Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 24 czerwca 2017
w Esensji w Google

Ostatni taki fan

[1] 2 »
Jeśli zabiję cię dzisiaj, twoje wnuki dostaną po jedenaście milionów dolarów. Zależy mi na tym, żeby dostały, bo mają w planach budowę okazałego muzeum na twoją cześć. W którym z pewnością dostałbym dobrze płatną posadę.

Sebastian Wójcik
‹Ostatni taki fan›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSebastian Wójcik
TytułOstatni taki fan
OpisAutor pisze o sobie:
Jestem przewodnikiem turystycznym z powołaniem oraz doświadczeniem. Opiewam uroki jednego kraju za to w czterech językach. Powyższe raczej w lecie. W czasie sezonowych niżów trochę piszę. Lubię też rysować i grać na organkach, co po zsumowaniu daje mi przedsmak kreacyjnej pełni.
Pierwsze opowiadanie opublikowałem w Nowej Fantastyce, a kolejne – na portalu Fahrenheit.
Walcząc z przeciwnymi prądami, wyrywam się wytrwale na szerokie wody literatury. W tych jakże złożonych warunkach gościnne łamy Esensji bywają mi przystanią.
Gatunekgroza / horror
Greg zanurzył się, starając się robić jak najmniej hałasu. Płynął przy samym dnie, a mimo to dosięgły go penetrujące mętną wodę snopy światła.
Wzbudzane fajerwerkami kolorowe refleksy oraz przytłumione wibracje oznaczały, że dyskoteka na przystani rozkręca się na dobre. Był to zdecydowanie najlepszy moment do przeprowadzenia akcji. Rozświetlona, hałaśliwa impreza na molo była mu na rękę, mógł bowiem wypuszczać bąble powietrza i używać latarki, nie obawiając się, że zwróci czyjąkolwiek uwagę.
Parę tygodni wcześniej, gdy w okolicy było cicho i spokojnie, Greg postawił dwa płaskie, jednorazowe lewarki samochodowe na betonowym progu. Zgodnie z przewidywaniami metalowa roleta, opadając, spoczęła na nich, nie dotykając rantu. Dzięki temu Greg miał teraz łatwe zadanie. Wystarczyło, że szarpnął jednocześnie obie zawleczki. Spowodowało to gwałtowne rozprężenie gazu. Teleskopowe wsporniki naparły od dołu i roleta uniosła się z głuchym chrzęstem o półtorej stopy. Bez większych przeszkód nurek prześliznął się pod nią i w ten sposób dostał się do hangaru.
Wynurzył się wewnątrz przestronnej, blaszanej hali Klubu Morskich Zawadiaków. Wdrapał się na betonowy krawężnik, okalający prostokątną krawędzią basen. Rozpoznał łódź, która miała być używana nazajutrz. Wdrapał się na nią i otworzył luk bagażowy. Jak przewidywał, znajdowały się w nim między innymi gaśnica, kapoki i boje radiolokacyjne. Musiał zrobić sobie miejsce, więc przerzucił cały sprzęt do przycumowanej w pobliżu szalupy, którą następnie przykrył brezentem. Potem zdjął akwalung i umieścił go w przegrodzie.
Na koniec sam wszedł do przegrody i ostrożnie nakrył ją klapą. Spojrzał na fosforyzujące w ciemności cyferki zegarka. Doszedł do wniosku, że może sobie pozwolić na krótką drzemkę.
• • •
Bill obrócił koło sterowe o dwadzieścia stopni, co oznaczało dziesięciokrotnie mniejszy kąt skrętu. Mało imponująca zwrotność łodzi i marne przyśpieszenie były z nawiązką rekompensowane przez niezawodność, brak wibracji oraz cichą pracę silnika. Ot, sprzęt dla ramoli, którzy nie muszą nikomu niczym imponować, za to cenią sobie spokój i bezawaryjność.
– Miło cię widzieć – usłyszał nagle.
Bill odwrócił się gwałtownie. Nieznajomy brunet w staroświeckim kombinezonie dawał mu znak ręką. Można by ów gest uznać za machanie, gdyby nie był tak sztywny i oszczędny. Intruz siedział po turecku na panelu słonecznym zainstalowanym na rufie. Opierał się lędźwiami o reling i mierzył do Billa z broni krótkiej.
– Witaj i żegnaj, mistrzu – powiedział nieproszony gość, wymierzył i nacisnął spust.
Rozległ się głuchy trzask.
Uderzenie w pierś okazało się na tyle mocne, że Bill stracił równowagę i cofnął się o pół kroku. Poczuł ból w klatce piersiowej. Schylił głowę, by zidentyfikować jego źródło. Na wysokości mostka ponad materiał koszuli wystawało pół igły i podłączona do niej strzykawka, wypełniona do połowy żółtym płynem. Szybkim szarpnięciem Bill wyrwał nietypowy pocisk i zbliżył do oczu.
– No nie! – zawołał tajemniczy osobnik. – Weź nie mów, że trafiłem w jakiś medalik. No mówię ci, nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.
– Kim ty, kurwa, jesteś?! – rzucił Bill ostrym tonem. – I co robisz na mojej łodzi?
– Nie, nie, najpierw ty. Powiedz, nosisz jakiś wisiorek pod koszulą?
Bill zmarszczył brwi. Jego twarz była stworzona do przeróżnych przejawów mimicznej ekspresji, ale aktor nigdy nie wyglądał na sto procent serio. Choćby nie wiem jak się starał, był zawsze ciut niepoważny.
