Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Zmiana

Badania nie wykazały żadnych zmian w mózgu, nic niepokojącego. Psychiatra również nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy. Była absolutnie zdrową, młodą kobietą – spełnioną w pracy, szczęśliwą w domu. Nic jej nie dolegało.

Małgorzata „windlady” Binkowska
‹Zmiana›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMałgorzata „windlady” Binkowska
TytułZmiana
OpisAutorka urodzona w 1987 roku w Katowicach. Ukończyła studia na makrokierunku wydziału AEI Politechniki Śląskiej, pracuje jako automatyk. Od dziecka zafascynowana prozą fantastyczną; wychowana na pożywnych dziełach Tolkiena i Lema. Do tej pory opublikowała opowiadanie w zbiorze „Światy Równoległe” i niedawno wydanej antologii „Zabawa w Boga”.
GatunekSF
Śnieg przyszedł nocą niczym złodziej, skradł resztki jesiennych oranży i zrudziałych brązów, pozostawiając na wszystkim chłodny niebieskawy proch. Mróz ściął wczorajsze kałuże, a resztki wilgoci zamarły w postaci ostrych kryształków, jakby krzycząc ze strachu przed nagłą śmiercią; mieniły się teraz na sprzętach i kikutach roślin jak miliardy miniaturowych gwiazd porozsiewane po całym podwórzu. Świat zmienił się w jednej chwili, oczywiście wtedy, kiedy nikt nie patrzył, by ukazać rzeczy dotąd ukryte. Jak girlandy zmrożonych pajęczyn, białych koronek zwieszających się spod dachu szopy – czy ktoś mógł się ich tam spodziewać?
Czułam, jak powietrze skrzypi w zębach, akompaniując butom miażdżącym stężałe błoto i drobne kamyczki. Skrzypiały również drewniane drzwi, stawiając opór, zupełnie jakby skrywały jakąś tajemnicę. Byłam cierpliwa. Mimo mrozu nie drżałam z zimna, wręcz przeciwnie – rześkie powietrze napełniło mnie nową, niespodziewaną energią. Szarpnęłam mocniej i drzwi ustąpiły. Gdzieś w tym chłodnym, spokojnym bałaganie była siekiera. Wiedziałam to na pewno, choć nie miałam pojęcia, kiedy ostatnio jej używałam i czy na pewno pamiętałam, żeby odłożyć ją na miejsce.
To jest ten dzień, pomyślałam, wyszarpując wyślizgany trzonek spod sterty narzędzi i oceniając ciężar ostrza w zmarzniętej dłoni. Świat się zmienił, na mnie też przyszedł czas.
• • •
Zaspał. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz przydarzyło mu się coś takiego. Czuł się wypoczęty i rozmarzony, a zapach świeżo zaparzonej kawy dopełnił obrazu absolutnego szczęścia. Przeciągnął się i dłoń spadła na puste miejsce odbite w zmiętej poduszce. To dopiero nowość. Nie pamiętał, żeby Laura kiedykolwiek zerwała się z łóżka przed nim. Zupełnie jakby ten spontaniczny wypad w góry wywrócił ich życie na opak. Miała rację, upierając się, żeby wreszcie oderwał się trochę od pracy.
– La? – zawołał szukając ciepłych skarpet w porzuconej w kącie walizce. Zrobiło się zimno i, mimo że czuł zapach dymu i ciepło bijące z kaflowego pieca, od drewnianej podłogi ciągnęło chłodem.
– La! – krzyknął głośniej, kierując kroki w stronę kuchni.
Kawa parowała intensywnie, tworząc kłęby zniewalającego zapachu w wychłodzonym i pustym pomieszczeniu. Na stole leżał pokrojony chleb, twarde jeszcze masło, ser i wędliny, porozkładane w oczekiwaniu na dalszy ciąg śniadaniowych przygotowań.
– Laura, jesteś w łazience? – Ale tam też jej nie było. Wyjrzał przez okno na podwórze. Widocznie w nocy przyszedł mróz. Napadało trochę drobnego śniegu, dość, by lekko oprószyć okolicę, lecz nie by zupełnie przykryć brzydotę jesiennego krajobrazu. Gdzie, do cholery podziewała się Laura? Chyba nie wyszła w ten mróz? Kurtka wisiała przecież na wieszaku…
Nagle usłyszał krzyk. Wrzask właściwie, coś jakby zawodzenie. Zerwał się i pobiegł, jak stał, bez butów, w koszulce z krótkim rękawem i cienkich szortach, przez podwórze, na ten cholerny mróz, w kierunku urywanego szlochu i przekleństw.
Znalazł ją drżącą i zapłakaną, w kałuży krwi z wolna rozpływającej się po brudnym klepisku narzędziowej szopy. Jej lewa noga była zmasakrowana.
– La… – wyjąkał, nie wiedząc co powiedzieć. Rozejrzał się zdezorientowany. – Jest tu kto? – zawołał trochę bez sensu w mrok, ale zaraz dostrzegł narzędzie zbrodni, porzucone, jakby wypadło z bezsilnej ręki ofiary, a jednak pokryte krwią.
