Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2017
w Esensji w Esensjopedii

Wiosna

Agnieszka Makowska
Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

Agnieszka Makowska
‹Wiosna›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Makowska
TytułWiosna
OpisAgnieszka Makowska (pseudonim), urodzona w 1973 roku w dużym mieście, w dzieciństwie zafascynowana była lasem. Do roku 1998 studiowała naprawdę, później przez wiele lat była wieczną studentką. Zamiast się uczyć oglądała telewizję lub czytała książki. Telewizja ją znudziła a książki nie były dla niej dość eskapistyczne, więc sama zaczęła pisać. W końcu założyła rodzinę i trochę się ogarnęła. Teraz ma mało czasu na pisanie.
Memere znów obudziła się zmęczona. Gdzieś w górze, w koronie dębu, zaświergotała niemiejka. Świtało. Zamiast jak zwykle wstać, kobieta przekręciła się na bok zasłaniając oczy ręką.
– Nie ciągnijcie tak – szepnęła do drzew, ale one nie zrozumiały jej. Drzewa nie mają umysłów.
Zapadła w niespokojną drzemkę pełną ciężkich snów. Było już późno, gdy zbudził ją upał i suchość w gardle. Młodziutkie listki dębu, zwiędnięte i blade, dawały kiepską osłonę przed słońcem. Sięgnęła po czarkę, do której wczoraj przelała resztkę wody. Pusta. No tak, przecież w nocy do szałasu wślizgnął się jenot i wszystko wychłeptał. Ze źródła, wokół którego zbudowano wioskę, została mętna kałuża. Strumyk, zawsze szemrzący za ścianą, wysechł kilka dni temu. Trzeba będzie pójść do rzeki.
Kiedy wstała, zakręciło jej się w głowie. Wypełniał ją zgiełk. Zatęskniła za ciszą zimy, kiedy drzewa śpią. Teraz aż ciężko było sobie wyobrazić, że może być tyle miejsca. Co roku, kiedy przychodził śnieg, zdumiewało ją to na nowo. A potem znów nastawała wiosna, a z nią zamęt. Gdy Memere była młodsza, nie mogła wiosną usiedzieć na miejscu. Wynajdowała sobie różne prace, pod byle pretekstem chodziła na dalekie wędrówki, ale to nic nie pomagało. Nie mogło ukoić tęsknoty, która nie była jej tęsknotą. Zresztą to nawet nie była tęsknota. Pragnienie? Dążenie? Niepokój? Drzewa nie mają emocji.
I to zmęczenie. Ludzie z miasta nazywają to osłabieniem wiosennym. Memere roześmiała się w głos, lecz umilkła z niesmakiem. Jej szałas, jak przystało, stał poza wioską, ale to nie powód, żeby pozwalać sobie na brak manier. Osłabienie wiosenne! Jakby nigdy nie zauważyli, że kiedy już liście się rozwiną, Świat znów się zmienia. Cóż, trudno im się dziwić. W mieście prawie nie ma drzew.
W tym roku było jeszcze gorzej. Pod koniec zimy spadło za mało śniegu i kiedy drzewa obudziły się ze snu, nie miały z czego czerpać. Memere wyszła z szałasu, ominęła cis, którego nie było, i skierowała się na północ. Patrzyła z bólem na do połowy rozwarte pączki, na listki, które wyłaniały się z nich już zwiędnięte. Spuściła wzrok, lecz wciąż czuła ten potworny wysiłek. Szła ciężko powłócząc nogami po wyschniętej, szeleszczącej ściółce. Rok temu o tej porze był wysyp jadalnych ślimaków. Pełzały po opadłych liściach spłaszczonych zimą przez śnieg i wciąż jeszcze mokrych. Nagle zachwiała się, jakby jej stopa napotkała pustkę. Podniosła wzrok – pustka była przed nią: martwe drzewo, którego nie wyczuła, póki omal na nie nie weszła. Zużyło resztki wody, żeby wypuścić listki i uschło. Inne miało zamknięte pączki, wyglądało jakby wciąż jeszcze spało, ale Memere wiedziała, że nigdy już ich nie otworzy.