Rozpiął górny guzik koszuli i wyjął okrągły amulet z tekowego drewna – pamiątkę z festiwalu bollywoodzkich filmów w Bangalore. Przez chwilę miał nawet zamiar udzielić odpowiedzi na temat, ale uznał, że byłaby to oznaka słabości.
– Co robisz na mojej łodzi? – powtórzył weteran dziesiątej muzy.
– To zupełnie jak w Człowieku, który wiedział za mało – ciągnął intruz, zupełnie ignorując pytanie. – Pamiętasz, jak machałeś matrioszką, w której tykała bomba zegarowa? A rosyjski szpieg strzelił zatrutą strzałką, ale nie trafił w ciebie, tylko w lalkę i ten sposób zatrzymał zegar. Mówię ci, popuściłem w majty ze śmiechu.
Bill zastygł w pozie wrażającej kompletne niezrozumienie. Otrząsnął się jednak szybko.
– Dobra, koleś, wracamy do brzegu, wysiądziesz i zapomnimy o incydencie – zarządził w końcu kapitan.
Było wiele desperacji w tej niby-stanowczej komendzie. Zabrzmiała prawie śmiesznie. Tymczasem „koleś” zrobił równie teatralny grymas, wyrażający głębokie zamyślenie.
– Raczej nie. Mam inne plany wobec ciebie.
– To się kiepsko składa – odparł Bill. – Od czterdziestu lat sam sobie układam plany.
– Nie tym razem – westchnął intruz. – Gwoli ścisłości wyjaśniam też, że moja dubeltówka jest skuteczniejsza, niż może ci się wydawać. Jak widzisz, składa się z dwóch części. Lufa na górze strzela ładunkami ze środkiem, mówiąc oględnie, neutralizującym. Ale rurka na dole to już modyfikowany smith & wesson kaliber siedem i pół. To zabawka na dzikiego zwierza, którego trzeba uśpić do zaczipowania czy obrączkowania. Czasem się bowiem zdarzy, że środek usypiający nie zadziała. Wyobraź sobie, że znarowiony koala rzuca się na ciebie – natrętny brunet wytrzeszczył oczy i rozcapierzywszy palce wyciągnął przed siebie rękę. – Trzeba go ustrzelić.
Bill z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Czego ode mnie chcesz?
– Nie zapytasz, jak mam na imię?
– Pewnie Greg – wycedził Bill sarkastycznie. – O ile dobrze widzę literki nad prawą kieszenią.
– No brawo – pochwalił Greg. – Przynajmniej wzrok ci nie nawala. A może odczytałeś dlatego, że literki układają się w zgrabne logo?
– Tak, układają się w coś w rodzaju rozrzutnika do gnoju. Z profilu, oczywiście. Mam taki jeden na swojej fermie.
Greg ze śmiechem klepnął się w kolano.
– Ach, ten sarkazm, zawsze go uwielbiałem. A kombinezon rozpoznajesz?
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
– Nie.
– Jest z Pogromców duchów. Pamiętasz? Twój pierwszy blockbuster. Ciuch kupiłem na E-bayu za czterysta sześćdziesiąt dolców. Na początku był szaroniebieski, ale wypłowiał od częstego używania.
– Więc jesteś moim fanem, tak? – mruknął aktor nieco uspokojony.
– O tak, zdecydowanie. Widziałem wszystkie twoje filmy. Znam na pamięć twoją biografię, mam masę gadżetów, pamiątek, zdjęć i imponujący katalog wycinków prasowych.
– I czego ode mnie chcesz?
– Chcę pozbawić cię życia. To znaczy w sposób humanitarny.
– Aha – chrząknął Bill niepewnie. – Humanitarnie, mówisz. Miło z twojej strony.
– Polecam się. Jak zauważyłeś, użyłem strzykawki. Nieskutecznie, jak na razie. A propos strzykawki: zawierała specjalną truciznę. Gdybym nie trafił w amulet, ale bezpośrednio w twoją pierś, doznałbyś eksplozji endorfin. Twoja twarz stałaby się wzorcowym odzwierciedleniem błogostanu. Śmierć okazałaby się najprzyjemniejszym momentem życia. Wywinąłeś się, ale mam jeszcze kilka nabojów.
– Po co miałbyś mnie zabijać?
– Skoro i tak wkrótce umrzesz, postanowiłem zaaranżować to, co nieuniknione i ulżyć ci w cierpieniu.
– Mniejsza o to, czy jestem cierpiący, ale skąd wiesz, że wkrótce umrę?
– Prawdopodobieństwo twojej śmierci w tym roku wynosi dziewięćdziesiąt pięć procent, więc graniczy właściwie z pewnością. Skoro śmierć jest pewna, więc zorganizuję ją tak, by wszyscy mieli z tego pożytek.
– O, ciekawe, a można wiedzieć, jak wyliczyłeś to prawdopodobieństwo?
– Nie ja wyliczyłem, tylko 500-qubitowy komputer kwantowy na podstawie kilku tysięcy zmiennych. Jego prognozy są z reguły trafne. Tak naprawdę, to prawie zawsze są trafne. Właściwie bezbłędne. W twoim konkretnym przypadku biorą pod uwagę nie tylko dane z karty chorobowej, nie tylko sytuację rodzinną, nie tylko geny, metabolizm czy fizjologię. Otóż wyobraź sobie, że komputer analizuje z pozoru nieistotne detale, odległe tematycznie i geograficznie.
– Na przykład?
– Weźmy choćby grubość pokrywy lodowej w Grenlandii, intensywność plam na Słońcu, sytuację polityczną w Mozambiku, aktywność wołka zbożowego w Argentynie. Jednym z parametrów, które kwantowce biorą pod uwagę, jest sam fakt, że tworzą i ogłaszają prognozy.
– Albo to, że wtargniesz na moją łódź.
Greg podrapał się po głowie wolną ręką.
[1] 2 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Selekcja naturalna
Anna Grzanek

