Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2017
w Esensji w Esensjopedii

Pobudka Tenebre

[1] 2 3 7 »
Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

Agnieszka Łobik-Przejsz
‹Pobudka Tenebre›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAgnieszka Łobik-Przejsz
TytułPobudka Tenebre
OpisRocznik oldskulowy ery analogowej. Żona i mama dwóch córek. Filolog, na co dzień redaktor w branżowym dwutygodniku. Eskapistka, wciąż jeszcze niewyleczona z ułud. Nie wiedzieć czemu coś tam pisze po godzinach (wiersze wcale niewesołe, opowiadania). Wydała książeczkę dla dzieci „Ola i Królestwo Niespełnionych Marzeń”, drugą, również dla dzieci, recenzują wydawcy.
Gatunekgroza / horror
Słuchaj, dzieweczko!
– Ona nie słucha (…).
Adam Mickiewicz „Romantyczność”
Jak złoto, kochana…
– Może coś doradzę? – Beata wygłosiła stałą formułkę (w zanadrzu miała jeszcze: Mogę w czymś pomóc? Szuka pani czegoś konkretnego? To na prezent?). Chuda blondynka krążyła wokół półek. Widać nie przypadły jej do gustu gliniane kotki, świeczniki z kolorowego szkła, ramki na zdjęcia i masa innych bibelotów zgromadzonych na pozostałych regałach. Już parę razy natomiast brała do ręki i oglądała z każdej strony malowaną ręcznie filiżankę.
– Ja… nie. Tak tylko, jeszcze się nie zdecydowałam… – Dziewczyna się spłoszyła. Bladą twarz oblał krwawy rumieniec, na nosie szkliły się kropelki potu.
– Jeżeli to ma być na prezent, bardzo ładnie zapakuję. Gratis.
– To ja się jeszcze zastanowię. Na razie dziękuję. – Blondynka w pośpiechu opuściła sklepik.
– Zapraszam – mruknęła Beata. Zniechęcona powlokła się w kąt, w którym za niewielką ladą sączyła od rana rozpuszczalną kawę. W ceramicznym kubku w różowe świnki zafalował zupełnie już zimny napój. Spojrzała przez okno. Chmury koloru szmaty do podłogi szczelnie wypełniły niebo, zmyły wszelki kolor. Mżawka zmieniła się w solidny deszcz. Ludzie truchtali po chodnikach, przygarbieni, jakby każda kropla sprawiała im ból.
Beata chętnie wystawiłaby się na deszcz. Kroplą deszczu zmyję twoją twarz… Była kiedyś taka piosenka? Tak, tylko że w jej przypadku trzeba by nie jednej kropli, ale całej ulewy. Zmyć z siebie dotychczasowe życie? Tak, to byłoby świetne. Wyszorować do połysku te wszystkie niewydarzone lata. Wydezynfekować każdy nieudany dzień. Stanęłaby niczym Ewa Jutra i mogła zacząć od nowa. Ale… Gdzieś z tyłu głowy zapomniany, gderliwy głos matematyka z liceum: Miernie, panno Beatko, miernie.
Miernie? Nawet nie średnio na jeża. Z wielkich planów wyszło tyle, co kot napłakał. Chrum, chrum, zawtórowały niewesołym rozważaniom świnki na kubku. Ta w okularach słonecznych z pogardą sączyła na leżaku drinka. Siedząca niżej, w kucharskiej czapce, popatrzyła na Beatę zupełnie jak jej matka, z tą jej tylko właściwą mieszanką żalu, dąsów i fochów. Nawet blisko osadzone, rozwodnione niebieskie oczy miały ten sam wyraz.
Co to za hałasy od strony pasażu? A, to jakieś dziecko właśnie uciekało rodzicom. Zdesperowany ojciec gonił zanoszącego się śmiechem trzylatka, z tyłu truchtała matka chłopca. W końcu cała rodzina z hukiem wpadła do butiku z bielizną pościelową. Nieopodal wystrojona parka rozsiadła się w przytulnym barku z kebabem, a ospały Turek nalewał im kawę z mosiężnej zaparzarki.
Blondyna była pierwszą tego dnia klientką Beaty i pewnie ostatnią. Jeżeli wstąpi dwa pawilony dalej do „Wszystko po 5 zł”, na pewno tam wybierze jakieś badziewie i nie wróci już do „Galerii drobiazgu”. Tak, sklepik nazywał się szumnie, ale interes nie szedł. I po co jej to było? Ten cały majdan od koleżanki jej matki, która wyjeżdżała na stałe do córki w Londynie. Kochana, jak złoto, jak złoto… I nie przeterminuje się. Jak nie sprzedasz stroiku w te święta, to w następne. Toć daty przydatności, he, he, nie ma na spodzie.
Ale innej roboty wtedy nie było, a to praca pod dachem i w cieple, konkretnie w niedużym pasażu handlowym, między pawilonem z akcesoriami dla zwierząt a kiermaszem książek, więc przyjęła propozycję.
Ociężałym krokiem podeszła do regału i ustawiła równo figurki ceramicznych aniołków o minach przygłupów. Obok lusterko w ramce imitującej stare, pomalowane na biało drewno. Krytycznie przyjrzała się swojej twarzy. Jaka nijaka, pomyślała w popłochu. Trącone ramieniem dzwonki powietrzne zakwiliły cichutko. Jeszcze jedno spojrzenie w lustro…
Matko jedyna!
Piekące igiełki w okolicy serca. Co to? Co ona widziała? Ktoś stanął za nią?
Denne lusterko wyświetliło, niczym przerwany na chwilę film, czyjąś twarz. Jej, ale nie jej. Kruczoczarne włosy upięte w staroświecki sposób, na nich rzeźbiona misternie złota obręcz. Oczy jak gwiazdy zaranne. A zęby… Lśniące, białe, wyszczerzone w wyrazie tryumfu. Co to, do cholery, jest? Uśmiech jokera na twarzy ozłoconej carycy? Co za koszmar! O Boże, chyba ma zwidy!
