Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
dzisiaj: 17 sierpnia 2017
w Esensji w Google

Tam, gdzie kwitną jabłonie

[1] 2 3 8 »
Nikt, kto porywał się na boską istotę, nie mógł być pewien spokojnej starości, ale ona pragnęła tylko jednego. Chciała, żeby Wielka Królowa cierpiała choćby przez chwilę tak jak ona. Ani się obejrzała, a krucza bogini stała się jej obsesją.

Marcin Dolata
‹Tam, gdzie kwitną jabłonie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarcin Dolata
TytułTam, gdzie kwitną jabłonie
OpisRocznik ’92, absolwent filologii polskiej na UAM-ie ze specjalnością wydawniczą. Miłośnik literatury, w szczególności fantasy, wielbiciel rodzimego hip hopu, muzyki celtyckiej i filmowej, kinoman. Publikował m.in. w „Qfancie”, „Esensji” i w serwisie Poltergeist.
Gatunekfantasy
Po burzy świat zawsze był nieziemsko rześki. Wiatr rozwiewał chmury, wyłuskując spod nich ochłapy błękitnego nieba. Zmoczone rośliny zieleniły się soczyście, trawa szeleściła pod stopami, zroszone źdźbła przyjemnie łaskotały łydki.
Bláithín schyliła się i zanurzyła usta w strumieniu, który wezbrał mocno, zasilony deszczem. Lodowata woda zmroziła przełyk i błyskawicznie ugasiła pragnienie. Dziewczyna przemyła twarz, ręce, po czym wyprostowała się i odetchnęła pełną piersią.
Éire pachniała świeżą żywicą i igliwiem.
Dziewczyna mogła wziąć się do pracy. Wilgotny grunt z łatwością ustępował pod niewprawnymi ruchami wysłużonej łopaty, dłonie ślizgały się po stylisku. Poluzowane żeleźce chybotało się coraz mocniej z każdą kolejną porcją ziemi odrzuconej na bok, ale wytrzymywało. Dół powiększał się w wolnym tempie, w końcu jednak osiągnął odpowiednie rozmiary.
Bláithín otarła twarz. Nie z potu, nie z kropli deszczu, lecz z łez, które regularnie spływały po jej policzkach i skapywały z brody na ubranie.
Jakiś czas temu jej sędziwa ciotka ciężko zachorowała. Przestała wstawać z łóżka, wciąż majaczyła w gorączce. Zioła, zimne okłady, nic nie potrafiło jej pomóc ani chociaż ulżyć w cierpieniu. Dziewczyna nie odstępowała Móirín nawet na krok; pielęgnowała ją, przebierała, a w ostatnich dniach nawet karmiła, gdyż osłabiona staruszka nie była w stanie unieść drewnianej łyżki do ust. Wreszcie nadeszła noc, kiedy w leśnej głuszy rozbrzmiał jękliwy, żałosny lament banshee, który wypłoszył z okolicy wszystkie zwierzęta i ucichł dopiero przed świtem. Bláithín ani na moment nie zmrużyła oka; siedziała skulona, przytulona do okna i nasłuchiwała tego upiornego śpiewu, skrzekliwego zawodzenia, zaciskając kurczowo dłonie. Już wiedziała, czego się spodziewać, kiedy rano odchyli zasłonę i spojrzy na znieruchomiałą twarz Móirín, na powieki, które nigdy już nie ukażą bystrych, brązowych oczu.
Mimo wszystko ten widok był dla niej szokiem. Płakała potem aż do wieczora, a gdy całkowicie opadła z sił, zasnęła niespokojnym snem. Następnego dnia nie odważyła się podejść do ciała Móirín, jakby łudząc się, że staruszka w każdej chwili może się przebudzić. Godziny mijały, zamieniały się w dni, z siennika zaczynał dobiegać mdlący zapach. Kiedy pierwszy raz zwymiotowała z powodu tej woni, zrozumiała, że to już koniec, że musi wreszcie pożegnać ciotkę i że nikt jej w tym pomoże. Najchętniej usypałaby kurhan, ale do tego potrzeba by co najmniej kilku mężczyzn, którzy dodatkowo potrafiliby wydrążyć odpowiednie komory grobowe. Pozostawało jej więc wykopanie dołu, najpierw jednak musiała spalić zwłoki. Zeszłego wieczoru obmyła je dokładnie i namaściła, zatykając nos, po czym ułożyła na suchych liściach oraz cienkich gałęziach i podłożyła ogień.
