Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 grudnia 2017
w Esensji w Esensjopedii

Odbicie w lustrze

[1] 2 3 5 »
Płynę w Rzece wśród milionów innych użytkowników. Ich potrzeby i oczekiwania przenikają się w tym samym dążeniu – chcą czegoś od Rzeki, brać, zagarniać, nigdy nic nie dając. Zjednoczeni w tym, jak nie scala żadne państwo, oddani sprawie jak najwięksi fanatycy, spójni i homogeniczni jak jeden organizm. Rzeka jest w nich, a oni są Rzeką.

Tomasz Jarząb
‹Odbicie w lustrze›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorTomasz Jarząb
TytułOdbicie w lustrze
OpisUrodzony 28.05.1985 roku w Katowicach, absolwent historii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, zamieszkały obecnie w Jaworznie. Od najmłodszych lat fan literatury fantastyczno–naukowej ze szczególnym uwzględnieniem cyberpunku, który postrzega jako najwdzięczniejszy sposób mierzenia się z problematyką współczesnego świata i człowieka. Do tej pory publikował krótkie formy w „Szortalu Na Wynos” oraz „Szortalu Wydanie Specjalne”.
Gatunekcyberpunk, SF
Przeciążenie wciska mnie w pneumatyczny fotel. Jeszcze tylko pięć minut, nim próżniowa winda wyssie nas na orbitę okołoziemską, wprost w objęcia wrzecionowatej masy korporacyjnej stacji kosmicznej. Jasny sierp krzywizny Ziemi znaczy środek panoramicznego ekranu, który w doskonałej rozdzielczości przekazuje obraz spoza hermetycznej kapsuły. Hipnotyzujący błękit ustępuje obezwładniającej ciemności kosmosu.
Siedzimy spięci zatrzaskami elektromagnetycznymi, ustawieni promieniście plecami do siebie dla zachowania lepszego balansu kapsuły: ja, mój partner i dwoje ludzi z obsługi transportowej. To dobre rozwiązanie – nie muszę patrzeć im w twarze, a przede wszystkim oni nie widzą mojej. Nie mogą odczytać z moich oczu, jak mało mnie z nimi łączy, jak bardzo się od nich różnię.
Czerń pochłania ekran. Ciekawe, ile razy jeszcze pokonam tę trasę, nim dostanę raka, wylewu, albo ten zabytek rozpadnie się ze starości, rzucając nasze ciała na pastwę praw fizyki. Skafandry nic tu nie dadzą. Zawsze coś może pójść nie tak, szczególnie tam, gdzie granica między być a nie być jest jedynie marną obietnicą techniki.
Zamykam oczy, odgradzając się od rzeczywistości na tyle, na ile pozwala mi mózg bez żadnego neuroinformatycznego wspomagania, siłą miękkiej istoty szarej, której nie zdążyłem wymienić na nic lepszego. Próbuję nabrać dystansu. Dopiero teraz rozumiem, jak bardzo się zmieniliśmy; trzysta sześćdziesiąt litrów tlenu, tysiąc kilokalorii i dwa litry wody na dobę to już za mało, by żyć.
Moje ramiona bezwładnie się podnoszą, niespodziewana lekkość sprawia, że na ułamek sekundy czerń wchłania również mnie – winda hamuje. Chwilę później kapsułę przenika zgrzyt rygli. Dźwięk z głośników konsoli sterowniczej oznajmia udane dokowanie. Jesteśmy na miejscu.
Otwieram oczy.
Miałem znajomego. Dobrze sytuowany pracownik wyższej kadry w świetnie prosperującym molochu korporacyjnym. Typowy przedstawiciel ludzi wyższej użyteczności. Ten typ człowieka, który dla polepszenia wyników bilansu rocznego swojego sektora gotowy byłby oddać prawa do DNA swojej matki i nienarodzonych dzieci.
Raz na jakiś czas wpadaliśmy na siebie w pustym barze retro, za każdym razem przed tym samym utłuszczonym brudnymi paluchami panelem projektora telewizyjnego, którego nikt nie zamierzał wytrzeć. W tym smrodzie imitacji minionych czasów rozmawialiśmy, tak jak już nikt nie rozmawia. Twarzą w twarz o rzeczach nienaturalnie prywatnych, wyrwanych z kontekstu pracy, interesów… Rzeki.
Nie wiem, skąd brała się ta potrzeba rozmowy. Może nie było żadnego szczególnego powodu, a może wiedział, że kiedyś byłem taki jak on, albo on był kiedyś tym, kim stałem się ja? System, tak jak orbitalna winda, pozwala na kurs w obie strony.
– …i rozumiesz, czujesz, że to, co robisz, stoi w sprzeczności z tym, czym jesteś – żalił się w czasie jednego z wielu niezaplanowanych spotkań, podpierając doskonale wygoloną brodę na perfekcyjnie zadbanych dłoniach pokrytych warstwą nanoprzekaźnika znanej marki, która sama dobiera sobie klientów.
– Jest ci z tym okropnie – wszedł w histeryczny ton nadąsanego dzieciaka. – Paskudnie! Do tego stopnia, że wystajesz nocami przed lustrem w pełnym oświetleniu, patrzysz na siebie pod każdym kątem i próbujesz przekonać się, że ta sztuczna powłoka leży tak, jak trzeba. Że nikt nie zorientuje się, że jesteś zupełnie kimś innym, jedynie ubranym w ciało tego kierownika z działu logistycznego, pewnego siebie i przystojnego przodownika pracy. A potem klęczysz z głową w muszli przez wieki, jakby zwykłe rzyganie było przepustką na wolność… – Jęknął i wlał w siebie kolejną pięćdziesiątkę, odchylając głowę z takim impetem, że równo przycięta grzywka spływająca mu po bokach twarzy, sztywna niczym wiązki światłowodów, uderzyła z trzaskiem w wysokie oparcie krzesła barowego, na którym siedział.
