Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Uhonorowanie pośmiertne

[1] 2 3 »
Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

Anna Pełczyńska
‹Uhonorowanie pośmiertne›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Pełczyńska
TytułUhonorowanie pośmiertne
OpisAnna Pełczyńska jest z wykształcenia filologiem angielskim o szerokich zainteresowaniach, do których należą m. in. : teoria i praktyka creative writing, myślenie dywergencyjne, interpretacja tekstów kultury i marzeń sennych, nordic walking, capoeira, wycieczki górskie, psychologia, pilates, yoga, ezoteryka, sztuka, samorozwój. Zafascynowana ideą kalokagatii i Polską Doliną Loary.
Gatunekgroza / horror
Historia daje wiele przykładów na poparcie tezy, że laur bardziej lubi czaszki niż skronie.
Anna Sajdak, Edukacja kreatywna
Wranicki siedział przy stole wyprostowany jak struna i skanował gospodarzy wzrokiem. Arturowie zbliżali się do osiemdziesiątki, ale do brzegów Styksu mieli jeszcze daleko. Szczupli, ale nie wychudzeni, żylaści i energiczni, przygważdżali gościa wzrokiem.
– Strasznie pan chudy – powiedziała Wilhelmina Artur.
– I niski – dodał Alojzy, jej mąż.
– Szkoda – westchnęła Wilhelmina. – Myślałam, że potomkowie magnatów są przystojni.
Wranicki przeczesał palcami ciemne włosy, przyprószone siwizną. Godził się z tym, że jego wygląd nie przypadł gospodarzom do gustu. Czy można jednak wierzyć gustom głupców, którym los podarował klejnoty, a oni wzięli je za kamienie?
– Mówi pan, że bohomazy mojego brata mają jakąś wartość? – spytał Alojzy Artur.
– Adam Artur był bez wątpienia jednym z największych polskich malarzy.
Alojzy Artur pokręcił głową.
– Ten dom był kiedyś taki piękny – powiedziała Wilhelmina Artur. – Pierwszy w okolicy dom dwupiętrowy. Obejrzy pan pokój z aniołkami i świętymi obrazkami?
– Może innym razem – odparł Wranicki.
– Panie Witoldzie…
– Innym razem – przerwał. Wiedział, co pani Artur zamierza. Skoro obrazy szwagra spodobały się Wranickiemu, to aniołki i obrazki świętych na mur beton wzbudzą jego zachwyt. Wkurzyło to potomka magnatów, ale po dziesięciu głębokich oddechach wybaczył Wilhelminie natrętność. Co kobieta ze wsi Kościana mogła wiedzieć o sztuce? Co mogła wiedzieć o pragnieniach historyka sztuki z zawodu i z zamiłowania?
Witold dokładnie pamiętał dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczył obraz Adama Artura. Opijał wtedy kolejny nieudany romans. Siedział w drewnianej karczmie. Miał zamiar wypić kilka głębszych, a potem przejść się po okolicy, żeby smutek uleciał wraz z oparami alkoholu. Kultywował ten rytuał po zakończeniu każdego związku. Tym razem jednak nie skończyło się na wlewaniu w siebie płynów wysokoprocentowych i potężnym kacu, ale na podziwianiu dzieła, którego wprawne oko historyka sztuki nie mogło nie zauważyć. Wstał, by przyjrzeć się bliżej.
Obraz przedstawiał pejzaż: dąb i strumyk na pierwszym planie, na dalszym – pole i chaty, a łagodne pagórki i błękit nieba dopełniały całość. Krajobraz lśnił barwami. Wranicki słyszał niemal jednostajną pieśń wody i szelest liści drzewa na pierwszym planie. Nagle zauważył coś białego. Wystawało zza korzenia dębu, w prawym dolnym rogu obrazu. Przedmiot, choć biały, rzucał mrok na resztę dzieła.
Puste oczodoły zdawały się przewiercać go na wskroś wzrokiem, którego nie miały. Witoldowi ciarki przeszły po plecach. Czaszka emanowała energią, złowrogą, ale fascynującą. Porównał ją w myślach do węża w edeńskim ogrodzie. Ten wąż zaczarował teraz jego duszę. Wranicki wpatrywał się w obraz, kiedy ktoś dotknął jego ramienia. Nie zareagował. Ponowne dotknięcie. Niechętnie oderwał wzrok od dzieła. Kelner stał obok. Ze sztucznym uśmiechem, nałożonym na twarz jak maseczka nawilżająca. Witold miał chęć zerwać mu ten uśmiech jednym ruchem, jak zrywa się plaster z rany.
– Podać coś jeszcze? – spytał kelner.
– A prosiłem o coś?
– Nie. Ale wpatruje się pan w tę ścianę od dwóch godzin i pomyślałem, że może pan czegoś potrzebuje.
Ta informacja otrzeźwiła Wranickiego. Zapłacił i wyszedł. Ale kilka godzin później wrócił do karczmy i wykupił obraz za cenę, której zażądali właściciele. Nawet nie próbował negocjować. Za bardzo tego dzieła pragnął. Przy okazji zasięgnął informacji na temat malarza.
– Adam Artur – odparła właścicielka. – Nie żyje od dwudziestu lat. Obraz sprzedał nam brat artysty. To jeden z nielicznych obrazów Artura, które się sprzedały.
– Nikt nie chciał kupować? – zdziwił się Wranicki. – Przecież widać, że malarz ma talent.