W szpitalu zamiast odpowiedzi czekały same natarczywe pytania. Rana nie była groźna – złamana kość, utrata krwi i kontakt z brudnym narzędziem, to wszystko wymagało oczywiście odpowiedniego leczenia, ale nie na tyle, by zatrzymać ją dłużej w szpitalu. A jednak, ku jego uldze, zalecono dodatkowe badania i obserwację. Oczywiście już po tym, jak przemaglował go policjant wezwany przez panią z okienka na izbie przyjęć. Nikt nie wierzył, że ta drobna, ładna kobieta mogła sama wyrządzić sobie krzywdę. I to w taki sposób!
Poza oczywistym szokiem, Laura zdawała się zachowywać normalnie, jednak kiedy wypytywano ją o zdarzenia z rana, z przerażającym spokojem przytakiwała:
– Tak, to ja wzięłam siekierę. Tak, zamachnęłam się. Nie, to nie był wypadek.
Nie sprawiała wrażenia ofiary, raczej jakby nie rozumiała, jak absurdalnie to brzmiało. Dla niej to była zupełnie prozaiczna kwestia. Tak, zaparzyłam kawę, wyjęłam masło z lodówki, a potem wyszłam odrąbać sobie nogę. Nie była jednak w stanie wytłumaczyć dlaczego. Czy planowała to od dawna? Czy nagle poczuła chęć zrobienia sobie krzywdy? Czy czuła do siebie nienawiść? Nie.
Badania nie wykazały żadnych zmian w mózgu, nic niepokojącego. Psychiatra również nie potrafił postawić jednoznacznej diagnozy. Była absolutnie zdrową, młodą kobietą – spełnioną w pracy, szczęśliwą w domu. Nic jej nie dolegało. Ostatecznie nie było powodu, by trzymać ją dłużej w szpitalu, choć nikt nie był w stanie ani wyjaśnić, co właściwie się stało, ani czy nie wydarzy się ponownie.
Postanowił zabrać ją do domu, ale nie wracał jeszcze do pracy. Nie chciał zostawiać jej samej, nawet na minutę, choć wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie. W przypływie desperacji rozważał nawet telefon do teściowej, ale Laura protestowała.
– Nie wygłupiaj się, nie ma sensu jej denerwować. Wiesz jaka ona jest, zacznie wyobrażać sobie nie wiadomo co. Ty też się mną nie przejmuj. Mam wszystko czego mi potrzeba.
– Laura. Proszę cię… Co się z tobą dzieje?
– Nic – odparła z delikatnym uśmiechem. Nie znalazł w nim nic z pasywno-agresywnej złości, żadnego sarkazmu, jedynie zwykłą, prostą szczerość.
Ilustracja: <a href='mailto:wolffowna@gmail.com'>Magdalena Wolff</a>
Ilustracja: Magdalena Wolff
– To nie jest nic. Sam fakt, że o tym mówisz w ten sposób, świadczy o poważnym problemie – odparł z ciężkim westchnieniem. Tłumaczył sobie, że to tylko taka pojedyncza anomalia, że przecież poza tym wszystko jest w porządku, a jednak nie dawało mu to spokoju, niezależnie jak gorąco Laura zapewniała, że czuje się dobrze.
W końcu nie miał wyjścia i z ciężkim sercem wrócił do obowiązków. Projekt wydawał mu się teraz nużący, drobne problemy irytujące. Myślami był gdzie indziej. Dzwonił częściej niż wypadało, aż szef zaczął uważniej mu się przyglądać.
• • •
Zima kontynuowała powolny marsz przez świat, panosząc się chłodnymi szarościami i welonem mgły zamarzającej w powietrzu, tak że czasem trudno było odróżnić granicę między oszronionymi drzewami a białą zasłoną. Światła reflektorów walczyły z przeszkodą, ale już po kilku metrach poddawały się, rozpraszały, dawały porwać mroźnemu bóstwu. Samochód pędził pewnie po krętej drodze i nie było powodów, by nie ufać maszynie, a jednak nie mogłam pozbyć się przerażającego uczucia, że za którymś z zakrętów, za kolejną mglistą odsłoną nie znajdziemy solidnej nawierzchni i runiemy w przepaść.
Dojeżdżaliśmy już, kiedy mgła uniosła się i słońce rozświetliło jej resztki, plączące się jeszcze między pierzastymi koronami zimowych drzew. Niebo, ledwie rozbudzone, traciło resztki fioletów. Ja też walczyłam z sennością, choć Jan jak zwykle przywitał mnie kubkiem gorącej kawy.
Zmieniłam się, pomyślałam nagle, jakbym dopiero teraz uświadomiła sobie oczywistość.
• • •
To było takie proste! Nie mógł uwierzyć, że wcześniej o tym nie pomyślał. Regularne aktualizacje stały się taką rutyną, że mało kto o nich pamiętał, w końcu działy się automatycznie, bez udziału świadomości. Dopiero w pracy, kiedy siedział przeglądając reguły dla nowego urządzenia, coś go tknęło. Sprawdził w logu dla pewności i przeklął się za własną bezmyślność, a jednocześnie odetchnął z ulgą. Tak, to musiało być to, nie znajdował innego, logiczniejszego wyjaśnienia, a odkrywszy źródło problemu, mógł wreszcie mu zaradzić.
