Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 listopada 2017
w Esensji w Esensjopedii

Kiedy gwiazdy się na niebie…

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

Anna Hrycyszyn
‹Kiedy gwiazdy się na niebie…›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Hrycyszyn
TytułKiedy gwiazdy się na niebie…
OpisAnna „Siemomysła” Hrycyszyn – rocznik 1978, gliwiczanka, z wykształcenia tyflopedagog. Szczur lądowy beznadziejnie zakochany w morzach, statkach i okrętach. Dumny członek sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Moderator na forum Literka. Autorka powieści „Zatopić »Niezatapialną«”.
GatunekSF
Inżynier Paweł Świderski leżał na plecach, nie otwierając oczu, i wsłuchiwał się w odgłos kapiącej wody. Poza tym jednym dźwiękiem powtarzającym się z uporczywą regularnością nie było słychać niczego więcej.
Kap.
Dwa rozciągnięte w czasie głębokie oddechy.
Kap.
Woda kapała na coś metalowego. Odgłos był dźwięczny, wbijał się w ciszę absurdalnie radosnym kontrapunktem.
Kap.
Inżynier poczuł ucisk w mostku. Zaschło mu w gardle, po karku przebiegł dreszcz.
Kap.
Otworzył oczy. Zakrzywiony sufit kajuty był ledwie widoczny w mdłym świetle podłużnych przypodłogowych lamp. Mężczyzna oddychał coraz płycej, jego serce biło szybciej, strach zaciążył kamieniem w żołądku.
Kap.
Sięgnął do pasów przytrzymujących go na koi, rozpiął kolejno wszystkie trzy klamry i ostrożnie wysunął się ze śpiwora, na stałe połączonego z ramą łóżka. Korzystając z rozmieszczonych strategicznie uchwytów, dotarł do drzwi. W międzyczasie czujniki wykryły ruch i w pomieszczeniu zrobiło się jaśniej.
Woda wciąż kapała.
Świderski rozejrzał się uważnie. Kolejno przesuwał wzrokiem po ścianach i przymocowanych do nich sprzętach. Był pedantem – nic nie fruwało bezładnie, każdy przedmiot znajdował się na swoim miejscu.
Woda kapała.
Mężczyzna poczuł wilgoć występującą na czoło. Pocił się, choć nie powinien – w kajucie panowała stała temperatura dziewiętnastu stopni Celsjusza. Podpłynął do stołu i zaczepił stopy o uchwyty. Z szuflady wyjął woreczek z wodą i słomkę. Ostrożnie przebił folię i wydusił z niej kroplę płynu. Unosiła się majestatycznie na wysokości jego twarzy.
Kap.
Mężczyzna zdusił krzyk.
• • •
„Fortuna” sunęła przez zimną pustkę. Potężna rakieta była ciemna, a jej wnętrze ciche. Zupełnie jakby projektanci starali się dopasować ją idealnie do tła kosmosu. W ciągu każdej sekundy lotu pokonywała odległość równą najdłuższemu równoleżnikowi Ziemi, a jej podróż trwała już prawie pięćdziesiąt ziemskich lat i miała trwać jeszcze drugie tyle, zanim pojazd zacznie hamowanie przed wejściem na orbitę planety, ku której zmierza.
W chłodnym brzuchu „Fortuny” od dziobu do rufy ciągnęły się długie mroczne korytarze. Energia była cenna, nie marnowano jej na zbędne luksusy. Przeważnie panowała tu cisza, czasem jednak – jak teraz – zakłócał ją jękliwy dźwięk długo niesmarowanych kółek toczących się po magnetycznej podłodze.
Robot opiekuńczy podążał do kriosypialni najszybciej jak pozwalała jego konstrukcja. Odczuwał dyskomfort. Sygnał alarmowy zastał go daleko od stanowiska, w miejscu, w którym nie miał nic do roboty, więc teoretycznie nie powinien się w nim znajdować. Przebywał tam jednak regularnie. Stosując ludzkie kategorie, mógłby ocenić, iż spoglądanie w czerń kosmosu przez jedno z nielicznych okien „Fortuny” sprawiało mu przyjemność. Gdyby zastosował kategorie maszyn – powinien poddać się naprawie. Coś popsuło się w jego systemie operacyjnym.
• • •
Przez kilka długich chwil inżynier Świderski walczył ze swoim organizmem, próbując opanować strach. Kapanie nie ustawało. Kulista kropla zawieszona na prawo od niego nie zmieniała pozycji, dopóki na nią nie dmuchnął. Odfrunęła w kierunku ściany, a tymczasem kapanie trwało. Nie przyspieszało ani nie zwalniało, uparcie katując mężczyznę. Rozsądek próbował go przekonywać, że kapanie nie jest realne, ale to oznaczałoby, że inżynier doznaje omamów. Potem pomyślał, że może to głupi żart któregoś z kolegów, i rzucił się do interkomu. Urządzenie było wyłączone. Gorączkowe poszukiwania innego głośnika – podrzuconego być może podczas jego nieobecności – zaowocowały jedynie paroma siniakami, gdy bezładnie obijał się o sprzęty, nie kontrolując ruchu.