– No, nie powiem, malował całkiem ładnie – odparła właścicielka karczmy, drobna kobieta koło pięćdziesiątki, o farbowanych na jasny blond włosach. – Ale to – wskazała palcem czaszkę – szpeci każdy jego obraz. Nie mam pojęcia, po co umieszczał ludzki czerep w każdym dziele.
Ten niechętny stosunek do dzieł Adama Artura łączył właścicielkę lokalu i Wilhelminę Artur. Witold dostrzegał w oczach starej dezaprobatę, ilekroć wspominał o dziełach szwagra. Dowiedział się od Arturowych sąsiadów, że malarz żył na utrzymaniu brata, że nie miał najłatwiejszego charakteru. Nie ma się co dziwić starej kobiecie.
– Gdzie wiszą obrazy?
– W piwnicy.
W Witoldzie zawrzało. Ale nie dał tego po sobie poznać. Pragnął jak najszybciej zobaczyć dzieła, zabrać je z tego domu, jak dzieci z zimnego sierocińca, i otoczyć opieką.
Zeszli do piwnicy. Przy wejściu napadły ich pajęczyny. Witold był ubrany w garnitur; elegancki ubiór miał mu pomóc przekonać właścicieli do sprzedaży obrazów. Arturów najbardziej jednak przekonała gotówka. Wranicki niepotrzebnie naraził elegancki strój na atak kurzu i pajęczyn. Ale czegóż się nie poświęca dla sztuki?
Witold poświęcił jej całe życie. Ukończył historię sztuki, promował twórców mało znanych, a jego zdaniem wybitnych. Czasem sam malował oraz pisał biografie niedocenianych za życia i zapomnianych po śmierci artystów. Teraz zamierzał napisać o Adamie Arturze.
To, co zobaczył w piwnicy, nie mieściło mu się w głowie. Obrazy poupychano po kątach, czasem po kilka naraz. Ale Witold zapatrzył się w dzieła i cały świat zniknął.
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
Niektóre płótna Artur zapełnił pejzażami, inne – aktami, martwą naturą, kwiatami lub postaciami z baśni. Bez względu na motyw, wszystkie obrazy łączyło jedno: idylliczne piękno, złamane przez obecność czaszki z wieńcem laurowym na skroniach.
– Długo jeszcze będzie tak patrzał? – spytała Wilhelmina.
Niechętnie odwrócił wzrok. Starucha trzęsła się z zimna. Mąż stał obok, milczący i obojętny. Nie przytulił jej. Przez chwilę Witold miał ochotę ujrzeć ich białe czaszki w otoczeniu pięknej kompozycji z martwej natury.
– Wracamy na górę – powiedział. Zdziwił go dźwięk własnego głosu: intensywny, chrapliwy. Tak brzmiał, gdy rozmawiał z osobą, której pożądał.
Mężczyźni, których Wranicki wynajął, wnosili dzieła do ciężarówki. W tym czasie historyk sztuki wypłacał pieniądze Arturom i pił zimną herbatę, którą przygotowała Wilhelmina.
• • •
Drzwi ciężarówki zatrzasnęły się w końcu. Witold podziękował i wsiadł do własnego skromnego peugeota. Zostawił Arturów sam na sam z zapłatą. Przekręcił kluczyk, włączył radio. Pogłośnił. Pora świętować.
• • •
Obrazy Adama Artura z Kościanej jechały wynajętą ciężarówką, podrygując radośnie na nierównościach dolnośląskich dróg. Pojazd zajechał przed rezydencję potomka magnatów. Brama otwierana elektrycznie usuwała się w cień żywopłotu. Wranicki czekał już na ganku. Jego samochód stał na podjeździe. Witold chciał zdążyć przed ciężarówką, nie żałował więc starego peugeota. Silnik jeszcze nie zdążył ostygnąć.
Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, z brzuszkiem, w spranych dżinsach i kamizelce z naszywanymi kieszeniami, pomyślał, że stary peugeot pasuje do rezydencji jak piernik do wiatraka. Przecież Wranickiego stać na lepszą furę. No, ale to nie jego sprawa.
Zabrał się z chłopakami do pracy. Wnosili obrazy. Mieli umieścić je w największej sali w pałacu. Wranicki nazywał pomieszczenie galerią.
– Ostrożnie, panowie, ostrożnie – powtarzał Witold, kiedy wnosili dzieła. Drżał z niecierpliwości, więc sam też zabrał się za ich wnoszenie. Wynajęci robotnicy chichotali, widząc, z jakim namaszczeniem i ostrożnością podnosi kolejne obrazy.
Dzieła zostały zawieszone zgodnie z instrukcjami historyka sztuki. Wranicki przeznaczył całą ścianę dla Arturowej spuścizny, ale nie udało mu się pomieścić tam wszystkich płócien. Resztę więc umieścił w licznych korytarzach, przenikających pałac niczym układ krwionośny. Jak tętnice i żyły noszą krew, tak te pomieszczenia nosiły sztukę. Wpompowywały życie w stare mury.
Przez kolejne dni potomek magnatów napawał się nowym nabytkiem. Chłonął wzrokiem idylliczne pejzaże, akty, kwiaty, owoce, zwierzęta i przedmioty. A przede wszystkim wpatrywał się w czaszki: śmiertelnie białe, powciskane w kąt każdego z obrazów. Zrozumiał, ze idylliczna uroda pejzaży, aktów i martwej natury to jedynie zasłona dymna dla prawdziwego piękna czaszki. Wranicki dostrzegał je dopiero teraz, kiedy minęło upojenie blichtrem pozostałych elementów.
[1] 2 3 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.