Szybko! Trzęsącymi się rękami szukała w torbie fajek. Są! Ulubione, cienkie i mentolowe. Jeszcze tylko kawa i napisana jakiś czas temu grubym markerem kartka „ZARAZ WRACAM”. Za drzwiami wpadła na pana Darka, który przed wejściem do pawilonu ustawiał w sporą piramidę kraciaste kojce dla psów. Napój w kubku zachlupotał, świeżo umytą terakotę upstrzyły beżowe kleksiki.
– Co to, pani Beatko, przerwa na papieroska? Też bym sobie, ech, ale żona krzyczy. A co pani taka blada? To pewnie przez pogodę. Małżonka moja, proszę ja pani, w migrenie leży i znowu ja wszystko sam muszę…
Lubiła faceta. Zawsze zagadał. Od lat w niemodnym sweterku i okularach rodem z lat dziewięćdziesiątych. Niczego już nie chciał od życia i nigdzie nie pragnął zaistnieć. Nawet przez chwilę w Internecie. W małym światku przecen na karmę i drapaki, wyprzedaży smyczy i preparatów na pchły wymościł sobie kojczyk tylko dla siebie. A w nim: krzyżówka pod ladą, herbatka, wieczorne „Wiadomości” z żoną i… może sałatka z paluszkami krabowymi? Tyle.
Rzuciła zdawkowy uśmiech i poszła chodem Korzeniowskiego. Ruchome schody nie działały. Raz, dwa, trzy. Na górze wyrównała oddech.
Stała na balkonie, który kończył długi korytarz. Przestało padać, ale niebo pozostało sine. Zachrzęściła zapalniczka w różowe kwiatki. Jakiś inny uzależniony od nikotyny sklepikarz postawił tu zapobiegawczo duży słój z wodą. Malowniczo wekowały się w nim teraz różnego rodzaju kiepy. Uroczo, pomyślała.
Z każdym kolejnym zaciągnięciem Beata stawała się spokojniejsza. Odrętwienie zmiękczało strach. Boże… A babcia powtarzała jej od dziecka: Nie patrz za długo w lustro, bo diabła tam zobaczysz. I co? Diablica w diademie ze złota jak żywa!
To wszystko na pewno wina znowu za krótkiego snu. A teraz, proszę, migają jej przed oczami sceny z jakiegoś filmu. Co ona ostatnio oglądała? „Aleksander Wielki”? A może „Kleopatra”? Nie, to chyba jakiś stary film. A w dupę z tą „Kleopatrą”! Drinkująca świnka pogroziła jej z kubka raciczką: nu, nu, nu…
No dobra, dwie fajki pod rząd wystarczą. Trzeba wracać.
Pan Darek tym razem nie zwrócił na nią uwagi. Stał plecami do wejścia i zawzięcie wyjaśniał wyszminkowanej staruszce różnicę między skórzanym kagańcem a halterem. Szkoda. Gdyby wszedł bodaj na chwilę do jej „galerii durnostojek”, czułaby się raźniej.
Z lękiem zerknęła w stronę półki.
Lusterko stoi niewinnie. Jak gdyby nigdy nic łyska fluorescencyjną karteczką z kwotą 19,50. A może tak tylko udaje? Kwik, kwik – ostrzegła ją z kubka świnka MasterChef. Beata wstrzymała oddech – musi zebrać się na odwagę.
Zmusiła się, by podejść i wbrew sobie szybko zerknęła. Uff. Zwyczajna zmęczona twarz trzydzieści plus. Ani ładna, ani brzydka.
Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie…
Odskoczyła jak oparzona. Blondynka, która nie wiadomo kiedy wróciła, powiedziała jej tuż nad uchem:
– To ja jednak poproszę tę filiżankę. I niech pani zapakuje. Na prezent.
Insygnia. I ty tu rządzisz
O osiemnastej zamknęła pawilon i powlokła się na przystanek. Już coraz mniej myślała o „ozłoconej” z lusterka. Przed wyjściem „zwierciadełko” postawiła na wszelki wypadek przodem do ściany.
Znowu mży, ale jest piątek i miasto tętni życiem. Tylu ludzi śpieszy do swoich spraw. Śmiechy, nawet krzyki, studencka brać podniecona wizją weekendowej popijawy. Obok przegalopowała jakaś para. Nie zdążyli i autobus odjechał z niemiłosiernym piskiem. Stali na siąpaninie, ignorując wiatę. Chłopak obejmował dziewczynę w pasie, niby przypadkiem wtulając twarz w jej włosy.
Marcin… Dlaczego Beata o nim pomyślała? Robił tak samo. Pod powieką drga wspomnienie niemej pieszczoty. Boże, kiedy to już było? Bliskość, której nie da się opisać. Jego oczy z aureolą zmarszczek. Suche, gorące dłonie. Mieli wybrane imiona dla dzieci, urządzone w marzeniach mieszkanie. A potem jego wyjazd, choroba matki, porzucone studia. Pełne pretensji maile, nieodbierane telefony. Milczenie. Koniec. Ciemność. Czołganie się w trzęsawisku depresji.
No gdzie ten durny autobus? Może zapali? Wtedy zawsze przyjeżdża. Brakuje tylko, żeby się tutaj rozkleiła. Obraz wykoślawił się, a modelka z bilbordu naprzeciwko niknęła za szklistą kurtyną. Jeszcze tylko chwila i Beata będzie ryczała. Będzie wyła jak wtedy, gdy w dzieciństwie ktoś rozjechał jej kota. Szła za ojcem, który niósł na łopacie Maciusia i to, co wyszło mu z brzucha, i zanosiła się płaczem. W biadoleniu zsiniała wtedy jak śliwka. A teraz? Teraz dawno już nie ma ojca. I nie ma kocura, któremu zawsze płakała w szare futro. Jest za to bilbordowa modelka miedzianej farby do włosów, która najwyraźniej chce się z Beatą zaprzyjaźnić. A może coś więcej? Mrugnęła do niej przecież przed chwilą. O, a teraz uśmiechnęła się lubieżnie i wysunęła koniuszek języka.
[1] 2 3 7 »
dodajdo

