Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Pobudka Tenebre

« 1 2 [3] 4 5 7 »
– Dobrze, ale tylko na chwilkę – odparła dziewczyna z ociąganiem, a sąsiadka zamerdała niewidzialnym ogonkiem i potruchtała przodem.
Beata szła jak odurzona do mieszkania Krystyny Kotlerowej. Szmaragd i malachit… I czub, kolebiący się na głowie dumnego ptaszyska, gdy przyglądało jej się badawczo.
Mieszkanko na parterze znała, odkąd bywała tam jako dziecko, gdy matka zostawiała ją pod opieką sąsiadki. Nie zmieniło się wiele od tamtej pory, a jednak wchodząc do środka, pomyślała: o Boże, ile tu tego wszystkiego. Sanktuarium pod wezwaniem świętego Bibelota. Niedługo w moim sklepie będzie bardziej przestronnie niż tu. I to zespolenie zapachów, od którego chce się rzygać. Perfumy „Pani Walewska” pożenione ze środkiem na mole…
Korytarz w boazerii, na ścianach galeria wyszywanych krzyżykiem obrazków: kwiaty, konie, papież, dziewczynka z kotkiem. Z łazienki przebijał delikatny zapach chloru. Chwilę rozmawiały „o pogodzie”, a potem pani Krystyna zakrzątnęła się ceremonialnie wokół herbaty i drożdżówek, nie dając Beacie wejść do kuchni. Usadziła ją na kanapie wśród wyszywanych poduszek, ze zdjęciami rodziny i wnuków nad głową, i nie pozwoliła się ruszyć. Beata siedziała więc i czuła się jak kolejna rzecz do wycierania z kurzu w tym mieszkaniu. Wzrokiem wyławiała przedmioty, które pamiętała z dzieciństwa: posrebrzana popielniczka z bursztynowym tłoczkiem, sowa ze sznurków i prawdziwych gałązek, której panicznie bała się jako dziecko. Może jest tu gdzieś jeszcze ta wielka plastikowa lala? Siedziała na tapczanie w tiulowej sukni i patrzyła na Beacię dumnym wzrokiem. A najfajniejsze wspomnienie? Kiedyś, kiedy matka się już grubo spóźniała, „ciocia Krysia” pozwoliła Beatce umalować się jej perłowymi szminkami i przymierzać tysiące plastikowych klipsów. A potem puściły z płyty-pocztówki „Beatę” Laskowskiego i bawiły się w dansing.
Kiedy sąsiadka Krystyna wróciła z kuchni z herbatą i ciastkami, na kanapie pod monidłem państwa Kotlerów nie było już Beaty. (Tej, co to, wie pani, tak sobie życie zmarnowała. Bo to ani studiów, ani męża…)
Siedziała tam sześcioletnia Beacia z czwartego piętra. Pojmana przez wspomnienia czuła się błogo, jakby za chwilę miała gdzieś odlecieć. W tej chwili chciała być już tylko przytulana, głaskana i w nieskończoność pić tę herbatę z filiżanek malowanych w kwiaty lawendy.
– Beatka?
Beatka! Jak to szło?
A na imię miałaś właśnie Beata
Piękne imię, musisz przyznać, miła ma, aaaa…
– Ale ja to muszę powiedzieć, że ty to bardziej o mamusię dbaj. Bo ty w sklepie, a ona, biedaczka, całymi dniami sama. I tylko te telenowele tłucze…
Pstryk? Pstryk. Wszystko uleciało.
– Ci po-wiem…
Sama jesteś cipą.
– …że jednak dobrze wyglądasz, Beatka. A i o ciebie się martwiłam. Mało kupują, co? A i papieroski, kawka. Już teraz musisz o sercu myśleć. Mój mąż nie myślał. Nie oszczędzał się. I proszę, piętnaście lat już na cmentarzu…
Beata gwałtownie zamrugała. Jan Paweł II z przeciwległego obrazu, zdobionego okruchami bursztynów, właśnie uśmiechnął się do niej. Ale nie w ten łagodny, zamyślony sposób, tylko pełnym uzębieniem, jakby z czegoś szczególnie rozradowany.
– Jeszcze ułożysz sobie życie, zobaczysz. Moja kuzynka to pod pięćdziesiątkę miała i męża znalazła…
Nagle sąsiadka przesiadła się na kanapę i wzięła dziewczynę za rękę.
– Ale u ciebie wszystko w porządku, co? Bo wiesz, ja taki dziwny sen miałam…
Beata zanurzyła zęby w pachnącą drożdżówkę.
– Że taka młoda byłaś, taka młoda, coś jakby jeszcze na studiach… I przyszłaś do mnie. A wokół ciebie cienie, takie cienie. Postacie, kobiety i mężczyźni. Ale nie wiem kto, to takie cienie były. I tak ciasno cię otoczyli. I nic nie mówili. A w końcu mówią: „Idą po ciebie”. Ale nie mówili, wiesz, tylko ja w głowie taki głos słyszałam.
Beata poczuła z ust sąsiadki zgniły odór i odsunęła się odruchowo. Co ona bredzi? Herbata, przed chwilą aromatyczna, miała teraz posmak skisłej wody. Ciasto zalatywało padliną. A zapach lilii na parapecie przyprawiał o wymioty.
Krystyna stanęła przy oknie, plecami do Beaty.
– Ty powiedz… Kto?
Głos miała zmieniony. Szeptała, ale dźwięk był wyraźny. Jak odtwarzany z taśmy, w której ktoś podkręcił głośność.
– Kto po ciebie idzie?!
Zrobiło się nieprzyjemnie.
Kto po mnie idzie?