Skręciła nieco na zachód, żeby nie spłoszyć saren pasących się na polance. Pod stopą głośno trzasnął jej patyk, o którym myślała, że leży pół kroku dalej na lewo. Powinna teraz patrzeć pod nogi jak wszyscy, ale jest już za stara, żeby od nowa uczyć się żyć. Żyć w poprutym świecie. Nagle poczuła przed sobą sarny – te same, które próbowała ominąć. Schroniły się przed słońcem w jodłowym młodniaku. Były tutaj, a nie na polance, z której do cna wyskubały już co się dało. Memere czuła ich głód. Jeśli wkrótce nie spadnie deszcz…
Stopniowo zieleń stawała się bujniejsza, wreszcie zarośla rozwarły się ukazując rzekę. Została z niej cienka struga srebrząca się w słońcu pośrodku wyschniętego koryta. Memere uklękła na spękanej glinie pomiędzy kamieniami, zanurzyła dłoń w zimnej, czystej wodzie, zaczerpnęła i uniosła do ust. Kiedy napiła się do syta, przysiadła na głazie chłodząc w rzece zmęczone nogi. Głośno zaburczało jej w brzuchu. Od dwóch dni nic nie jadła, a i przedtem niewiele. Dostrzegła na drugim brzegu suche liście lawinii – powinna już puszczać młode tłuste kłącza, w pulchnej, wilgotnej ziemi powinny się roić pędraki. Memere podniosła się ciężko i przebrodziła płytki nurt. Bez przekonania drapnęła grzebadłem zbitą ziemię, z której natychmiast wzbił się kurz. Mimo to ryła dalej. Tak jak się spodziewała: tylko zeschnięty zeszłoroczny korzeń. Wróciła do rzeki, opłukała go starannie i zaczęła żuć. Był cierpki i gorzki, co tylko zaostrzyło głód. Mogła poprosić ludzi z wioski o jedzenie, ale jaki pożytek z szamanki, która nie może przywołać Deszczu?
Ruszyła brzegiem rzeki w nadziei, że blisko wody prędzej coś się znajdzie. Dawniej śpiewała do Deszczu i Deszcz przychodził. Kiedy jeszcze Świat był cały. Potem przybyli tamci. Pobudowali swoje miasto i zaczęli zmieniać Świat. Teraz śpiewała jak dawniej, lecz Deszcz nie przychodził. Czemu? Długo się nad tym zastanawiała. To nie było tak, jakby jej śpiew pozbawiony był Mocy, jak wtedy, gdy była jeszcze dzieckiem albo jak gdyby śpiewała zwykłą piosenkę. Kiedy śpiewała Pieśni, wciąż czuła to samo, co dawniej. Czuła, że jej śpiew coś zmienia, że zaraz coś się stanie. Tyle, że nigdy nic się nie działo. A jednak niezupełnie. Kiedy kończyła, miała wrażenie, że coś jest inaczej, że coś przyszło. Co? Dopiero po latach zrozumiała: przychodził ten Deszcz, który byłby, gdyby Świat się nie popruł. Ale przecież w tym Świecie też jest Deszcz. Czemu ten Deszcz jej nie słyszy?
W zakolu rzeki poczuła pod stopami grzybnię. Tu będą za parę miesięcy piękne tądki, pomyślała oblizując się. Tylko grzyby i pająki wciąż były na swoim miejscu, nie wiedzieć czemu akurat one, ale grzybów nie ma jeszcze o tej porze roku, a pająki są chude – jak beżowe cienie posuwają się chwiejnie na swoich cienkich, niemal przezroczystych nóżkach, z trudem unosząc zasuszone tułowie.