– Dlaczego tego nie zmienisz? – Przeszył mnie czujnym spojrzeniem podmalowanych oczu, chcąc wyczytać z mojej twarzy, czy aby nie żartuję sobie z niego w momencie, gdy zdecydował się obnażyć skrawek swojej samolubnej duszy. – Dlaczego, mając takie możliwości, nie zrobisz czegoś, by być bardziej sobą?
Oczy zrobiły mu się okrągłe. Wyregulowane brwi podniosły się i pewnie czoło pokryłoby się równymi bruzdami zmarszczek, gdyby dzień wcześniej nie przeszedł cotygodniowych iniekcji z akwaporyny i jadu kiełbasianego, które w cenie trzystu kafli za zabieg miały zamaskować utratę elastyczności włókien kolagenowych jego skóry.
Groteskowe zdziwienie upodobniło go do karpia z sąsiedniego projektora, raz za razem łapiącego wodę, zataczającego kręgi w nieskończonej pętli. Trudno powiedzieć, któremu z nich wychodziło to lepiej.
– Człowieku! – Odsłonił gwałtownie połę płaszcza, wskazując na holograficzną metkę firmy, która sama dobiera sobie klientów. – Ty wiesz, ile to kosztuje? Gdzie dostanę więcej?!
Zapadło milczenie, które zdało się równie krępujące, co moje pytanie. Zmusiłem się do zrozumienia, na które nie było mnie stać i wyjąkałem kilka słów przeprosin.
– Poza tym – stwierdził – szczęśliwym mogę być tylko w Rzece.
Skinąłem na podajnik barmański, nie mając już więcej pytań.
– Następna kolejka na mój koszt.
Tak. Zwykłe życie, prosta egzystencja nie jest już dla nas i zrobimy wszystko, by nigdy nie poznać smaku zwyczajności, nawet jeżeli cena za to będzie olbrzymia. Zapłacimy każdą. Tak jak tych dziewięciu młodych ludzi, po których ciała przybyliśmy, tak jak ja swoją ułomnością.
Czy jest mi nas żal? Nie. Nigdy nie będzie. Po prostu wszystko zabrała mi Rzeka ku uciesze technologicznego boga, który uczynił nas na swoje podobieństwo.
• • •
Górna część kapsuły rozwarła się niczym kielich kwiatu, dzieląc się na osiem płatków. Magnetyczne zatrzaski rozluźniły uścisk, pozwalając naszym ciałom odpłynąć w nieważkości w kierunku głównego ramienia stacji.
Staram się skupić na nadchodzącym zadaniu. Mój przydziałowy partner prowadzi nas do sektora administracyjnego. Czeka mnie dzisiaj kolejna porcja „myśli człowieka średniej użyteczności”, którą w postaci słuchowiska radiowego z interkomu rozpoczął w tamtym tygodniu.
– Widzę, że jesteś w pewien sposób nieprzekonany do misji, jaką tu wypełniamy – stwierdził w czasie ostatniego zlecenia na pokładzie starego kontenerowca. – Kif, powiedz mi, jak nie my, to kto będzie to robił? Pracujesz od niedawna w tym interesie, ale już powinieneś to rozumieć.
Stał w lekkim rozkroku, kierując dyszę swojego pistoletu ciśnieniowego na wielką brązową plamę, która do niedawna rozlewała się pod zmiażdżonym ciałem operatora ramienia dokującego. Resztki bezimiennego człowieka spoczywały już w koszu chłodniczym, lewitującym obok jak wierny pies.
– Zrozum! Pewnie, że wszystko można załatwić zdalnie, ale śmierć… Ludzkość nie pogodziła się z faktem, że na tę kwestię nie ma jeszcze dostatecznego wpływu.
Próbowałem zrozumieć, ale niespecjalnie wiedziałem, co. Te truizmy, których znaczenia w tym kontekście nie dostrzegałem, brzmiały jak bełkot. Mimo to słuchałem dalej, przełykając z wysiłkiem mentorskie zapędy Mikiego.
– Oczywiście, masz rację – odpowiedziałem dla świętego spokoju, licząc, że kupię sobie odrobinę ciszy.
– Jakie czasy, takie potrzeby – kontynuował niezrażony. – Pojawił się popyt na takie usługi, to pojawiliśmy się my. Zwyczajne prawo rynku. Ot co! – Przestawił dyszę w opcję ssania i począł zasysać różową pianę, która za pośrednictwem silikonowego węża trafiła do podciśnieniowego zbiornika na płyny.
– Poza tym pamiętaj, to robota dla wybranych. – Wycelował i puścił do mnie porozumiewawcze oczko. – Pamiętasz, co się stało z twoim kolegą, prawda? Tutaj trzeba mieć żelazny żołądek. Mieć to coś. – Na potwierdzenie swych słów podniósł platynowy implant zęba trzonowego z fragmentem kości i strzępem tkanki. Obrócił go w palcach, jakby trafił na ciekawy kamyk podczas spaceru na plaży, po czym rzucił go przez zmyślnie zaprojektowany lejowaty zsyp kosza wprost do reszty szczątków.
Mówił o Miśku. Naszym niedoszłym pracowniku. Zadławienie wymiocinami w skafandrze to pewna śmierć niezależnie od tego, jak bardzo chcesz żyć. A Misiek ostatnio wykazał to w praktyce.
Pierwszy raz w życiu widziałem umierającego człowieka. Poprawka – pierwszy raz widziałem umierającego człowieka w prawdziwym życiu. Stałem tuż obok, kiedy to się stało. Młócił rękami powietrze, wijąc się w spazmach przedśmiertnego tańca. Bulgot niósł się przez radionadajnik naszego komunikatora jeszcze długo po tym, jak Misiek przestał się ruszać.
[1] 2 3 5 »
dodajdo

