Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 25 marca 2017
w Esensji w Google

Sto lat w słońcu

[1] 2 3 6 »
Harahan po raz ostatni rzuca wyzwanie czterem stronom świata. Mruży oczy, spoglądając ku odległemu może o jakieś dwadzieścia mil stożkowi wygasłego wulkanu. W tym momencie powinien właśnie tonąć w promieniach wschodzącego słońca, ale władca Tanmuku zdaje sobie sprawę, że dzień nigdy już nie odzyska władzy nad tym miejscem. Nie po tym, co wydarzyło się poprzedniej nocy.

Artur Laisen
‹Sto lat w słońcu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorArtur Laisen
TytułSto lat w słońcu
OpisLaureat jednego z konkursów poetyckich a także konkursu na opowiadanie SF Wydawnictwa Paperback. Autor publikowanych w antologiach tekstów: „Księdza Marka trzy spotkania z demonem”, „Pocałunek Królowej Piasku” oraz „Pieśń żywiołów”, a także thrillera metafizycznego „CK Monogatari”. Prezentowany tutaj tekst „Sto lat w słońcu” stanowi fragment sagi fantasy „Teraia”, której pierwszy tom, „Studnia Zagubionych Aniołów” ukazał się w bieżącym roku nakładem Wydawnictwa Genius Creations. Po przeczytaniu opowiadania należy obowiązkowo odsłuchać piosenkę „Warrior” zespołu Wishbone Ash.
Gatunekfantasy
I’m leaving to search for something new,
Leaving everything I ever knew.
A hundred years in the sunshine
Hasn’t taught me all there is to know.
[…]
Time will pass away,
Time will guard our secret.
I’ll return again
To fight another day.