Na wystających z wody kamieniach zobaczyła muszle ślimaków rzecznych. Mimo zmęczenia przyspieszyła kroku, lecz zaraz zwolniła zawiedziona. Wyjedzone. Poczuła przed sobą człowieka. Ciekawe kto to. Z tej odległości nie dawało się jeszcze stwierdzić. Zaraz, zaraz, wcale nikogo nie poczuła – pamiętała to tylko tą stroną pamięci, na której nie może już teraz polegać. To miał być Rnu, a przecież on nie żyje od dwóch lat. Nagle przyszła jej do głowy niedorzeczna myśl. Dawniej śpiewała i Deszcz przychodził. Zakładała, że Deszcz przychodził, bo śpiewała, ale może było na odwrót: może śpiewała, bo miał przyjść Deszcz? W Świecie, gdzie wszystko było na swoim miejscu, to było nie do odróżnienia. Teraz śpiewa jak dawniej, ale Deszczu nie ma na jego miejscu. A może to ja jestem nie na swoim miejscu?! Na jej zniszczonej twarzy pomarszczonej jak korzeń lawinii, pojawił się uśmiech. Znowu kogoś poczuła – tym razem naprawdę – może w końcu nauczy się to rozróżniać. Zakręt rzeki odsłonił pochyloną postać kobiety. Stała w płytkiej wodzie, gdzie nurt przyspiesza, i wybierała wodorosty. To była Umi, jej najlepsza przyjaciółka, o ile szamanka może mieć przyjaciółkę. Memere pozdrowiła ją. Tamta dostrzegła w jej oczach błysk, którego nie widziała od dawna.
– Co odkryłaś? – spytała.
– Zgubiłam swoje miejsce w Świecie.
– Nic już nie ma swojego miejsca.
Umi przez chwilę przyglądała jej się krytycznie osłaniając oczy przed słońcem.
– Nie wyglądasz dobrze – zauważyła.
– Starość – mruknęła Memere zbywając jej troskę, zanim Umi zaofiaruje jej coś do jedzenia. Sama nie wyglądała dobrze.
Nie miała ochoty spotkać nikogo więcej. Zresztą, jak widać, brzegi rzeki zostały już dokładnie przeczesane. Napełniła wodą skórzany worek i poszła prosto w kierunku wioski. Była już niedaleko, gdy napotkała młody dąbek, o którego istnieniu dotąd nie miała pojęcia. Myślała, że drzewo, pod którym mieszka, jest jedynym z tego gatunku w całej okolicy. Dęby rzadko się przyjmowały w tych stronach. Niestety. Jak już nie było co jeść, zostawały mielone żołędzie. Nie były specjalnie smaczne, za to pożywne i dobrze się trzymały. Memere już dawno zjadła swój tegoroczny przydział. Dąbek sięgał jej niemal do piersi; one rosną powoli, więc musiał mieć trzy albo nawet już cztery lata. Usychał. A skoro przeżył tak długo, mógłby się przyjąć – miał tutaj dobre miejsce. Memere rozwiązała worek, wypiła z niego kilka łyków, a resztę wylała pod drzewko. Robię się sentymentalna na stare lata – pomyślała. Nie miała siły jeszcze raz iść do rzeki, więc powlokła się dalej do domu. Jutro upomni się o jedzenie, albo przynajmniej poprosi kogoś, żeby przyniósł wodę. Ludzie już dawno zauważyli, że jej magia nie pomaga, ale zrobiliby to przez szacunek. No i dlatego, że nie mają pewności, czy wciąż jeszcze nie mogłaby komuś zaszkodzić – to zawsze jest prostsze. Im była bliżej, tym bardziej musiała się zmuszać, żeby zrobić kolejny krok. Dębowi, który tam na nią czekał, nie pomoże nawet dziesięć worków wody.
Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY. Podobnie stare sprzęty. Do dziś gotowała w wyszczerbionym garnku ulepionym jeszcze przez jej prababkę, choć nieraz próbowano jej podarować nowy.