Teraz, kiedy wreszcie skończyła kopać, ostrożnie złożyła do grobu owinięte naczynie z prochami. Obok urny znalazło się też miejsce dla lusterka, odzieży oraz charakterystycznego, zaśniedziałego amuletu przedstawiającego symbole solarne, z którym Móirín nigdy się nie rozstawała. Bláithín podniosła ozdobę, ucałowała i zawiesiła sobie na szyi.
– Żegnaj, Móirín Siwowłosa – szepnęła. – Byłaś dla mnie pochodnią w ciemności.
• • •
Cúmcarn znajdowało się na niewielkim wzniesieniu na skraju lasu, oddalonym od morza o jakąś milę. To była stara celtycka wioska, taka, jakie budowano tu od pokoleń. Osadę otaczał drewniano-ziemny wał, pamiątka z dawnych czasów, kiedy Ulatowie często walczyli z Connachtem i królestwem Mide. Wschodnie zbocze, długie i najbardziej łagodne, pokrywały liczne poletka, ogrodzone żywopłotami, należące do poszczególnych rodzin.
Bláithín przystanęła, ukryta w zaroślach, i popatrzyła z tęsknotą na mieszkańców, którzy właśnie urządzili sobie przerwę w pracy na roli. Kilkanaście osób rozsiadło się na trawie, gawędząc beztrosko, dookoła biegała gromada radosnych dzieci. Dziewczyna wyciągnęła rękę, ale zaraz ją cofnęła. Minęło kilka długich tygodni od pogrzebu Móirín, podczas których Bláithín nie zamieniła z nikim ani słowa. Tak bardzo pragnęła wreszcie z kimś porozmawiać albo posiedzieć wspólnie chociaż chwilę… Czas mijał, a ona nadal tkwiła nieruchomo w zaroślach, gdy nagle od strony lasu rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ledwo się obejrzała, a ujrzała kilku młodych chłopaków z Cúmcarn. Uśmiechnęła się nieśmiało na ich widok, z ogromną nadzieją, że chociaż odwzajemnią uśmiech, ale nic z tego.
Na ich twarzach od razu pojawił się grymas.
– To ona – warknął jeden z nich. – Znowu tu przyszła!
Nim Bláithín zdążyła zareagować, boleśnie oberwała w głowę kamieniem. Spróbowała sięgnąć po łuk, z którym nigdy się nie rozstawała, ale była jeszcze zbyt oszołomiona, a napastnicy okazali się za szybcy. Dwaj młodzieńcy doskoczyli do niej w okamgnieniu i uwięzili w żelaznym uścisku, pozostali zaś zaczęli okładać ją pięściami i kijami aż do krwi.
Bláithín najpierw przestała odczuwać kolejne uderzenia, a potem straciła przytomność. Ocknęła się wieczorem w tych samych zaroślach, w podartym ubraniu, z ruszającym się zębem, cała obolała. Podniosła się z wielkim trudem, po czym w milczeniu, utykając, podążyła w kierunku leśnej gęstwiny.
• • •
Mżyło.
Morze szumiało niespokojnie, tak jakby Lir również smucił się z jakiegoś powodu. Bláithín powoli wspięła się na klif, powłócząc obitymi kończynami. Stanąwszy na szczycie, omiotła wzrokiem całą okolicę. W oddali majaczyły ciemne, kłębiaste chmury zapowiadające sztorm.
Gdyby dziewczyna poszła wzdłuż wybrzeża, w kierunku południowym, po kilku godzinach marszu zobaczyłaby Foczą Skałę, gdzie niektórzy widywali ponoć piękne Selkie. Gdyby z kolei ruszyła na północ, szybko natknęłaby się na tajemnicze zbiorowisko skalnych kolumn burej barwy, wyrastających z ziemi tuż obok siebie, zwane Groblą Olbrzyma.
