłem panującym w izbie.
– Mam tu również niewątpliwie miły dowód pamięci jednego z tutejszych możnych – zauważył. – Prosi mnie na wesele siostry, które, niestety, już się odbyło.
– A komuż to się tak spieszy, żeby jeszcze przed Świętem Pani urządzać wesele? – Przełożony świątyni zmarszczył brwi. – Czekajcie no, to młody pan z Vill? Był tu z tuzin dni temu i rzeczywiście zostawił list dla was.
Saldarczyk przytaknął.
– Wesele, powiadacie. – Kapłan bezwiednie pogładził brodę. – Dziwne. Prędzej już bym przypuszczał, że pogrzeb się u niego w domu szykuje. Strapienie aż biło mu z twarzy.
– Dlaczego? – Tym razem zdziwił się Saldarczyk, bo samo pismo nie wskazywało na żadną przyczynę troski.
– Nic nie powiedział i bardzo się spieszył z powrotem.
– Hm.
Halem z Vill, którego Sineth spotkał przed z górą pół rokiem na dworze pana domena, wydał mu się dość miłym, dobrze ułożonym młodzieńcem, choć może nieco zbytnio w gorącej wodzie kąpanym. Z tego też powodu popadł w kłopoty, z których Sineth mimochodem pomógł mu się wyplątać. Czyżby tymczasem znalazł następne i znów szukał jego pomocy? Saldarczyk nie poczuwał się bynajmniej do sprawowania opieki nad młodym człowiekiem, lecz z drugiej strony…
– Macie taką minę, jakby wam coś chodziło po głowie – zauważył kapłan.
– Może jednak wypadałoby złożyć młodej parze życzenia, choćby nieco po czasie. – Sineth spojrzał w kierunku okna, o które teraz już bębniła regularna ulewa, i nieznacznie się wzdrygnął. – Cóż…
• • •
W końcu Bogowie litościwie wstrzymali potoki wody lejące się z nieba i od dwóch dni panowała piękna, słoneczna pogoda. W powietrzu nareszcie czuło się wiosnę. Tak więc zbliżając się do granic posiadłości Villvenów, Sineth był już w znacznie lepszym humorze i przestał wyrzekać w duchu na własne niewczesne pomysły, które skłoniły go do podjęcia tej, najprawdopodobniej zupełnie niepotrzebnej, podróży.
Jechał skrótem, drogą wyjeżdżoną na skraju poręby, bez pośpiechu, pozwalając koniowi iść swoim tempem. Odgwizdał wildze chowającej się wśród sosnowych gałęzi i zaśmiał się, bo na chwilę udało mu się ją oszukać. Wtedy ujrzał dwóch konnych blokujących mu przejazd. Trzeci mężczyzna, sądząc zapewne, że jest niewidoczny, z łukiem w ręku ukląkł za krzakiem dopiero pokrywającej się liśćmi kruszyny. Saldarczyk omal nie wzruszył ramionami na widok tej, ulitujcie się dobrzy Bogowie, zasadzki. Mógłby jej uniknąć z łatwością, od razu skręcając w las. Gdyby tamci dwaj postanowili ścigać się z nim pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami, najpewniej uczyniliby tylko krzywdę sobie lub własnym wierzchowcom. Nie wyglądali jednak na zbójców, wszyscy nosili jednakowe jasnozielone tuniki z herbem wyszytym na piersiach. Nie sądził też, by czekali specjalnie na niego. Spokojnie jechał więc dalej, w gruncie rzeczy ciekaw, czy go zechcą zaczepić.
Kiedy zbliżył się na jakieś trzydzieści kroków, jeden ze zbrojnych podniósł włócznię i wykrzyczał żądanie, by podróżny się opowiedział. Za chwilę już obaj wystawili broń w jego kierunku. Tymczasem Sineth upewnił się, że herb, który noszą – tarcza i topór oplecione gałązką bluszczu – nie należy do domu Villven, który, jak pamiętał, pieczętował się dziczą głową. Tak więc ci ludzie raczej sami nie mieli żadnego prawa tutaj przebywać, a co dopiero przepytywać wędrowców. Nie była to jednak jego sprawa i nie chciało mu się wdawać z nimi w dysputę. Zebrał konia, jednocześnie unosząc lewą dłoń ozdobioną szerokim srebrnym pierścieniem.