I’d have to be a warrior –
A slave I couldn’t be –
A soldier and a conqueror,
Fighting to be free.
Fragment tekstu piosenki Warrior zespołu „Wishbone Ash”
Opowieść Astronoma:
Bohaterowie i wojownicy, niepokonani wodzowie i szlachetni władcy. Co sprawia, że wciąż wymyślamy ich na nowo w dziesiątkach nieprawdopodobnych wcieleń? Dlaczego uparcie pragniemy wierzyć, iż gdzieś, kiedyś naprawdę istnieli? Odważni i rycerscy, na przekór wszystkim i wszystkiemu zmagający się z okrucieństwem świata.
A przecież, by zrozumieć, że nie mogli być tymi, za którymi tęsknimy, nie musimy sięgać do dzieł historyków i kronikarzy; wystarczy uważnie wsłuchać się w mrok tętniący w naszych własnych sercach. Wszak dobrze wiemy, iż miecz w ręku wojownika nie służy obronie uciśnionych. Że genialni wodzowie walczą o własną chwałę, o wpływy i potęgę, nie zaś o lepszy świat. Że bitni władcy dbają jedynie o rozszerzanie granic swych imperiów.
Rozumieją to dobrze apologeci na dworze władcy Hamanu, którzy zawsze przedstawiają pierwszego chosrę jako oświeconego mędrca, łagodnego mistyka i sprawiedliwego choć miłosiernego sędziego, nie zaś wodza czy wojownika. Być może rozumiał to i sam Anwari, który ponoć nigdy nie trzymał w dłoni miecza.
A jednak my wciąż z uporem wracamy do tamtych opowieści, naiwnie wierząc, iż odwaga i siła nie muszą być orężem w ręku ogarniającej świat przemocy.
Harahan Niepokonany. Harahan Zwycięzca Stu Bitew. Harahan Pogromca Królów. Harahan Wybraniec Bogów. Harahan Młot. Najsłynniejszy spośród wszystkich legendarnych wojowników. Czy żył niegdyś istotnie na obszarze utraconych królestw Madagoru – lub w zupełnie innym miejscu? Czy naprawdę to jego dumne oblicze zostało unieśmiertelnione na słynnym obrazie mistrza Effara?
Historycy przeważnie są zgodni, że człowiek o tym imieniu rzeczywiście władał przed wiekami Tanmukiem i zdołał zjednoczyć jedenaście skłóconych królestw Madagoru, co samo w sobie, oczywiście, niezwykle pochlebnie świadczy o jego wojennych i dyplomatycznych umiejętnościach. Ponoć nie pozostawił po sobie jednak męskiego następcy i imperium rozpadło się wkrótce po jego śmierci, a w jakiś czas później cały obszar Madagoru popadł w ruinę. Dziś po Jedenastu Królestwach pozostały jedynie ruiny górskich twierdz i warownych miast oraz barwne legendy i eposy spisane w niezliczonych wersjach.
W nich zaś Harahan żyje drugim życiem, zapewne o wiele ciekawszym niż to, które naprawdę przypadło mu w udziale. Opowieści sławią jego odwagę i waleczność. Mówią o dziesiątkach stoczonych osobiście pojedynków. O tym, jak władcy Madagoru jeden po drugim skłaniali głowy, uznając jego wielkość. Wreszcie o pielgrzymce, jaką odbył na Daleki Zachód, by nad brzegiem błękitnego oceanu, w pałacu którego nie oglądał żaden ze śmiertelnych, otrzymać z rąk bogów swój legendarny młot. O tym, jak na sam koniec wyruszył na czele walecznych armii, by w ostatnim boju zetrzeć się z rzeszami demonów.
Wprawne oko porównując te różne podania szybko dostrzeże ciekawe niuanse, mówiące wiele nie tyle o samym shekkunie, co o kulturach, które stworzyły poszczególne opowieści. I tak, na przykład, w Stu Bitwach, anonimowym eposie powstałym na obszarze Jedenastu Królestw, pragmatycznie sławi się przede wszystkim wojowniczość i przebiegłość Harahana, a także jego wierność mirun – Drodze Woli i Stali. W wersjach legendy opowiadanych na dworze chosry kładzie się z kolei nacisk na jego szlachetność jako władcy i wojownika. Nie dziwi też, iż tutaj to Jeźdźcy Światła podarowują mu legendarny oręż, by stanął do walki z Armiami Nocy.
Zapewne sam Harahan byłby mocno zaskoczony wiedząc, iż największych podbojów i zwycięstw dokona dopiero po śmierci. Przypuszczam, że za życia nie zajmowało go nic prócz typowych pragmatycznych zagadnień władzy.
A jednak… Coś wciąż nie daje mi spokoju, sprawia, że ja sam również naiwnie poddaję się magii jego imienia. Czegóż jednak może mnie nauczyć opowieść o shekkunie Jedenastu Królestw? Co naprawdę spodziewam się tam odnaleźć? Bo przecież nie obchodzą mnie sprawy wojowników i władców. Czy prawda jest w stanie przynieść cokolwiek poza rozczarowaniem?
Tknięty niezrozumiałym przeczuciem rozkładam lunety Teleskopu, aby udać się na pole sto pierwszej bitwy Harahana…
• • •
Gdy po raz kolejny otwiera powieki, jest już świt. Zdziwiony przeciera oczy – był pewien, że ta straszliwa noc nigdy się nie skończy, że świat już na zawsze odtąd spowijać będzie ciemność. Z wysiłkiem wygrzebuje się spod ciała wierzchowca i staje na własnych nogach. Przez chwilę uważnie rozgląda się wokół, by wreszcie trzy kroki dalej dostrzec na ziemi podłużny, lśniący kształt. Z ulgą schyla się i podnosi swój młot.