Siedząc w poczekalni, złapał się na tym, że nuci pod nosem skoczną melodię. Nawet Laura spojrzała na niego z rozbawieniem i sam doszedł do wniosku, że zachowuje się głupio. Wreszcie doktor poprosił ich do gabinetu.
– U pana, widzę, wszystko w porządku, ani śladu anomalii. U pani jednak sprawa trochę się komplikuje… – Doktor spojrzał jeszcze raz w wyniki badań i odchrząknął. – Obawiam się, że reset do ostatniej zachowanej wersji może nie rozwiązać problemu.
– Nie rozumiem. – Jan pokręcił głową. – Zmiana pojawiła się rano, tuż po…
– Tak, to może tak właśnie wyglądać, ale przeanalizowałem kilka poprzednich kopii i niestety wygląda na to, że błąd pojawił się dużo wcześniej. Ta aktualizacja jedynie spotęgowała efekt, jakby to ująć… obudziła, zaktywowała zmianę.
– Jak to możliwe?
– Trudno powiedzieć, może czynnik zewnętrzny, jak wahanie temperatury na przykład. Częstym powodem jest stres…
– Nie byłam zestresowana, właśnie zaczęliśmy urlop, nie miałam powodu… Ale pamiętam, że tamtej nocy spadł pierwszy śnieg – zauważyła Laura z lekkim ożywieniem.
– Tak, możliwe… – Doktor, sprawdził coś w swoich notatkach. – To prawdę mówiąc nie jest teraz aż tak istotne. Zazwyczaj w tych przypadkach najważniejsze jest, żeby wykryć zmiany, póki możliwe jest ich odwrócenie. Kiedy ostatnio robili państwo szczegółowe badania?
Pytanie zawisło niczym miecz nad ich głowami.
– Nie było czasu… – próbował tłumaczyć Jan, ale wiedział doskonale, że zwyczajnie nie był to nigdy dla nich priorytet.
– Oczywiście wiedzą państwo, że zalecane są badania po każdej aktualizacji? A badania kwartalne są obowiązkowe.
– Tak, oczywiście, mamy je zaplanowane, ale jakoś tak zwykle wypada… – Laura wyglądała na wyjątkowo zawstydzoną, nie potrafiła spojrzeć doktorowi w oczy.
– Czy to znaczy, że nic nie możemy z tym zrobić? – Głos Jana niebezpiecznie zadrżał.
– Jak już mówiłem, powrót do wersji sprzed aktualizacji to w podobnym przypadku niewielki zysk. Nie wyeliminujemy w ten sposób pierwotnej zmiany, jedynie ją zamrozimy. Przy czym każda następna aktualizacja może na nowo ją rozbudzić. Dokładne prześledzenie zmian jest w tym stanie praktycznie niemożliwe, zresztą, jak mówiłem, problem pojawił się dość dawno temu, reset do tak starej wersji jest niezalecany. Decyzja oczywiście należy do państwa. Jeśli zostanie pani przy aktualnej wersji, pozostaje terapia, są też różne alternatywne praktyki…
Jan nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się tego, co usłyszał, był przecież przekonany, że odkrył źródło problemu, że teraz wszystko będzie dobrze. Nie mógł przełknąć prawdy.
– Ma pani szczęście, że tylko na tym się skończyło – dodał po chwili doktor. – Widziałem pacjentów, których dotknęły większe zmiany zachowania, pacjentów, którzy utracili kluczowe wspomnienia, lub takich, których pamięć była poszatkowana i sklejona z cudzą, czego sami oczywiście nie byli świadomi. To przypadki, kiedy pacjent przychodzi za późno.
Za późno… Za późno… Za późno! , przerażające słowa kołatały się w głowie Jana niczym serce głuchego dzwonu. Półświadomie ścisnął drobną dłoń Laury, nie wiedząc nawet, czy chciał przez to dodać otuchy sobie, czy jej. Twarz doktora nie wyrażała nic poza profesjonalną powagą, może lekkim zmęczeniem. Znikła z niej surowość, przestroga, którą zdawał się widzieć chwilę temu, ale przesłanie pozostało, niezależnie jak długo Jan wpatrywałby się w niewzruszone oblicze. Było za późno.
Jak późno jest nasze „za późno”?
Wychodził z gabinetu otępiały i to Laura musiała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, żeby mógł wreszcie odnaleźć kluczyki do samochodu i zabrać ją do domu. Nie zmienią przeszłości, nie tym razem. Trzeba było pogodzić się z losem, zapisać termin pierwszych zajęć terapeutycznych i wierzyć, że następnym razem nie popełnią tego samego błędu. Powoli zaczynał ogarniać go spokój, tak jak ciepło rozchodzące się po czekającym na podjeździe samochodzie.
• • •
Jak wiele można stracić, nawet o tym nie wiedząc? Zasnąć w zwykły listopadowy wieczór i obudzić się zimą.
Zmieniłam się.
koniec
24 czerwca 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.