20 V 2017

Dalej było już tylko dziwniej. Inny Poznań zaczął się pojawiać również w dzień; najpierw tylko na ułamki sekund, ale jednak. Śmiali się, że przestał być Nocnym Poznaniem, ale był to bardzo nerwowy i niepewny śmiech.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Czy jestem morzem lub smokiem głębiny [Hi 7,12]
Anna Dudało

1 IV 2017

Miał śliczny uśmiech i ciepłe spojrzenie. Aparycja, która sprawia, że rozmówca czuje się od razu spokojniejszy i chętniejszy do zwierzeń. Gdyby mu na tym zależało, byłby doskonałym handlowcem, który zarabia krocie na prowizji. Miał dar do zjednywania sobie ludzi. I często z niego korzystał. Szczególnie gdy zakończył terapię, na którą wysłali go przerażeni rodzice. Przecież nie co dzień dzieciak wychodzi prawie cało z rąk mordercy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Pisarz
Agnieszka Zapart

25 III 2017

Zabawnie było patrzeć, jak mimo tragicznego obrotu wydarzeń wspomnienie pierwszej randki nadal przywołuje na twarz matki młodzieńczo naiwny uśmiech. Podobno ojciec wysłał jej list, w którym były karty z odręcznymi rysunkami oraz pytaniami w stylu: „wtorek, 16:00, spacer nad jeziorem?”; „środa, 19:00, lody w Maleńkiej?”; „sobota, 8:00, wycieczka do Wrocławia?”. Oczywiście wybrała wycieczkę. Rodzice byli na nią wściekli, ale ona nie żałowała.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zapiski o klątwie mniemanej
— Sebastian Wójcik

Randka z profesorem
— Sebastian Wójcik

Posąg w tytoniowym dymie
— Sebastian Wójcik

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.