Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Uhonorowanie pośmiertne

« 1 2 [3]
Znał opowieść o Orfeuszu i Eurydyce. Mityczny śpiewak tracki poślubił nimfę Eurydykę. Niedługo cieszyli się własnym szczęściem. Pewnego dnia wąż ukąsił nimfę i zeszła z tego świata, wprost w mroczne objęcia Hadesu. Orfeusz nie mógł się pogodzić ze śmiercią żony. Ufny w piękno własnego śpiewu, zszedł do podziemnego świata śmierci. Zaczarował jego władców. Oddali mu żonę. Mógł ją wyprowadzić na powierzchnię pod warunkiem, że się nie odwróci, by spojrzeć na kobietę.
A jednak Orfeusz się odwrócił. Spojrzał za siebie i stracił Eurydykę na zawsze. Bogowie podziemia musieli to przewidzieć. Wiedzieli, że śmiertelnicy lubią spoglądać wstecz.
Witold, jak każdy śmiertelnik, też oglądał się za siebie. Obserwował własne życie, spoglądając na nie, jak się spogląda w boczne lusterka samochodu. Widać w nich odbicie drogi, którą już się nie jedzie.
– Orfeusz i Eurydyka, Eurydyka i Orfeusz – mówił nieznajomy o chłodnych dłoniach, które położył Witoldowi na ramieniu.
– Orfeusz i Eurydyka – powiedział Witold na głos, wpatrując się w lustro.
Z głębi zwierciadła spoglądały wielkie, błękitne oczy, umiejscowione w twarzy pełnej zmarszczek. Ta twarz wciąż jeszcze pociągała i Witold o tym wiedział.
– Nie masz innego wyboru, jak w końcu to zrobić – powiedział do własnego odbicia w lustrze.
• • •
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>
Ilustracja: Rafał Wokacz
Noc panowała całkiem ciemna: bezksiężycowa, bezgwiezdna, chłodna, bo listopadowa. Najchętniej ubrałby się od stóp do głów w ciepłą i praktyczną odzież sportową. Ale niestety, okazja wymagała eleganckiego stroju. Z ciężkim westchnieniem włożył spodnie z domieszką jedwabiu i kaszmiru, białą koszulę, płaszcz i elegancki szal, jaki często noszą śpiewacy operowi. Na starannie ułożone włosy założył czapkę.
Zdejmę ją – pomyślał. Jak tylko się zacznie.
Póki co stał nad grobem Adama Artura i obserwował dwóch robotników, których wynajął do odkopywania trumny. Strasznie trudno było dostać pozwolenie na ekshumację. Rzeka pieniędzy wypłynęła Witoldowi z rąk. Ale nie żałował. Czuł, że musi to zrobić. Wtedy sny, które nawiedzają go każdej nocy, odejdą. Będzie mógł spać spokojnie.
Łopaty uderzyły o drewno. Straszny ten hałas. Witold zadrżał. Robotnicy poświecili latarkami. Widok obnażonej do połowy trumny nie należał do najprzyjemniejszych. Wranicki cieszył się, że zdecydował się na ekshumację w nocy. Uniknie przerażonych spojrzeń przyklejonych do drewnianego pudła.
Przełknął ślinę. Już niedługo będzie po wszystkim. Robotnicy wyciągnęli trumnę. Spojrzeli pytająco na Wranickiego. Skinął głową. Zmienili narzędzia. Podważyli wieko. Odskoczyli natychmiast, uciekając przed odorem. Potomek magnatów cofnął się o krok.
Czaszka Adama Artura nie porażała błyszczącą bielą, jak te na jego obrazach. Poszarzała. Od dawna nie oglądała blasku słońca. Nigdy nie doświadczyła blasku pochwał.
Witold odetchnął. Powoli zbliżył się do trumny. Chciał przyjrzeć się czerepowi Artura z bliska. Na wszelki wypadek zatkał nos, ale smród śmierci i zgnilizny zdążył się zneutralizować na świeżym powietrzu. Wranicki przyglądał się i przyglądał, ale czaszka nie powiedziała mu nic nowego o życiu malarza. Poszedł do samochodu, wyjął stamtąd tekturowe pudło. Robotnicy wiedzieli, że to sygnał i poszli na papierosa. Wranicki został sam na sam ze szkieletem malarza. Położył pudło na ziemi i ostrożnie wyjął zawartość. Świeże listki zaszeleściły mu w dłoniach. Zdobycie wieńca z lauru kosztowało go trochę zachodu. Ale się udało. Wranicki miał wrażenie, że roślina przywarła mu do ręki niczym wierny pies. Musi się jednak z nią rozstać. Z należytym namaszczeniem nałożył wieniec na martwe skronie malarza.
Przez chwilę stał i patrzył na czerep ozdobiony wieńcem. Teraz czaszka Artura przypominała te na jego obrazach.
– Przewidziałeś własną przyszłość – powiedział Witold do czaszki.
Powiał chłodny wiatr. Wranicki nałożył z powrotem czapkę, którą ściągnął na uroczystą chwilę. Chciał przywołać robotników, ale krzyk zamarł mu na ustach. Laur wiądł w błyskawicznym tempie, jednak listki nie opadały, lecz wsiąkały w czaszkę. Wpadały w nagą tkankę kostną jak zwierzęta w bagno. Liście i kości łączyły się w jedno. Pęczniały. Na gołych połaciach czerepu wykwitały tkanki: mięśnie, siatki żył, rozłożyste gałęzie nerwów. W końcu pokryła je skóra. Początkowo była świeża i rumiana jak u niemowlaka, potem bladła, nabierała charakteru i zmarszczek. Zatrzymała się w tym dojrzewaniu na czterdziestce – wieku, który niedawno osiągnął Wranicki. Przestała się starzeć. Z pustych oczodołów wynurzyły się oczy: wielkie i szare jak stal. Wranicki z przerażeniem patrzył, jak ich spojrzenie przeszywa go na wylot. Twarz o ostrych rysach i wystających kościach policzkowych otaczały włosy barwy zakrzepłej krwi.
Żywe tkanki rozkwitały także na wszystkich elementach szkieletu. Kości obrastały w ciało. Odrodzony człowiek odetchnął i powoli się podniósł. Wiele lat temu pochowano go w garniturze. Teraz strzępy wisiały na nagim ciele, świeżo wydanym na świat przez matkę ziemię. Adam Artur, już nie tylko z kości, ale również z krwi, powstał z grobu.
Witold odwrócił się. Widział już wiele, ale to, co zobaczył przed chwilą, przerastało wszystko, czego doświadczył do tej pory. Teraz pragnął tylko jednego – jak najszybciej stąd uciec. Nogi jednak odmówiły mu posłuszeństwa.
Poczuł chłód na ramionach. Zmartwychwstały malarz stanął za historykiem sztuki. Pachniał ziemią i życiem. Wranicki wstrzymał oddech, bo wiedział już, co usłyszy. Sny powiedziały mu wszystko – dawno, dawno temu.
– Orfeusz i Eurydyka – wyszeptał Adam Artur. Odwrócił Witolda, powoli i delikatnie. Potem pocałował go z takim samym namaszczeniem, z jakim Wranicki włożył mu laur na skronie. Witold zadrżał.
– Nie lękaj się, mój Orfeuszu – powiedział artysta.
koniec
« 1 2 [3]
29 lipca 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.