Ilustracja: Die W3 AG
Ilustracja: Die W3 AG
W końcu zatrzymał się skulony w kącie między dwoma ścianami a tym, co odruchowo nazywał podłogą. Oddychał szybko i płytko. W skroniach czuł ucisk, w gardle rosła kula przerażenia. Siłą zmusił się do rozwarcia palców, które wcześniej musiał zacisnąć w pięści, choć kompletnie tego nie pamiętał, a potem zamknął oczy i wstrzymał oddech.
Słuchał.
Kapanie nie dochodziło z żadnego miejsca w jego kajucie. Teraz, kiedy się skupił, słyszał wyraźnie, że dobiega ono zza drzwi, z korytarza, a może nawet z sali rekreacyjnej położonej naprzeciwko. Przez krótką chwilę wahał się. Coś podpowiadało mu, żeby nie wychodzić z kajuty, ale jednocześnie coś innego kazało mu wyprostować się i ostrożnie odepchnąć od ściany. Podpłynął wolno do drzwi.
Nie mógł tego zignorować – musiał sprawdzić, czy nie zwariował.
Bo jeśli nie, jeśli naprawdę gdzieś tu kapała woda, nie mogło to oznaczać niczego dobrego.
Inżynier odetchnął głęboko, przesunął językiem po wyschniętych wargach i nacisnął podświetlony na zielono guzik.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie.
• • •
Robot zatrzymał się tylko na ułamek sekundy – tuż za progiem, na galerii, z której miał widok na całą kriosypialnię. Czerwone i żółte lampki mrugały na zasobniku oznaczonym jako 59G. Pamięć powiedziała mu, że identyczna sytuacja miała miejsce osiem godzin wcześniej. Popędził w stronę zasobnika, wybierając drogę tak, by wymagała jak najmniej zmian kierunku – nie chciał się przewrócić na zbyt ostrym zakręcie ani marnować cennych sekund na hamowanie.
Dotarł pod problematyczny zasobnik i wsunął wtyczkę w gniazdo informacyjne.
Objawy wybudzania – tętno, które teraz rosło wraz z ciśnieniem krwi – pojawiły się przed pięcioma minutami.
Robot podjął decyzję.
W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego.
Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.
Zanim robot opiekuńczy odszedł, przełączył nagranie. Dalszą drogę mężczyzna powinien przespać spokojnie.
• • •
Świderski płynął pustym korytarzem. Kapanie cichło i musiał się coraz bardziej wysilać, by je usłyszeć. Poruszał się powoli, korzystając z klamer rozmieszczonych w równych odległościach na bocznych ścianach korytarza. Cały czas rozglądał się uważnie, szukając oznak życia w niemej pustce, z jaką się spotkał po opuszczeniu kajuty.
W sali rekreacyjnej nie było nikogo, przed wyciemnionymi ekranami widów unosiły się porzucone słuchawki. W mesie panował wzorowy porządek, wypolerowane blaty przyśrubowanych do podłoża stolików odbijały mdłe światło lamp, wszystkie szafki były pozamykane. Wiedział, że powinno go to ucieszyć, wielokrotnie zwracał innym uczestnikom ekspedycji uwagę na niedbalstwo, a jednak zamiast satysfakcji odczuwał tylko narastającą falę nowego lęku.
Nie pomagał rozsądek, nieśmiało próbujący mu wytłumaczyć, że wszyscy inni najwyraźniej śpią. Widział siebie, błąkającego się w nieskończoność po wąskich, słabo oświetlonych korytarzach w poszukiwaniu źródła kapiącej wody. Widział siebie krążącego samotnie między opuszczonymi pomieszczeniami. Widział siebie uwięzionego w metalowej, przeciekającej puszce otoczonej próżnią, która nie ma zwyczaju okazywać litości.
Ilustracja: Die W3 AG
Ilustracja: Die W3 AG
Wtedy po raz kolejny dotarł do załamania korytarza, a gdy je minął, w jego twarz uderzył niesiony wiatrem zapach mchu.
• • •
Kolejny alarm zawrócił opiekuna spod drzwi. Zasobnik 59G mrugał czerwonymi lampkami. Robot ponownie zjechał po rampie pomiędzy nie. Po raz trzeci pokonał tę samą trasę i wpiął wtyczkę w gniazdo informacyjne. Ciśnienie krwi śpiącego byłoby alarmujące nawet w przypadku, gdyby mężczyzna w tej chwili biegł.
Robot podjął decyzję.
W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a po niej dawka środka nasennego. Lampki zmieniły kolor na zielony.
Robot nie ruszał się. Podwójna kamera umieszczona na okrągłej głowie zogniskowała soczewki na pokrytej szronem szybce zasobnika. W krzemowej pamięci opiekuna odbywała się przyspieszona analiza danych.