– A może to o twoje zdrowie chodzi, co? Bo jak moja siostra raka mieć miała, to ja też sny prorocze śniłam. Ale jej to wszystko wycięli. Wszystko jej wycięli, a i tak…
Co ona pierdoli? Wyjść. Opuścić to mieszkanie. Ten zaduch i starą wariatkę.
– Zrób badania krwi. Z krwi to wszystko ci wyjdzie.
Wyjdzie.
Wyjść stąd.
Beata zostawiła „ciocię Krysię” mamroczącą i majstrującą coś przy pilocie od telewizora. Cicho zamknęła obite sztuczną skórą drzwi. Uff… Co to, do jasnej kurwy, ma być? Czy wszystkim naokoło wali na dekiel?!
Zmiany, zmiany, zmiany
Dopiero mentolowy slim na przystanku przyniósł spokój. Co jej się roi? Lusterko. Insygnia. Paw.
Szmaragd i malachit na piórach…
Dosyć! Wszystko można wytłumaczyć. Wyjaśnić jak biblijne cuda. Pudełko obejrzała jeszcze raz przed wyjściem z domu. Korona i berło nie wydały jej się już tak misterne, fałszywe złoto utraciło blask. Zwykły gadżet reklamowy. Pewnie w kolejnym pudełku będzie już super-ekstra-świetna oferta i wtedy też pewnie okaże się, ile trzeba zapłacić za bycie królową.
W autobusie przyglądała się wypindrzonym lalom. Szczególnie tej w sukience koloru pudrowego różu i wielkich ciemnych okularach, założonych pomimo pochmurnej pogody. Beata gapiła się na nią jak zahipnotyzowana. Zerknęła na swoje wytarte mokasyny i wystrzępione przy nogawkach dżinsy. Górę opinał czarny T-shirt. No ale za to piersi wyglądały w nim nawet, nawet. Przypomniała sobie, że gdy rano patrzyła w łazience na własne odbicie (ciągle jeszcze wzdrygała się na myśl o lusterku ze sklepu), dostrzegła, o dziwo, pozytywne zmiany. Czyżby działał krem na zmarszczki? Cała twarz nabrała wyrazu, oczy i włosy odcinały się wyraźnie od jasnej cery. Do tego biust sterczał bojowo, jakby… większy?! I jeszcze jedna niespodzianka: kiedy rozciągała w ramach nędznego treningu pojedynczą sprężynę, wiszącą jak narządzie tortur na łazienkowym kaloryferze, odkryła, że idzie jej śmiesznie lekko. Dopięła pozostałe trzy. Ramiona rzeźbiły się bardzo szybko. O co chodziło? Może to te nowe witaminy, które poleciła jej ostatnio miła aptekarka?
W pasażu jak zwykle zatrzymała się na moment przy stoisku z tanimi książkami. Wiedziała dobrze, co gdzie leży, wzrok sprawnie prześlizgiwał się po tytułach. Róg z wydawnictwami „ezo”. Książka, „ta książka”, po prostu leżała skromnie na niewysokiej stercie. Nic niemówiące nazwisko autora i tytuł: „Gnoza. Podróż w głąb duszy”. Wydanie mocno już przechodzone. Szybko przekartkowała kremowe strony. Serce załaskotało ją jak motyl w zamkniętych dłoniach. Zmieszana, rozejrzała się, czy nikt jej nie obserwuje. Zwykle to ona czuła się jak myśliwy, kiedy wąchała i gładziła kartki kupionej książki. Teraz to 255 stron za 7,50 upolowało ją. Odnalazło i wzięło. Co właściwie się wydarzyło? Podniszczony wolumin i wąski pasek paragonu (będzie robił za zakładkę) niosła, ściskając pod pachą, a w sercu siedział już nie motyl, a atletyczny dobosz.
Zabiorę cię, właśnie tam, gdzie jutra słodki smak, zawodziły w bistro obok Złote Przeboje.
Kto ją zabierze? I gdzie?
Kto po nią idzie?
Do sklepu wpadła w świetnym humorze. Nastawiła rockową stację, naszykowała kawę. Książka wylądowała na półce pod ladą – w wolnej chwili zadba o rozwój duchowy. Beatę rozpierała energia. Zrobi przemeblowanie! Indyjskie bibeloty na przód, półka z porcelaną z boku. Musi też zastanowić się nad jakąś promocją, ulotkami.
Zaintrygowany hałasem zajrzał pan Darek.
– Przestawia pani Beatka półki? Chwila! Pomogę, bo to wszystko poleci. Ooopa… – Zasapał się.
– O, dzięki! – odparła, chociaż wcale nie była wdzięczna za pomoc.
Z rozbawieniem zauważyła, że zasapany sześćdziesięciolatek wpatruje się tępo w jej biust falujący pod opiętą bluzką.
W starym piecu diabeł pali? A taki niby oddany żonie…
– Ale z pani to dziarska kobitka… Nie wiedziałem. Ja bym nie podniósł takiego ciężaru, a tu proszę. Trenowała pani kiedyś ciężary? No, a jak papieroski pani rzuci, to już w ogóle…
Beata w odpowiedzi roześmiała się perliście.
« 1 2 [3] 4 5 7 »
dodajdo

Komentarze

02 X 2017   09:22:47

Witam. Czy tylko ja mam wrażenie, że wątki z rzeczywistości "ziemskiej" i pozaTU są spięte trochę na siłę?
O ile pierwsze wtrącenia ułud do romansu były w miarę stonowane i wplecione w rytm, wątek wojny pozaziemskich zakłóca i rozwarstwia opowieść.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nina, zez i służki
— Agnieszka Łobik-Przejsz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.