– Saldar – zawołał. – Z drogi.
Obaj wytrzeszczyli oczy, a potem rozjechali się na dwie strony, równo, niczym podczas parady. Trzeci mężczyzna, wciąż chowający się w lesie, opuścił łuk, z wrażenia posyłając strzałę pod własne stopy.
– Dokąd jedziecie, panie? – Tym razem pytanie zostało zadane grzecznie, można rzec, wręcz uniżonym tonem.
Saldarczyk ściągnął cugle, wstrzymując wierzchowca.
– A kto pyta?
– Jagi, drużynnik pana Garvena – przedstawił się zbrojny, energicznie skłaniając głowę. – No, bo, upraszam wybaczenia, jeśli do Vill …
– Cóż w takim razie? – odparł Sineth surowo.
Mężczyzna wykonał gest, jakby chciał się podrapać po głowie, ale tylko stuknął się w hełm drzewcem włóczni, którą wciąż ściskał w dłoni. Poczerwieniał jak burak i pospiesznie wsunął ją na powrót do tulei przy siodle. Sineth czekał cierpliwie, podczas gdy obaj zbrojni wymienili skonsternowane spojrzenia.
– To niechże Jagi pojedzie z wami, by się wam kto nie naprzykrzał po drodze – po raz pierwszy odezwał się starszy z tej dwójki. Przy nim też chyba była tutaj komenda, bo jego kompan, choć, choć sądząc z miny, mało zachwycony pomysłem, nie protestował wszakże i posłusznie zawrócił wierzchowca.
Saldarczyk skinął głową na zgodę, widząc w tym okazję, by go po drodze wypytać. Jeśli coś dziwnego działo się w okolicy, wolałby o tym wiedzieć, nim stanie u celu podróży.
Z początku na wąskiej dróżce musieli podążać jeden za drugim, co nie sprzyjało rozmowie. Sineth był nawet z tego zadowolony, wiedząc, że mało kto potrafi długo wytrzymać w milczeniu. Jak się wkrótce okazało, towarzyszący mu mężczyzna nie stanowił pod tym względem wyjątku. Ledwie wyjechali z lasu, zrównawszy się z Saldarczykiem, odchrząknął i rzekł, na wszelki wypadek wskazując ręką:
– O, widzicie? Tam się nasi rozłożyli obozem.
Sineth przytaknął, ale się nie odezwał. Prawdę mówiąc, widok nie bardzo mu się spodobał.
Zameczek, jakich wiele wzniesiono niegdyś w tym przygranicznym regionie, od południa otaczały pastwiska. Z kilku drewnianych chat, które postawiono nad brzegiem strumienia, zapewne na użytek pasterzy, ocalała tylko jedna, a i ta miała osmaloną szczytową ścianę. Pozostałe spłonęły niemal doszczętnie. Tuż obok tego pogorzeliska wbito w ziemię świeżo okorowany drąg, na którym powiewała nieco już wyblakła zielona chorągiew z tym samym herbem, który Jagi i jego towarzysze nosili na piersi. Zatem ten, który tu przybył, jawnie oznajmiał swoją obecność. Sineth westchnął w duchu. Waśnie pomiędzy pomniejszymi panami Kernnu nie należały do rzadkości, zwłaszcza w dalszych rejonach królestwa, gdzie ledwie sięgała władza poszczególnych domenów, nie wspominając już o królewskiej.
[1] 2 3 11 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Mam na imię Ceyall
— Iwona Kowalczyk

Leszczynowa Panna
— Iwona Kowalczyk

Duch niedźwiedzia
— Iwona Kowalczyk

Niebieskie paciorki
— Iwona Kowalczyk

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.