Teraz znów jest Harahanem. Teraz może już, spokojny i wyprostowany, oczekiwać nadejścia tego, co nieuchronne.
Robi się coraz jaśniej. Słońce powoli wstaje ponad dalekim krajem, do którego nie udało mu się dotrzeć. Kilkanaście mil na południe od miejsca, gdzie się znajduje, nadal wznoszą się ku górze kłęby dymu. Z nieco bliższej odległości wciąż jakby dochodzi szczęk oręża – być może środek jeszcze się broni. Lecz Harahan widział w swym życiu wiele bitew i wie, że to już nie potrwa długo.
Wokół niego leżą dziesiątki ciał. Ciała jego własnych gwardzistów i, niestety, znacznie mniej liczne, wrogów. Teraz już nie wydają się demonami. W istocie ich oręż i zbroje często ustępują tym, w które wyposażeni byli żołnierze Madagoru. Ale, musi to przyznać, tamci nie ustępowali im walecznością.
Przez chwilę władcy Tanmuku wydaje się, że jest ostatnim żyjącym człowiekiem na ziemi. W uczuciu tym jest o wiele więcej ulgi niż smutku. Lecz tylko przez chwilę; kątem oka dostrzega niewielkie gromady jeźdźców przemykające na drugim planie, słyszy dalekie nawoływania.
Wkrótce zauważą go i przyjdą.
Harahan odwraca się w stronę zachodu, w stronę odległej, niemalże niewidocznej ściany gór, w stronę imperium, które za sobą pozostawił i którego budowania nie zdąży już ukończyć. Potem patrzy na wschód, ku krainie, którą miał podbić.
Czemu wyruszył na tę wyprawę? Bo przecież nie dał się zwieść obietnicy rozszerzenia granic swej władzy dalej niż którykolwiek z władców Madagoru odważył się sięgnąć wyobraźnią. Opowieściom o żyznym, zielonym stepie, o lasach pełnych zwierzyny, o wielotysięcznych stadach kumlun i reniferów, o złotych grudkach błyszczących na dnie strumieni. Dobrze wiedział, że tamten kraj położony jest zbyt daleko, że jest zbyt rozległy, że od Madagoru oddziela go inny step, niegościnny i surowy, który zbyt trudno jest przebyć. Ten, na którym właśnie przygotowuje się na spotkanie ze śmiercią.
Uczynił to dla tej bitwy. Gdy nadeszła chwila prawdy, przedłożył sen o chwale ponad pragmatyzm feudała, zakurzone pole walki ponad Orli Tron, nieśmiertelność ponad imperium. Tyle razy wcześniej bezkarnie sięgał po to, czego zapragnął, czyż nie mógł oczekiwać, iż stanie się tak i tym razem? Zwłaszcza po tym, jak daleko na zachodzie ujrzał cuda, o których wcześniej nie pomyślałby, iż mogą stać się udziałem śmiertelnika. Gdy utwierdzono go w przekonaniu, że to właśnie jego nieodgadnione niebiosa uczyniły swoim wybrańcem. Gdy podarowano mu lśniący młot, który miał skruszyć każdy ludzki oręż. Gdy w oczach boga dostrzegł obietnicę spełnienia wykraczającego poza sny niegdysiejszego pretendenta do tronu Tanmuku, a nawet obecnego shekkuna Jedenastu Królestw.
A więc wyruszył, by wziąć udział w tym, co – jak przepowiadano – miało być największą i najważniejszą bitwą w znanej człowiekowi historii. By już na zawsze związać tę bitwę ze swym imieniem.
Nie bez znaczenia była też wiedza, kto dowodzi siłami wroga. Pamiętał własne zdumienie, gdy przekazano mu tę wiadomość. I radość, gdy dostrzegł, po raz pierwszy w swym życiu, wyraźną ścieżkę tego, co w dalekim pałacu nad brzegiem oceanu nazwano matematyką przeznaczenia.
Gdy idące z zachodu armie zalały step, stracił wiele ze swego początkowego entuzjazmu. Nie cieszyła go potęga sojuszu. Sprawiała, że on sam stawał się zaledwie jednym z pięciu czy sześciu najważniejszych wodzów i przywódców, nie zaś samotnym wybrańcem przeznaczenia. Wszystko wskazywało też, iż nadchodząca bitwa nie będzie misterną grą woli i stali, za którą tęsknił, ale prostacką rzezią, egzekucją dokonaną na słabszym pod każdym względem przeciwniku.
[1] 2 3 6 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:pmkenc@gmail.com'>Piotr Kenc</a>

Drzewoń
Piotr Kenc

4 III 2017

Gdy później zbliżał się do innego pnia, na kikucie po starej gałęzi zobaczył zaczepiony jakby uschły wianek. Wyciągnął rękę i natrafił na coś twardego. Były to jakieś kręgi zwierzęce, nawleczone na nić i oplecione ziołami.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

W mieszkaniu Tobiasza
Dorota Dziedzic-Chojnacka

18 II 2017

Zamieszkująca parter staruszka była przekonana, że jej życiu zagrażają obcy, którzy wychodzą ze wszystkich możliwych szczelin w mieszkaniu. Dlatego pani Kicińska spędzała cały swój czas w domu na gotowaniu wody i zalewaniu wrzątkiem rozmaitych dziur, rur i otworów.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Czerwiec 2016
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Joanna Kapica-Curzytek, Anna Nieznaj, Joanna Słupek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.