Komentarze

18 XI 2017   17:24:32

Bardzo mi się podobało :)

19 XI 2017   15:27:59

Mnie również bardzo się spodobała ta wybornie opisana, mroczna wizja świata. Chylę czoła.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:gastar@gazeta.pl'>Andrzej ‘Gastar’ Diaczuk</a>

Klątwy
Karolina Kot

2 XII 2017

Na miejscu zastał policję, saperów, rozhisteryzowaną kobietę i tłum niespokojnych pasażerów. Kobieta zarzekała się, że naprawdę widziała bombę z zapalnikiem, tłum potakiwał.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opar absurdu
Adrianna Filimonowicz

11 XI 2017

Zabrzmiała wrogo, ale po reakcjach jej mózgu wyczułem obniżenie nastroju. Z obserwacji wiedziałem, że w tych lepszych chwilach zawsze dopadał ją strach przed samotnością. Niemalże byłem w stanie wykryć wzorzec fal elektromagnetycznych emitowanych przez jej neurony w takich chwilach. Zrobiło mi się jej żal.

więcej »
Kolaż: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Pobudka Tenebre
Agnieszka Łobik-Przejsz

30 IX 2017

Beata była podniecona. Nie rozmową z mięśniakiem, ale tym, jakie robiła na nim wrażenie. Napawało ją dumą, gdy patrzył na nią niemal z czcią i silił się, by starannie dobierać słowa. To nie działo się samo. To powodowała Ona.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.