W końcu zrozumiał, że człowiek oznaczony numerem 59G nie lubi ani deszczu, ani wiatru. Zanim odszedł, przełączył nagranie.
• • •
Inżynier kurczowo trzymał się metalowej klamry. Drętwiały mu palce, w których przestał już czuć ból. Porywisty wiatr miotał jego ciałem i obijał je o ściany korytarza. Dookoła niego skrzypiały drzewa z trudem poddające się gwałtownym podmuchom, w twarz uderzały liście i drobne gałęzie.
Mężczyzna płakał.
Zaciskał oczy tak mocno, że na siatkówce wybuchały mu barwne plamy wyładowań, i łkał, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
Wiatr zwolnił i ścichł. Wysoko w górze, wprost z mroźnej pustki kosmosu, krzyknął ptak. Po nim odezwał się kolejny i jeszcze jeden. Bicie ich miękkich skrzydeł rozlegało się coraz bliżej. Nadlatywały nad Świderskiego, krzycząc ostro, jakby gniewnie. Mężczyzna czuł powiew skrzydeł na plecach, twardy dziób uderzył w jego dłoń.
Świderski krzyknął.
A potem puścił klamrę i zaczął spadać.
• • •
Robot opiekuńczy sunął powoli pustym korytarzem.
Nie rozumiał, dlaczego, mimo wszelkich środków ostrożności, ludzie ciągle się budzili. Dbał o nich. Pilnował, by w zasobnikach panowała odpowiednia temperatura, podobnie jak w samej kriosypialni. Kontrolował zawartość mieszanki płynów, w której spoczywali. A kiedy z jakiegoś powodu następowało wybudzenie, dobierał leki i puszczał im kołysanki, jak nazywał nagrania, o których podawaniu wprost do obszarów odbiorczych ich mózgów zdecydował sam. Wiedział, oczywiście, że słowo „kołysanka” oznacza w rzeczywistości coś nieco innego, ale uważał, że pasuje najlepiej z tych, które znał. Posiadał zbiór różnych dźwięków, których ludziom musiało brakować w cichej pustce kosmosu. Brzęczenie owadów na letniej łące, dziecięcy śmiech, deszcz uderzający o parapet. Powinni spać spokojnie w otoczeniu tego, co swojskie, a oni budzili się i umierali.
Jak ten.
Inżynier Paweł Świderski, lat trzydzieści siedem.
Robot pochylił głowę. Soczewki kamer skierował wprost na spoczywające w tytanowych ramionach sztywne ciało. Skóra martwego mężczyzny była biała i gładka. Miał ostry podbródek, zapadnięte policzki i zakrzywiony nos. Jasny meszek pokrywał jego głowę – włosy zaczęły rosnąć, gdy tylko nastąpiło pierwsze wybudzenie.
Robot nie dostał żadnych wytycznych na wypadek śmierci powierzonych jego opiece ludzi. Projektanci wyprawy kolonizacyjnej nie przewidzieli takiej sytuacji. A może uznali, że programując opiekunowi odpowiednie procedury, wywołają konieczność ich użycia? Ludzie byli przesądni. Wierzyli w różne rzeczy, zamiast słuchać logiki i rozumu. Gdyby patrzeć na nich kategoriami maszyn – wszyscy powinni poddać się naprawie.
Opiekun przeanalizował w ciągu pięćdziesięciu lat podróży mnóstwo danych, które zostały zapisane nie tylko w jego pamięci, lecz także w pamięci biblioteki, którą sporządzono dla podróżujących „Fortuną” kolonistów. I wciąż nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Jakiemu obrządkowi poddać ciało należące niegdyś do Pawła Świderskiego. Jedyne, co na pewno wydawało mu się słuszne, to oddzielanie martwych od żywych. Zepsutych bez możliwości naprawy od tych, którzy wciąż działali. Ci drudzy wymagali więcej uwagi. Liczba kolonistów była skończona i dlatego, jeśli opiekun chciał zrealizować cel nadrzędny, nie mógł mylić się w nieskończoność.
Robot stanął.
Przed nim znajdowały się wrota śluzy – miejsca położonego najdalej od kriosypialni. Ostrożnie balansując ciałem inżyniera, opiekun wprowadził sekwencję otwierającą. Wrota rozsunęły się powoli, wnętrze śluzy rozjarzyło się zielonkawą poświatą. Robot wyciągnął ramiona i pozwolił ciału się unieść. Potem pchnął je lekko, nadając mu kierunek i dość przypadkowy ruch wirowy.
Inżynier Paweł Świderski popłynął łagodnie w głąb śluzy.
Tam, w całkowitej ciszy, czekali na niego inni trwale zepsuci koloniści.
koniec
19 sierpnia 2017
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Kolaż: <a href='mailto:halas.agn@gmail.com'>Agnieszka ‘Ignite’ Hałas</a>

Odbicie w lustrze
Tomasz Jarząb

18 XI 2017

Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Fantastyka pod piracką banderą
— Marcin Mroziuk

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.