Teraz mieszka w cieniu umierającego drzewa. Mogłaby przenieść szałas pod inne. Dąb nie jest w stanie docenić jej lojalności. Nawet jej nie zauważa. Memere odwiesiła na miejsce pusty worek i ciężko usiadła na posłaniu. Wiele lat temu była podobna susza. Dąb liście wypuścił skąpe; od razu poszedł w kwiaty, ale potem większość zalążków opadła i na jesieni było mało żołędzi. Przynajmniej drzewo przeżyło. Wtedy było młodsze, ona też. Gdyby była prawdziwą szamanką, potrafiłaby mu pomóc. Teraz z dębu jest większy pożytek niż z niej.
Prawie niechcący pozwoliła, żeby zaczął czerpać z niej życie. Wystarczyło przestać się bronić. Na czworakach przysunęła się bliżej i usiadła oparta o pień. Weszła w niego umysłem, rozciągnęła się od korzeni we wnętrzu ziemi po szczyt korony kołyszący się na ciepłym wietrze. Tak było dobrze. Z westchnieniem ulgi przymknęła oczy. Rozpuściła się jeszcze bardziej, sięgnęła dalej… Targnęło nią. Nie może tak po prostu odejść. Choć to bez sensu, musi raz jeszcze spróbować przywołać Deszcz. Zaczęła nucić. Kiedy poczuła znajomy ciężar, zrobiła wir. Przed oczyma stanął jej obraz gwiazd, jak zawsze, kiedy robiła coś z pogodą. Jednocześnie widziała światło dnia – słońce zaglądające przez otwarte wejście i ciemność nocy. Ciężar stawał się większy, wir mocniej zasysał. Poczuła, że dłużej już nie da rady. A potem poczuła gromadzące się chmury. Nie chmury, które byłyby, tylko chmury, które są! Poryw wiatru szarpnął gałęzie. Zagrzmiało. A potem przyszedł Deszcz. Wielkie, gęste krople spadały na zwiędnięte liście, spływały po gałęziach na wysuszoną ściółkę, wsiąkały w spragnioną ziemię. Memere poczuła, że kapie jej na twarz – widocznie dach był nieszczelny. Jeszcze dziś rano byłby to powód do zmartwienia, teraz roześmiała się i razem z tym śmiechem uszła z niej resztka życia. Jej umysł, do niczego nie przywiązany, ogarnął cały Las. Korzenie piły wodę, suche kłącza pęczniały, nasiona puszczały kiełki. Wezbrana rzeka wyszła z koryta, wymyła piach spod korzeni sosen i zmieniła bieg. W starorzeczu osiadło nasionko czarnej olchy przyniesione nurtem. Za sto lat będzie tam ols. Memere poczuła, jak wszystko się zmienia, układa się na nowych miejscach i rośnie, aż zrośnie się Świat.
koniec
26 sierpnia 2017
dodajdo

Komentarze

27 VIII 2017   06:10:06

Dobre wyczucie tematu. Jakby nie nazwać jej szamanką, akcja mogłaby toczyć się gdziekolwiek na półkuli północnej ca 400 lat wstecz. No, pozostaje jeszcze jenot, ale myślę, że to też można zmienić.
PS- czekamy na następne

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Miasto
Agnieszka Osikowicz-Chwaja

1 VII 2017

Przeniósł wzrok na półki, wypełnione częściowo poprzewracanymi i rozbitymi słoikami z substancjami, których nie potrafił rozpoznać. Sięgnął po ukryty w rogu moździerz, zerknął do środka i skrzywił się z obrzydzeniem. W naczyniu tkwiło kilka ususzonych chrabąszczy i larw, zakopanych w połyskującym proszku, utworzonym zapewne z ich pobratymców.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.