Komentarze

02 X 2017   09:22:47

Witam. Czy tylko ja mam wrażenie, że wątki z rzeczywistości "ziemskiej" i pozaTU są spięte trochę na siłę?
O ile pierwsze wtrącenia ułud do romansu były w miarę stonowane i wplecione w rytm, wątek wojny pozaziemskich zakłóca i rozwarstwia opowieść.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Wiosna
Agnieszka Makowska

26 VIII 2017

Zawsze lubiła stawiać swój szałas wokół starego drzewa. Młode drzewa potrafią być śliczne, ale miała dziwne wrażenie, jakby tak naprawdę ich nie było. Stare drzewa BYŁY.

więcej »
Ilustracja: Die W3 AG

Kiedy gwiazdy się na niebie…
Anna Hrycyszyn

19 VIII 2017

Robot podjął decyzję. W żyły śpiącego wlała się substancja obniżająca ciśnienie i tętno, a zaraz po niej dodatkowa porcja środka nasennego. Lampki kolejno zmieniały kolor na zielony.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Uhonorowanie pośmiertne
Anna Pełczyńska

29 VII 2017

Armia czaszek zatrzymuje się na wysokości mojej twarzy. Kierują się na mnie dziesiątki oczodołów, kościanych korytarzy niczym wnętrza jaskiń, niczym wrota do innych wszechświatów. Nie mogę oderwać oczu. Nie mogę nie zastanawiać się, dokąd prowadzą czerepie portale.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nina, zez i służki
— Agnieszka Łobik-Przejsz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.