Bláithín westchnęła i rozłożyła ręce jak ptak skrzydła podczas lotu, upajając się dotykiem chłodnej bryzy. Kochała Éire całym sercem, każdy kamień, strumień, liść, drzewo, grudkę ziemi. Kochała wzgórza Mourne, dzikie, poznaczone kamienistymi żlebami, nieprzychylne ludzkiej stopie, zamieszkałe głównie przez aes sídhe. Ubóstwiała widok otwartej przestrzeni rozciągający się z nagiego wierzchołka Sliabh Dónairt, najwyższego szczytu w północnej części wyspy. Uwielbiała patrzeć na zmierzwione trawy obrastające płaskowyże, falujące na wietrze niby morze, na otulone mleczną mgłą knieje Ulaidu, na wrzosowiska obejmujące wzniesienia postrzępionym fioletem, na chaotycznie rozsiane tu i ówdzie wąskie, bystre strumienie, na polany upstrzone kwitnącymi pąkami, na rozległą zatokę Loch Feabhail i foki taplające się beztrosko pośród alg. Można powiedzieć, że kiedy dawniej wędrowała przez te ziemie, była radosna.
Teraz jednak już prawie nie pamiętała, czym jest owo uczucie. Deszcz wciąż siąpił delikatnie. Spojrzała na kałużę, która wypełniła szeroką szczelinę w skale, na odbitą w wodzie twarz, i zalała się łzami. Jej oblicze od urodzenia było oszpecone – czoło miała poznaczone czarnymi naroślami, podobnie jak policzki i podbródek. Duże znamię, biegnące wzdłuż całej twarzy, przecinało zniekształcony, nienaturalnie wykrzywiony nos. Widoku okrutnie zdeformowanej twarzy dopełniała chropowata skóra i łamliwe, mysie włosy. Dziewczyna była dumna jedynie ze swoich oczu – jednego zielonego jak świeżo wyrosła trawa, drugiego ciemnego niczym nocne, zachmurzone niebo. Czasami, widząc ich odbicie, wyobrażała sobie, że są zawieszone w przestrzeni, a poza nimi nic innego nie istnieje.
Ludzie nienawidzili Bláithín od pierwszego wejrzenia, reagowali złością, lżyli, wyszydzali, wyganiali. Najbardziej jednak bolało ją to, że wszyscy młodzieńcy z okolicznych wiosek patrzyli na nią jak na potwora. Rudawy Conor, jeden z drwali, chudy i szpakowaty Finnén, wypuszczający się na pełne morze z sieciami, a zwłaszcza Carwyn, barczysty, słomianowłosy syn młynarza, który kiedyś rzucał w nią kamieniami, ilekroć ją ujrzał.
Bláithín pociągnęła nosem. Wcale nie pragnęła przecież żadnego Cúchulainna czy Oisína, jak młode dziewczęta z arystokratycznych rodów, tylko zwykłego, prostego mężczyzny, który wziąłby ją w ramiona i po prostu przytulił bez słowa, z którym mogłaby wspólnie pomilczeć, spoglądając na słońce tonące w morzu podczas zachodu, który wreszcie otarłby łzy spływające po jej policzku. Wiedziała jednak, że to nierealne marzenie.
Zawsze tak było, zawsze czuła się odrzucona, nikomu niepotrzebna. Odkąd sięgała pamięcią, tylko Siwowłosa okazała jej dobroć i życzliwość. Ojca nigdy nie znała i już pewnie nigdy nie pozna. Przepadł jak kamień w wodę i ciotka nie wiedziała, co się z nim stało. Może też znienawidził córkę, gdy tylko ją ujrzał? Może nie mógł ścierpieć widoku jej oszpeconej twarzy? Może dlatego odszedł? Matka przybyła do Móirín na krótko po porodzie, bez słowa wyjaśnienia, i zmarła kilka tygodni później, zostawiając córkę w rękach siostry. Teraz, po odejściu Siwowłosej, Bláithín nie miała już dla kogo żyć.
[1] 2 3 8 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:wolffowna@gmail.com'>Magdalena Wolff</a>

Zmiana
Małgorzata „windlady” Binkowska

24 VI 2017

Badania nie wykazały żadnych zmian w mózgu, nic niepokojącego. Psychiatra również nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy. Była absolutnie zdrową, młodą kobietą – spełnioną w pracy, szczęśliwą w domu. Nic jej nie dolegało.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Ranę zadałeś, ranę otrzymasz
— Marcin Dolata

Nic osobistego
— Marcin Dolata

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.